Menu

Artykuły

Czego oczekiwać po „Fear the Walking Dead”?

Finał piątej serii "The Walking Dead" za nami. Ostatnie odcinki prezentowały dobry poziom, ale nie ma co ukrywać, że zafascynowanie serialowym światem Żywych Trupów zostało ostatnio bardzo mocno nadszarpnięte. Na kolejny sezon przyjdzie nam czekać aż do jesieni. Zanim on jednak nadejdzie, już pod koniec wakacji otrzymamy nową produkcję AMC rozgrywającą się w świecie wykreowanym przez Roberta Kirkmana. "Fear the Walking Dead", jak brzmi oficjalny już tytuł, będzie idealną okazją do ponownego wzniecenia płomyka ohydnej miłości, jaką darzymy rozkładające się zombie.

O samym serialu wiemy na razie bardzo niewiele. Przypominamy 15-sekundowy teaser(ek), który stanowi dotychczas jedyną oficjalną zapowiedź. Wnioskując na podstawie tych kilku szczątkowych informacji, prezentujemy 5 obszarów oczekiwań i spekulacji, w obrębie których produkcja upatrywać może swoich atutów.

Pierwsze chwile po apokalipsie

Postapokaliptycznych seriali było i jest całkiem sporo – m.in. „The Walking Dead”, „Z Nation”, „Revolution”, „The 100”, „12 małp”, „Defiance” czy ostatnio „The Last Man on Earth”. Każdy z nich rozwija nieco odmienną wizję dystopicznej przyszłości, ale wszystkie mają element wspólny – przedstawione wydarzenia dzieją się X lat po kluczowym momencie zagłady. Motyw owego „dnia zero” i pierwszych chwil po apokalipsie jest generalnie w popkulturze pomijany, przez to tkwi w nim ogromny potencjał do eksploatacji. Nie sugeruję, że poznamy pierwszą ofiarę epidemii, bo na pewno do tego nie dojdzie, chodzi jednak o obserwowanie krajobrazu walącego się na naszych oczach świata i tego, w jaki sposób ludzie reagują na samym początku, w momencie przełomowym. Przedsmak owego podejścia mogliśmy obserwować chociażby w serialu „Wirus” i był to jeden z atutów tej produkcji. Podobnie będzie w „Fear the Walking Dead”, co wyraźnie prognozuje pierwszy teaser.

Gdzieś wybucha pożar, słychać odgłos pękającej szyby i krzyk człowieka. Mnożą się wypadki samochodowe. Nie wszyscy są jeszcze świadomi narastającego zagrożenia, w telewizji pojawiają się strzępy informacji. Coraz więcej osób cierpi na niespotykaną do tej pory odmianę wścieklizny, szpitale są pełne. Nieświadoma część osób stawia się w pracy i szkołach. Coraz częściej słychać odgłosy karetek, wozów strażackich i radiowozów. Ktoś pierwszy tłucze wystawową szybę i ucieka ze skradzionym sprzętem. Adam Siennica, już dawno spakowany i świadomy sytuacji, wypływa służbowym jachtem na otwarte morze, Marcin Zwierzchowski jeszcze nawet nie wstał po nocnym maratonie „Słodkich kłamstewek”, a 8azyliszek od dwóch dni pikietuje pod siedzibą Egmontu, kiedy miła, starsza pani gryzie go w ramię. Eskaluje panika i chaos, ludzie zachowują się irracjonalnie, stopniowo wpadają w popłoch.

Oto świeża perspektywa – coś, czego w „The Walking Dead” nie obserwowaliśmy, a co pozwala na wykreowanie nowych, ciekawych i dynamicznych sytuacji. Jedyne, z czym twórcy będą musieli szybko się rozprawić, to świadomość zagrożenia (nie daj się ugryźć!) i sposobu postępowania (cios w głowę!) u grupy głównych bohaterów. Po 5 sezonach przygód Ricka widz szybko zirytuje się niefrasobliwością nowych postaci, więc wyzwaniem będzie szybkie i jednocześnie wiarygodne pokazanie rozwoju postaci.

Intensyfikacja akcji i skondensowanie fabuły

Premierowy sezon „The Walking Dead” składał się z 6 odcinków. Pamiętacie, jakie nieścisłości i głupotki zaoferowali nam wtedy twórcy? Zombie podnosiły swoją ulubioną zabawkę, potrafiły korzystać z klamek, a nawet myślały na tyle przytomnie, żeby do wybicia szyby użyć cegły. Nie zdziwię się, jeśli tego nie pamiętacie. Dlaczego? Cztery słowa: skondensowana fabuła i intensywna akcja. Serial swoje wyżyny notował wtedy, kiedy bohaterzy nieustannie znajdowali się w drodze, a na ekranie zawsze coś się działo. Mieliśmy elementy survivalu, scen akcji i dramatu psychologicznego, a wszystko to świetnie przegryzało się w klimatycznej realizacji. Był pomysł, był Frank Darabont, była odwaga, żeby odchodzić od komiksu i zaskakiwać. Łatwiej jest się wtedy wciągnąć i wybaczyć ewentualne niedociągnięcia. O wyważone proporcje zadbać musi utalentowany prowadzący, ale generalnie jest to efekt ograniczonej liczby odcinków i takiego właśnie podejścia możemy oczekiwać po „Fear the Walking Dead” – pierwszy sezon również liczył będzie 6 epizodów.

I spokojnie, w przypadku „The Walking Dead” niska liczba ekranowych minut miała stanowić test, czy serial się sprawdzi. Tym razem stacja AMC zdążyła już zamówić 2. sezon i dochodzą do nas głosy, że jest zachwycona poziomem produkcji. Rozpisanie historii na 6 telewizyjnych godzin przynajmniej w teorii obiecuje nam, że nie będzie dłuższych przestojów, a w myśl zasady „nie mów, pokaż” obędzie się bez łopatologicznego rozwlekania rozterek bohaterów (łapka w górę, kto miał dość użalającego się Gabriela i cierpiętniczego zachowania Sashy!), zamiast czego otrzymamy je wkomponowane w stale rozwijającą się akcję.

Nowi bohaterowie i interakcje

Sean Cabrera, Latynos, lat ok. 40, rozwiedziony, poczciwy nauczyciel. Wcieli się w niego niezły filmowy i telewizyjny aktor Cliff Curtis. Pod opieką miał będzie swojego syna, Cody’ego, wiek 15-20 lat, inteligentny i groźny buntownik. Swoje siły połączą z Nancy Tompkins, lat ok. 30, samotną matką, pracownicą szkolnej poradni. W tej roli popularna ostatnio Kim Dickens. Jej dzieci to Nick, nastolatek z problemami narkotykowymi, i Ashley, ambitna, przemądrzała siostra. Tak mniej więcej prezentują się główni bohaterowie. Obok nich pojawi się jeszcze kilka postaci, ale można założyć, że losy wymienionej wyżej piątki będą stanowić oś fabuły.

Czego możemy po nich oczekiwać? Z samych tych fragmentarycznych informacji wywnioskować można przynajmniej trzy cechy, które powinny odróżniać ich od dotychczasowych postaci. Od „dnia zero” wszyscy będą się prawdopodobnie znali. Są rodziną i kolegami z pracy (Nancy i Sean pracują w szkole, dzieci są w podobnym wieku), a więc przynajmniej powinni się kojarzyć. Owszem, w „The Walking Dead” obserwowaliśmy losy rodziny Ricka, ale jednak siła interakcji w grupie opierała się na fakcie różnych historii i środowisk, z jakich wywodzili się jej członkowie. Tym razem spekulować można, iż otrzymamy grupę ludzi w większym stopniu żyjących nieopodal siebie, a to rodzi nową dynamikę relacji.

Druga kwestia to przedział wiekowy nastoletnich bohaterów. To będzie młodzież, jakiej do tej pory w serialowym uniwersum nie obserwowaliśmy. Byli młodsi Carl i Sophia, jeszcze młodsza Judith, ale reszta to głównie dorośli. Tym razem otrzymamy przynajmniej trzy postacie w wieku ok. lat 20, a ich podejście do życia i zachodzących wydarzeń oraz perypetie i refleksje powinny znacznie różnić się od tego, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. W teorii powinni być bardziej energiczni, otwarci i na pewno z początku wolni od męczących, egzystencjalnych rozterek. To powinien być powiew świeżości.

Trzeci aspekt to fakt, że większość z tych postaci ma coś na sumieniu, zmaga się z jakimiś problemami. Rozwód, bunt, samotność, narkotyki. O przeszłości Ricka i spółki wiemy stosunkowo niewiele, ale są to raczej dobrzy, uczciwi ludzie, których epidemia stopniowo pozbawia resztek człowieczeństwa. Dla nowej grupy postaci może ona jednak być okazją do świeżego startu i uporania się z własnymi demonami. Przynajmniej punkt wyjściowy będzie odmienny.

Nowe lokacje

Wolniej niż ekipa Ricka podróżująca z Atlanty przemieszcza się tylko zima w Westeros. Przez 5 sezonów zaserwowano nam bardzo małą różnorodności lokacji. Miasto, las, farma, znowu las, więzienie, podobne osiedla, trochę miasta, jeszcze więcej lasu. Momentami wkrada się monotonia, a scenografie potrafią mocno się nawzajem przypominać. Rozwiązanie? Przenieść akcję z wschodniego na zachodnie wybrzeże. Konkretnie do słonecznego Los Angeles. Nie będzie to wyglądało tak…

…ale różnorodność i zgoła odmienny krajobraz powinny być widoczne od pierwszej sceny. I na tym właśnie aspekcie skupia się 15-sekundowy teaser. Drapacze chmur w tle, tłumy ludzi różnych ras i narodowości, palmy, plaże, woda. Na filmiku widać co prawda przedmieścia i osiedla, ale już czuć, że wizualnie będzie to zupełnie inny klimat.

Co jednak ważne, nikt chcący przetrwać apokalipsę zombie nie pcha się do jednego z najgęściej zaludnionych miast świata. Wiedzą o tym twórcy, a Los Angeles stanowi faktyczne miejsce akcji tylko pierwszego epizodu, następnie plan zdjęciowy przenosi się do Vancouver. Opcje są dwie. Vancouver, leżące w Kanadzie tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi, jest jednym z najpopularniejszych miejsc kręcenia zdjęć do amerykańskich seriali. Powodów może być kilka: niższe opłaty, mniejszy ruch, ale przede wszystkim bogata różnorodność terenu, oferująca wybór krajobrazu miejskiego, leśnego, górzystego itd. Przez kolejnych kilka epizodów Vancouver udawać więc będzie przedmieścia Los Angeles, gdzie z czasem zorganizowany powinien zostać obóz wojskowy. W razie jego (bardzo prawdopodobnego) upadku, bohaterowie ruszą zapewne w drogę.

Twórcy będą mieli wybór. Jaki będzie cel ich podróży? Tutaj trudno już spekulować, wszystko jest możliwe. Nikt nie pomyśli raczej o podróżowaniu przez cały kraj aż do Waszyngtonu, ale jedną z opcji powinno być wypłynięcie na wody oceanu i ucieczka od zarażonych tłumów. Podróżując w górę linii brzegowej USA, robiąc przystanki na uzupełnienie zapasów, dotrzeć można do… Vancouver. To ta druga, bardzo mało jednak prawdopodobna opcja, iż Vancouver rzeczywiście zagra tym razem siebie. Choć przyznać trzeba, że zaszycie się w ogromnej powierzchniowo, a jednocześnie wyludnionej Kanadzie oferuje jakieś szanse na przeżycie. Może w kolejnych sezonach?

Autonomiczność

Ostatnią cechą, wzmacniającą wszystkie uprzednio wymienione, jest autonomia produkcji. Najczęściej traktować będziemy „Fear the Walking Dead” jako spin-off „The Walking Dead”, ale nie jest to określenie precyzyjne, o czym dali nam już znać sami twórcy. Nowa produkcja będzie oficjalnie serialem towarzyszącym, z czego wynika fundamentalny brak ścisłych powiązań i crossoverów. I mnie osobiście takie rozwiązanie odpowiada.

Po pierwsze, jest to krok logiczny, ponieważ czas akcji stanowił będzie fabularny prequel, a po drugie, twórcza wolność obejmuje również brak zależności od komiksów. Fani obeznani z graficzną powieścią wiedzą – mniej więcej – dokąd zmierza „The Walking Dead”, a to zawsze wpływa na odbiór. Tym razem każdy kolejny odcinek będzie ekscytującą zagadką, wolną od porównań do literackiego pierwowzoru. Nad spójnością wizji czuwał będzie oczywiście sam Robert Kirkman, a jego zaangażowanie powinno być sporym atutem. Nowe pomysły, bohaterowie i miejsce akcji – potencjał jest nieograniczony, a talent twórczy udało się już zgromadzić.

Czytaj również: „The Walking Dead” – o czym 6. sezon?

Dla części widzów może to również być pierwsze spotkanie z uniwersum Żywych Trupów i okazja do bliższego zapoznania się z nim bez konieczności nadrabiania innych pozycji. Seriale te mają się jednak uzupełniać, w końcu przecież to jeden i ten sam świat. Kirkman obiecuje również, że kilkukrotnie puści oczko do wiernych fanów. Jak wyjdzie to w praktyce? Przekonamy się za kilka miesięcy.

Przejdź do komentarzy (0)
Komentarze