Menu

Recenzja

Ocena recenzenta:6/10

„Blue Ruin”: Przemoc dziedziczona – recenzja

W amerykańskich filmach akcji oraz thrillerach popularnym motywem jest zemsta, mająca na celu usprawiedliwienie przemocy, jaka epatuje z ekranu. W przypadku Blue Ruin przemocy tej się niemal przyklaskuje, jednak nie kieruje jej to na tory jednowymiarowego dzieła, ponieważ reżyser zgrabnie podejmuje także problematykę dziedziczenia agresywnych skłonności z pokolenia na pokolenie.

Blue Ruin to film plasujący się na pograniczu kina drogi i zemsty z domieszkami thrillera. Głównym bohaterem w tym ciekawie skomponowanym tworze autorstwa Jeremy’ego Saulniera jest Dwight (Macon Blair) – bezdomny outsider, który wydaje się znajdować dokładnie tam, gdzie zamierza. Dwight sprawia wrażenie kowala swojego losu, któremu nie przeszkadza mieszkanie w zdezelowanym samochodzie, zaś jednostajna i zachowawcza egzystencja zdaje się pełnić dla niego substytut bezpieczeństwa. Bardzo wyraźne jest wrażenie, iż głównemu bohaterowi w pewien sposób ciąży przeszłość, z którą nie może się pogodzić. Wątpliwości zostają rozwiane, gdy morderca jego rodziców wychodzi przedwcześnie z więzienia. Jak nietrudno się domyślić, Dwight pakuje cały swój dobytek na tylne siedzenie, uzupełnia benzynę w baku i wyrusza dokonać krwawej zemsty.

Z początku wszystko wskazuje na to, że Dwight będzie kolejnym kliszowym antybohaterem na miarę Jasona Stathama wymierzającego sprawiedliwość wedle z góry zaplanowanego co do sekundy planu. Nic bardziej mylnego, gdyż jak się szybko okazuje, główny bohater, będąc wyjętym z własnego kontekstu, jest szaraczkiem, jakich wiele na ulicy. On także się potyka, popełnia błędy i wydaje się być niezdarny czy nieporadny. Jednak jego żądza zemsty jest większa niż jakiekolwiek przesłanki stojące za tym, aby tego nie czynić – prowadzi to Dwighta przez mieściny wypełnione po brzegi stereotypowymi redneckami, złodziejami oraz kierowcami tirów w na tyle zgrabny sposób, iż kolejne scenerie i wydarzenia hipnotyzują widza. W końcu, gdy Dwight trafia na ostatnią prostą swojej przygody, która zaprowadzi go do domu rodziny mordercy, dopiero wtedy objawi się widzowi prawdziwy sens filmu. Saulnier stara się zakomunikować widzowi przez cały seans, że przemoc jest chorobą dziedziczną, zaś ostatnia scena z pewnością zasieje w głowach widzów więcej pytań niż odpowiedzi, pomimo tego, że nie jest to przykład kina kontemplacyjnego.

Czytaj również: Box Office: „Wojownicze żółwie ninja” zaskakują

Choć Blue Ruin to z pewnością nie najoryginalniejsze kino, zasługuje na uwagę choćby z powodu formy – prostych, dopracowanych pod względem technicznym zdjęć oraz dobrze dobranej muzyki niczym z radia. Fabuła nie charakteryzuje się nagłymi zwrotami akcji czy pobocznymi wątkami oraz nie można jej zarzucić, aby w bezpośredni sposób kopiowała klisze obecne w obiegu popkultury. Cały film charakteryzuje się (można by rzec, że broni) tym, iż jest solidnie wykonany i wyczuwalny jest w nim swoisty styl reżysera, który choć może nie najświeższy, to jednak zapewniający odpowiednią dozę emocji i wrażeń kojarzoną z kinem mającym korzenie w nurcie akcji. Do tego dodana zostaje dobrze wyważona dramaturgia oraz zgrabny, czarny humor, efektem czego jest obraz luźno mieszczący się w ramach gatunkowych thrillera, ponieważ bardziej funkcjonuje jako przestroga, iż wszyscy posiadamy swoje granice, a przekroczenie ich może być katastrofalne w skutkach.

Przejdź do komentarzy (0)
Komentarze