Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

Tagi:  dceu 

James Gunn pasuje lepiej do DCEU niż do MCU. Dajcie mu tworzyć

James Gunn pasuje lepiej do DCEU niż do MCU. Dajcie mu tworzyć James Gunn pasuje lepiej do DCEU niż do MCU. Dajcie mu tworzyć

James Gunn postanowił wyfrunąć z gniazda MCU i znaleźć schronienie w DCEU. Przystań to ani bezpieczna, ani malownicza, jednak reżyser Strażników Galaktyki wydaje się tam pasować jak ulał.

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że MCU i DCEU to dwie skrajności w realizowanej wizji marketingowej: pierwszy projekt chce być zawsze uśmiechniętą familią, drugi zaś czerpie pełnymi garściami z modelu biznesowego. Jeśli więc uznamy Kinowe Uniwersum Marvela za jedną wielką rodzinę, to w tych kategoriach u konkurencji sprawy już dawno wymknęły się spod kontroli. Co prawda dalej jaśnieje blask mamy-Wonder Woman, ale tata-Batman przesadził z ilością wypitego alkoholu, a dziadek-Superman już zawinął się z tej imprezy. Teraz na tę świąteczną posiadówkę przybywa Gunn, którego z poprzedniego ogniska domowego... zwolniono. Włodarze Disneya musieli na chwilę zapomnieć, że rodziny faktycznie się nie wybiera; wieść gminna niesie, że jedynie Kevin Feige w reżyserze widział marnotrawnego, ale jednak wciąż syna. Sęk w tym, że ów wypędzony jegomość w obecnej kondycji DCEU wydaje się być właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Gdy fani tego uniwersum tracili nadzieję na lepsze jutro, pojawiło się kilka światełek w tunelu. Zwróćmy uwagę, że te wiążą się z artystycznym szaleństwem: feerią jaśniejących barw, jakimi James Wan postanowił rozświetlić podwodny pejzaż Atlantydy w Aquaman, pokazując tym samym, że heros mógłby wyskoczyć na browara z płetwalem błękitnym, czy obłędem w oczach, z którym Phoenix popala papierosa, gestykuluje i uśmiecha się na planie Joker (nawet jeśli ten projekt ma być fabularnie z Kinowym Uniwersum DC niezwiązany). James "Why is Gamora?" Gunn będzie tu pasował ze swoją twórczą nonszalancją jako kolejny element w układance wariatów, którzy w DCEU mają wnieść świeży powiew i całe przedsięwzięcie w oczach zwykłego obserwatora odczarować.

Gunn już w 2016 roku przyznał, że miał ofertę tworzenia filmów na bazie komiksów DC, ale ostatecznie z niej nie skorzystał. W tym samym wywiadzie wymienił jednak postacie z powieści graficznych, których historii zekranizowanie przyniosłoby mu przyjemność - reżyser dał prawdziwy wyraz swojej miłości do superbohaterów, z prędkością karabinu maszynowego podając kolejno Swamp Thinga, Jonah Hexa, Metal Mena czy Shazama. Już wtedy komiksowi fani wychodzili z założenia, że filmowiec może być po prostu ich kolegą z fandomu, przebranym dla niepoznaki w szaty wpływowego twórcy. Co więcej, rzeczona rozmowa odbyła się w okolicach premiery Suicide Squad, produkcji, której autor, David Ayer, próbował nieudolnie połączyć mroczną estetykę na modłę DC z humorystyczną konwencją, jaką Gunn zaproponował w pierwszej części Strażników Galaktyki. Jeśli już więc nowy nabytek Warner Bros. wchodzi w świat Suicide Squad, to warto zauważyć, że jego wcześniejsze dzieła tonacją były zbliżone do komiksowego wizerunku tej drużyny nawet bardziej niż do chodzącego drzewa, gadającego szopa i ich kompanów z zeszytów Marvela. Widać to najlepiej na przykładzie filmu Super z 2010 roku - Gunn pokazał w nim postać Franka Darbo, przegrywa z krwi i kości, który zakłada trykot i postanawia walczyć ze złem, by odzyskać uczucia swojej żony. Nic to, że krytycy nie zostawili na obrazie suchej nitki; z niejasnych przyczyn wokół niego zaczęła tworzyć się społeczność fanowska, a jej członkowie widzieli w autorze komiksowego mędrca. W końcu zaproponowanie widzom wizji, w której religijny pacyfista toczy bój o lepszy świat za pomocą bezwzględnej przemocy, jest pomysłem tak absurdalnym, że za tym szaleństwem musiała kryć się jakaś większa metoda.

James Gunn - Legion samobójców 2
fot. Warner Bros./comicbook.com

Sprzeczności wpisane w tę ekranową historię od wielu lat możemy napotkać również w komiksach o Suicide Squad. To przecież grupa postaci skonfliktowanych i na zewnątrz, i do wewnątrz jednocześnie, a ich kolejne przygody rozpisane są pod dyktando dwóch biegunów tej samej opowieści: światła i mroku, zdrady i odkupienia win, ponurego obłędu i rozrywki. Antybohaterami powoduje dysharmonia, która sprawia, że mamy tu do czynienia z postaciami wielowymiarowymi - w tym samym rozumieniu, które w swoich poprzednich filmach pokazywał Gunn. W dodatku praca na planie Suicide Squad 2 może być dla niego paradoksalnie łatwiejszym zadaniem, niż miało to miejsce w przypadku Strażników Galaktyki. Wtedy reżyser musiał dostrzec w grupie kosmicznych wyrzutków potencjał, którego nie byli w stanie niekiedy pojąć sami fani. Przetrącił więc tonację i stylistykę komiksowego pierwowzoru, która bardziej niż nostalgię eksponowała międzygwiezdny melodramat - tylko w ten sposób mógł ze swoją koncepcją trafić do szerszej widowni. Filmowiec musiał także naprawdę dwoić się i troić przy emploi poszczególnych postaci, jak w przypadku Star-Lorda, którego z niemiłego i introwertycznego dupka uczynił dupkiem charyzmatycznym i skorym do wylewania żali, osadzając go jeszcze w centrum podlanego nutami absurdu rodzinnego dramatu. Dziś tytaniczna praca Gunna w MCU jest tak oczywista, że często zapominamy, jakiego nakładu wymagała; dość powiedzieć, że z jego wizji zaczęli czerpać i twórcy komiksów Marvela, i autorzy innych filmów komiksowych. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem.

James Gunn wkracza do DCEU - projektu, w którym pomysł na poszczególne produkcje zdają się realizować wszyscy jednocześnie, od drużyny urzędasów przez reżyserów i scenarzystów po sprzątaczki. Rodzi to pytania o to, czy talent filmowca nie zostanie mniej lub bardziej przypadkiem przemielony przez największy towar deficytowy w Warner Bros.: swobodę artystyczną. Warto jednak zauważyć, że Gunn na tym polu i w MCU miał problemy, choć znacznie mniejszego kalibru. Komiksowy tie-in do Guardians of the Galaxy Vol. 2 sprawił, że w wywiadach bohater niniejszego tekstu musiał słownie gimnastykować w czasie odpowiedzi na pytanie o to, jak i czy w ogóle ogranicza go kanon Marvela, zwłaszcza w kontekście kolejnej części franczyzy. W DCEU decydenci i twórcy nieszczególnie przejmują się czymś takim jak "kanon", przynajmniej po odejściu Zack Snyder. Działa się tam trochę na zasadzie: wszystkie ręce na pokład, a nuż coś się z tego urodzi. Rolą Gunna nie będzie więc porządkowanie spraw czy nadanie im transparentnego charakteru; całemu przedsięwzięciu potrzeba w tej chwili szaleńców, gotowych na poniesienie najwyższego ryzyka. Rzucajcie kamieniem jeśli Waszym zdaniem ktokolwiek nadałby się do tego projektu lepiej niż facet, przez którego pokochaliśmy małą gałąź i zawsze gotowego do jatki kosmicznego imbecyla.

Strony:
  • 1
  • 2 (current)

Źródło: Zdjęcie główne: Gage Skidmore/CC BY-SA 3.0/Warner Bros.

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV