Festiwal Andrzeja Dziurawca jest luźną kontynuacją powieści Bastard. Autor ponownie przedstawia historię dochodzenia prowadzonego przez  Szuberta. Tym razem sprawa dotyczy zbrodni na znanej feministce, a wkrótce pojawiają się nowe ofiary związane z festiwalem Waginalia. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B. w tym tygodniu. Poniżej można przeczytać dwa fragmenty Festiwalu:

Fragment 1 ROCZNICA

O blaszany dach hali dudnił deszcz. Od dwóch tygodni padało niemal bez przerwy. Wtedy panował upał, blaszana hala była rozgrzana niemal do czerwoności, ale i tak Szumanowi zdawało się, że przeżywa déja vu. Ta sama ekipa dochodzeniowa, pewnie nawet reflektory oświetlające ogromną pustą halę są te same. I doktor Lazarus oglądający zwłoki. Na tym jednak podobieństwa się kończyły, przynajmniej tak się tej nocy Szumanowi wydawało… Ofiara wisiała głową w dół na dwóch łańcuchach owiniętych wokół kostek i przymocowanych do żeliwnych dźwigarów. Hala miała z osiem metrów wysokości. Trzeba będzie sprawdzić, jak morderca tam się dostał, zanotował w pamięci Szuman. Usta zaklejone czarną taśmą. Naga. Rozłożone ręce i nogi tworzyły niemal idealną literę X. Narządów rodnych nie było widać. Między nogami czerwona miazga. Zamiast piersi dwie krwawe plamy, od których strumień krwi popłynął do ust i jasnych, krótko przystrzyżonych włosów. Na posadzce pod zwłokami zebrała się wielka kałuża krwi. Ponoć do wszystkiego można się przyzwyczaić. Szuman nie przyzwyczaił się. – Żyła, kiedy jej to robił – poinformował go Lazarus. Nawet on, obcujący ze śmiercią na co dzień, chodzący z nią pod rękę, był poruszony. Delikatnie odkleił taśmę. Rozchylił wargi ofiary. W jamie ustnej widoczna była treść żołądka. – Zadławiła się własnymi wymiocinami… Uważnie obejrzał oczy ofiary. – Tak. Popękane naczynia krwionośne w gałkach ocznych. Charakterystyczne dla uduszenia. Straszna śmierć. Szuman nie odpowiedział. Co miał odpowiedzieć? Nawet nie kazał szukać usuniętych części ciała ofiary. Ekipa była dobrze wyszkolona, wiedział, że i bez napomnień przeczeszą każdy centymetr destylarni i cały teren fabryki. Wiedział również, że najprawdopodobniej niczego nie znajdą. Tak jak nigdy nie znaleźli napletka Wojtka Glinki, pierwszej ofiary tamtego mordercy. Mordercy, który właśnie tu, w destylarni, zamordował swą ostatnią ofiarę. I tutaj zginął, obryzgując mózgiem i krwią Szuberta. Inspektor miał serdecznie w dupie Szuberta i jego ochlapaną mózgiem twarz. Niepokoiła go symetryczność tych zbrodni. Naśladowca? Tylko tego im brakowało… – Czas? Lazarus przyłożył termometr do ciała, sprawdził temperaturę. – Kilka godzin, co najmniej sześć. Ciało jest jeszcze ciepłe, dwadzieścia dziewięć stopni. W hali jest osiemnaście… Plamy opadowe na rękach, stężenie pośmiertne jeszcze nie ustąpiło. Już się do niej dobrały owady… – Mimo ruchu wokół ciała muchy nie chciały zrezygnować z posiłku. – Nic więcej na razie ci nie powiem. Szuman spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. – Czyli przed szesnastą, w środku dnia. Bezczelny skurwiel! – Sporo ryzykował. Tym bardziej że trochę czasu mu z nią zeszło. Myślę, że przynajmniej trzy kwadranse. – Doktor Śmierć krążył wokół zwłok, przyglądał im się niczym eksponatowi w Muzeum Bestialstwa. Na pewno gdzieś na świecie jest takie muzeum… – Czterdzieści kilka lat, może pięćdziesiąt. Dziwne… – kontynuował Lazarus. – Dziwne? Nie, dlaczego? Widok jak widok. – Inspektor Szuman jak zawsze w dobrym nastroju… Udało ci się dzisiaj kogoś wyrzucić na bruk czy tylko zdegradować? Wyrozumiałość dla podwładnych nie była mocną stroną Szumana… Pogodne usposobienie również. Był rzetelnym, uczciwym gliną i to chyba wszystko, co można by o nim powiedzieć dobrego. – Co dziwne? – uciął Szuman. – Wydaje się zadbana… – A? – Będę musiał jeszcze uważnie się jej przyjrzeć, ale wygląda na to, że jest totalnie au naturel. – I bez twojego kiepskiego francuskiego widzę, że jest naga. – Nie tylko. Wygląda na to, że ma naturalny kolor włosów, nie widać żadnych odrostów. Nie ma też śladów operacji plastycznych. No i nie ma depilacji intymnej, nawet nie przystrzygła sobie bikini. Pełny niedźwiadek! – To takie dziwne? – Szuman, kiedy ty ostatni raz widziałeś nagą kobietę? – Dwa tygodnie temu. Miała siedemdziesiąt dwa lata i bardziej niż genitalia interesowały mnie jej rany kłute. Trzydzieści sześć, jeśli dobrze pamiętam. – Trzydzieści osiem. Zięć chyba naprawdę jej nie lubił. Chcesz powiedzieć, że mój stół sekcyjny to jedyne miejsce twoich doświadczeń intymnych? – Śmieszne. Bardzo. Można już ją zdjąć? Lazarus pochylił się nad torsem ofiary. Przyglądał się ranom po amputacji. Mamrotał coś pod nosem. – Co jest? – Szuman zaczął się niecierpliwić. – Nie chcę cię straszyć, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby to była brzytwa… – Noż kurwa!
Źródło: W.A.B.
Lazarus nie dziwił się reakcji Szumana: tamten morderca jedną ze swych ofiar zamordował brzytwą. I to brzytwa właśnie naprowadziła Szuberta na trop mordercy. – Ślady walki? – Przecież widzisz, że jest cała we krwi. Powiem ci po sekcji. – Lazarus ujął prawą dłoń ofiary, obejrzał dokładnie. – Nie ma krwi pod paznokciami… chyba nie ma… – Sięgnął po lewą dłoń. – Tutaj też nic. Może podczas sekcji… Zobacz! – Wskazał na wyblakły tatuaż oplatający wężykiem lewy nadgarstek kobiety. – Jakiś egzotyczny, chyba nigdy takiego nie widziałem… Szuman pochylił się nad ręką ofiary. On również nie przypominał sobie, by widział kiedyś taki wzór. – Jakby pismo… – Żadne z tych, które znam. – Lazarus nie był przekonany. – A jakie znasz? – Trochę się człowiek tego naoglądał… Widziałem już napisy po arabsku, w farsi, nawet w sanskrycie. To na pewno żaden z nich. Hebrajski też nie. – Dobre i to. Mamy kogoś, kto się na tym zna? – Obawiam się, że nie. Musisz spróbować na orientalistyce. Szuman kazał dokładnie obfotografować tatuaż. – Jutro chcę wiedzieć, co to jest. Lazarus wciąż przyglądał się tatuażowi. Marszczył się, mruczał coś do siebie. – Co tam mamroczesz? – Szuman zaczął się niecierpliwić. – Cholera, nie wiem… Może jednak widziałem już coś takiego. – Kiedy? Gdzie? – Nie kojarzę… – To skojarz, do kurwy nędzy! – Wal się Szuman! – Lazarus, choć nikczemnej postury, nie bał się nikogo i niczego. Być może dlatego, że jego narzeczoną była aspirant Sobek, niewiasta zaiste rzetelnej budowy. – Jak sobie przypomnę, to sprawdzę, a jak sprawdzę, to ci powiem. Jeśli będziesz grzeczny… Szuman tylko zazgrzytał zębami. Lazarus dał znak technikom. Ostrożnie uwolnili ofiarę z łańcuchów, włożyli do czarnego worka. Doktor Śmierć sam zasunął suwak. – Była bardzo piękna. Zauważyłeś? – Nie bardzo. Sekcja jutro o siódmej? – Daj pożyć, człowieku, jutro sobota! To naprawdę nie moja wina, że nie masz życia osobistego. – Niech ci będzie. Siódma piętnaście. Kozak! Szuman rozejrzał się po hali. Starsza aspirant Kozak była jego ekspertem od depilacji. Stała we wrotach destylarni, przesłuchiwała stróża. Na zewnątrz funkcjonariusze rozmawiali z podekscytowanymi uczestnikami wycieczki. Wybierając się na nią, liczyli na mocne wrażenia, ale przecież nie aż takie. Będzie co opowiadać. I pokazywać: aparaty, kamery uwieczniły scenę autentycznej zbrodni. Syci wrażeń, chcieli już wracać do domów i hoteli, podzielić się wrażeniami z rodziną i znajomymi, wrzucić zdjęcia na fejsa. Niestety policjanci byli nieugięci. Przesłuchiwali każdego z osobna. Japończyków również. Na szczęście niektórzy z nich znali angielski. Szuman dyskretnie skinął na Kozak. Aspirant zadała staruszkowi ostatnie pytanie, kazała mu czekać w stróżówce i podeszła do Szumana. – Nic nie widział, nic nie słyszał, nic nie czuł. – To po cholerę on siedzi w tej stróżówce? – Słucha radia… – Kozak wzruszyła ramionami. Ładnie wzruszyła. – Fajna fucha, też bym tak chciał. Wiesz, który dzisiaj jest? Gabi spojrzała na wyświetlacz komórki. – Szósty lipca. – Dopiero po chwili skojarzyła. Dwa lata temu, dokładnie dwa lata temu… – To nie może być przypadek… – Przyjrzałaś się ofierze? Kozak skinęła głową. – Naturalny kolor włosów, żadnych śladów operacji plastycznych, brak depilacji intymnej. Nie dziwi to pani? – Ile miała lat? – Według Lazarusa czterdzieści kilka, pięćdziesiąt. – Panie inspektorze! Ja mam dwadzieścia osiem! Skąd mam wiedzieć?! Nawet nie mam znajomych w tym wieku. Proszę porozmawiać ze swoją żoną. – Łatwo pani powiedzieć… No nic. Proszę skombinować jakąś drabinę. Musimy zobaczyć, jak on przymocował te łańcuchy. – Teraz?! – No nie tak zaraz. Kwadrans? – Proszę zejść na ziemię, inspektorze. Ośmiometrowe drabiny nie występują w przyrodzie. Wezwałam straż. Wkrótce powinni być. – A morderca? Jak się tam dostał? Też prosił o pomoc straż pożarną? – Może jednak pozwolimy chłopakom z technicznego skończyć. Dochodzi pierwsza, a oni mają jeszcze roboty na dobrych kilka godzin. Zejdzie im do rana. Pan naprawdę nie ma życia osobistego? – A co to jest? – z kamienną twarzą spytał Szuman. Kozak spojrzała na niego ze współczuciem. Chciała mu nawet powiedzieć coś miłego, ale inspektor już się od niej odwrócił, podszedł do zmokniętej aspirant Sobek. Sobek była stałym członkiem zespołu Szumana. Niektórzy twierdzili, że również jego osobistym bodyguardem. – Wiemy, jak się tu dostali. – No? – ponaglił ją Szuman. – W ogrodzeniu od strony Portu Praskiego jest wycięta siatka, mniej więcej tyle… – Sobek zademonstrowała, rozwierając potężne ramiona. – Trochę za mało, żeby wjechać samochodem. Może motocyklem albo quadem… Cwaniaczek wstawił wycięty fragment z powrotem, ale chłopcy nie dali się nabrać. – Dobra robota – pochwalił ją Szuman. Sobek pokraśniała z dumy. Niepotrzebnie. – Ale co nam to daje? Wiemy tylko tyle, że sprawca lub sprawcy nie przynieśli jej tu na piechotę. Bo śladów żadnych nie ma? – Na tym deszczu?! Żartuje pan?! – Widziałaś kiedyś, żebym żartował…? – Sobek zaprzeczyła skwapliwie. – No właśnie. Szukajcie, może gdzieś rzucił jej ubranie, dokumenty, cokolwiek. – Tak jest. – W przeciwieństwie do Kozak, Sobek była zdyscyplinowaną funkcjonariuszką. Naciągnęła na głowę kaptur nieprzemakalnego płaszcza i wyszła z hali. Wróciła po chwili. – Jest straż. – Dawaj ich tutaj! Czekaj! Tylko dwóch z drabiną. Każ im założyć ochraniacze, żeby mi tu nic nie nanieśli. Po chwili Sobek wparadowała ze strażakami ciągnącymi drabinę na czterokołowym wózku. Podobnie jak członkowie ekipy dochodzeniowej mieli na butach foliowe ochraniacze. Instruowani przez potężną aspirant strażacy rozłożyli drabinę, przystawili do dźwigara. Jeden z nich zaczął się po niej wspinać. – Gdzie?! – powstrzymał go Szuman. – Sobek! Strażak spojrzał pytająco na potężną policjantkę. Sobek tylko wzruszyła ramionami. Strażak bez słowa zszedł z drabiny, ona zajęła jego miejsce. Powoli i niepewnie stawiając stopy na kolejnych szczeblach, ruszyła do góry. Widać było, że praca na wysokościach nie jest jej mocną stroną. Dotarła wreszcie do dźwigara. Nie popełniła błędu, nie przytrzymała się dłońmi. Wspięła się na kolejny szczebel, ostrożnie wystawiła głowę. – I jak? – niecierpliwił się Szuman. – Chwila! Sobek usadowiła się pewniej na drabinie, zaczęła uważnie  przyglądać się dźwigarowi. – Jest coś? – Chyba powinien pan sam to zobaczyć. – Złaź! Sobek zlazła, Szuman wlazł. Niezgrabnie, ale w miarę raźnie. Popatrzył przez chwilę, skomentował: „o kurwa!”, i zszedł. Milczał przez dobrą minutę. – Co jest grane? Rozumiesz coś z tego? Sobek pokręciła przecząco głową. – No to jesteśmy razem. Kozak! – Tak, panie inspektorze? – Właź! – Nie dam rady. Mam lęk wysokości, naprawdę. – Mam cię tam wnieść? – To ja już wolę sama… – Weź kamerę. – No nie… Szuman zignorował jej skargę. Empatia nie była jego mocną stroną. – Niech ktoś da jej kamerę. Jeden z techników podał Kozak kamerę, poinstruował: – Tak trzymasz, tu patrzysz, tu naciskasz… – Fuck off! – podziękowała mu śliczna aspirant, chwyciła sprzęt i zaczęła się wspinać. Ostrożnie badała stopą każdy szczebel. Wreszcie dotarła do dźwigara. Najpierw wystawiła kamerę, później głowę. Na zakurzonej powierzchni dźwigara wyraźnie widać było ślady stóp. Bardzo dziwne ślady… – I co myślisz? – dopytywał się Szuman. – Tak jakby tu tańczył… – No właśnie. Co jeszcze? – To nie są buty. – A co? – Nie uwierzy pan. – Zgoda, nie uwierzę. Więc? – Moim zdaniem to baletki. – Co?! – Mogę już zejść? – Sfilmowałaś? – No przecież! Kozak zeszła. Podekscytowana zapomniała o lęku. Pomajstrowała chwilę przy kamerze, ustawiła podgląd. Na monitor ku ukazały się odciśnięte w kurzu poplątane ślady stóp. Szuman i Sobek patrzyli w milczeniu. Film urwał się nagle. – Baletnica?! To niby baletnica ją zaszlachtowała?! – Raczej baletmistrz. Stopy są dosyć duże. Co pan myśli o tym tańcu? – Euforia. Skurwiel się dobrze bawił. – Albo skurwielka. – Za stary jestem na tę robotę. Nikt nie zaprzeczył. Milczeli przez chwilę. – Niech technicy zabezpieczą te ślady. I zdejmą wreszcie ten łańcuch. No co tak stoicie, dziewczyny?! Ruchy! Ruchy! Sobek pobiegła przekazać polecenia i niemal staranowała wysokiego i przeraźliwie chudego mężczyznę w długim czarnym płaszczu. Spojrzała na jego wąską, bladą twarz, wzdrygnęła się. Facet wyglądał jak śmierć z ekspresjonistycznego horroru. – Dobry wieczór, panie prokuratorze. Inspektor jest tam. Facet bez słowa ruszył we wskazanym kierunku. Sobek skrzyżowała palce. Tak na wszelki wypadek… Prokurator podszedł do Szumana. Popatrzył na niego pytająco. Na stojącą obok inspektora Kozak nie spojrzał. Niewielu mężczyzn potrafiło nie spojrzeć na aspirant Kozak… – Mnie też miło widzieć pana prokuratora. Prokurator nie odpowiedział. Kozak nie spodziewała się odpowiedzi. Zaręba odzywał się rzadko i niechętnie. I pewnie dlatego Szumanowi dobrze się z nim współpracowało. W kilku zdaniach streścił mu sytuację. Zaręba niemal niedostrzegalnym skinieniem głowy dał znak, że przyjął informacje do wiadomości. – Pozwoli pan inspektor, że się odmelduję? – Kozak subtelnie przypomniała, że wciąż tu jest. Jeszcze raz rozejrzała się po miejscu zbrodni. – Myślą panowie, że to początek serii? – Nie, dlaczego? Nie wiem, skąd to pani przyszło do głowy. To samo miejsce, ta sama data, okaleczone genitalia ofiary… Przypadek. To na pewno przypadek. Życzę udanego życia osobistego. – Szuman odwrócił się, odszedł w głąb hali, do nadzorującego pracę grupy dochodzeniowo-śledczej nadkomisarza Tomczyka. Tomczyk był zastępcą Szumana. Pracowali razem od lat. Rozumieli się w pół słowa. Kozak przez chwilę patrzyła za Szumanem, uśmiechnęła się. Lubiła tego faceta. Jednak. Mimo wszystko. Ruszyła do wyjścia z destylarni. Ona miała życie osobiste. Jednak. Mimo wszystko. Prokurator pozostał na miejscu. Powoli, bardzo powoli obracał się wokół własnej osi, nieruchomym wzrokiem omiatał miejsce zbrodni, rejestrował.
Strony:
  • 1 (current)
  • 2
To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj