Film, który "stworzyło" życie
Jest październik 1972 roku. Grupa młodych sportowców z drużyny Old Christians Club wchodzi na pokład samolotu. Właśnie udają się na wycieczkę do Chile, a dokładniej do Santiago. Jak wiemy z wielu artykułów i filmów dokumentalnych, nie docierają na miejsce, a maszyna spada z niebios wprost na zapomniany przez Boga fragment ziemi. Po otrząśnięciu się z tragedii, zatamowaniu krwawienia i wstępnym opatrzeniu ran doznają równie bolesnego przypływu świadomości. Za nim idzie przypływ bezradności. Te prawdopodobnie najodważniejsze czyny, jakie kiedykolwiek w życiu wykonali, są za nimi, a za chwilę czekają ich nasycone o wiele większą dawką heroizmu działania. Nie wiedzą jeszcze, co ich czeka, i powoli zaczynają orientować się, że zostali zdani na samych siebie na tym zaśnieżonym skrawku planety, gdzie za dom od teraz służyć im będzie kawałek rozczłonowanego wraku. Zaczyna się pierwsze załamanie wewnętrznej siły i wiary. A przecież nadzieja będzie ich jedyną strawą i siłą napędową, więc szybko muszą ją w sobie „reanimować”. Dalej jest już tylko ból, ciężar bytu, łamanie zasad i konieczne kompromisy. Wszystko zostało przedstawione na ekranie jak najbardziej autentycznie. To, co najbardziej dotyka i zadziwia w bohaterach filmu, to ich niezłomność, niezachwiana kultura osobista, trzymanie swojej moralności w ryzach niemalże do ostatnich chwil i funkcjonowanie według biblijnych przykazań, mimo okalającej ich beznadziei. Jeszcze bardziej porusza fakt, że to wcale nie fikcja. Zapewne jesteście świadomi, czym ocalali będą się żywić oraz jak przedłużą swoje istnienie. Jednak niesamowite nie jest to, że udało im się przełamać na tyle, by być zdolnym do tak zaawansowanej walki o życie. Niezwykłe jest to, że nie zgasła w nich nadzieja, a zdarza się to nawet w cywilizowanej części świata, w którym zamknięta przestrzeń, woda i mydło są na porządku dziennym. W filmie praktycznie każda postać staje się dla odbiorcy na pewien sposób ważna, da się polubić ich wszystkich. Siłą rozbitków są słowa, bo to dzięki nim tworzą plany, budują się nawzajem, a nawet rozśmieszają. Siłą rozbitków są też czyny – od porządkowania śmieci po masowanie stóp towarzysza. Czerpią z tego, co im zostało. W produkcji przedstawiono wszystkie relacje bardzo szczegółowo i z naciskiem na braterskość. Podczas tej bezlitosnej próby nie było czasu na wykluczanie, analizowani – kto, na co zasłużył, kto był przydatny, kto interesujący. Idąc przez piekło, trzymali się za ręce. Stopniowo puszczali dłonie tych, którzy nie byli zdolni kontynuować podróży. Śnieżne bractwo to film, w którym aktorstwo przedstawiono na tak wysokim poziomie, że bez robienia sobie przerw na zalanie kawy wrzątkiem czy pójście do toalety łatwo przejąć prezentowane tam nastroje. Narracja prowadzona jest z perspektywy Numy Turcatti. Fakt, że jako widzowie przyglądamy się rzeczywistości ofiar akurat z poziomu jego świadomości i oczu, jest naprawdę łamiący i może spowodować drobne pęknięcie w Waszych sercach. W Śnieżnym bractwie każdy jest sobie przyjacielem. Mam wrażenie, że znacząco wpływa to na odbiorcę – staje się on również zaprzyjaźniony, wtajemniczony, zaproszony. Zaczyna rozumieć, jaką wartość dla jednostki i grupy ma „nieczynienie bliźniemu, co tobie niemiłe” w zakątku świata, do którego teoretycznie ludzkie prawa nie docierają.Bóg nie mieszka w Andach?
Pasażerowie urugwajskiego samolotu, który zaliczył nieplanowanie lądowanie, byli wierzący. Stąd też z uporem, wyszukując znaków opatrzności, walczyli z mrozem, przeszkodami i samymi sobą do samego końca, aż żołądki skurczyły im się do takiej wielkości, że zgodzili się na grupowy „grzech”. Można powiedzieć, że wiara krzepiła ich, ale i ograniczała. W jednej z przerw od pielęgnowania wnętrza wraku, porcjowania posiłków i tworzenia ze znalezionych resztek przydatnych przedmiotów kilku rozbitków spotkało się na rozmowę przy papierosie. Zaowocowała ona pięknym monologiem, który jest wartościowym elementem produkcji – i raczej byle jakie wspomnienie czy informacja nie zajmą jego miejsca w pamięci widza. Rozmawiali właśnie o wierze. Dowiadujemy się wtedy, czym jest Bóg dla człowieka żyjącego dzięki nadziei, roztopionemu śniegowi i mięsu zmarłych towarzyszy. Zdani na siebie zaczęli nazywać go po imieniu: rękami i nogami swoich towarzyszy, których łączył wspólny cel. Wierzyli w to, co było efektem wytrwałości i pracy obecnych – tych, którzy podzielają ten tragiczny los i wspólnie uciekają przeświadczeniom, własnym demonom i samej klęsce, by pomimo wszystko wytrwać. Gdy nie czuć w życiu obecności Boga, należy odnaleźć go w sobie – bo o ile się nie mylę, nigdzie nie napisano, że mieszka on w jednym, wyznaczonym z góry miejscu. Ten film wzrusza. Zdecydowanie nie można przejść obok niego obojętnie, mimo że jest odtwórczy, a osoby zaangażowane w jego zrealizowanie miały jedynie przypomnieć historię, którą napisało życie. Jednak zrobiły to dobrze, poprawnie, czyli bez wyczucia estetyki, piękna, symetrii i proporcji (pomijając dziedziny, w których było to konieczne). W przedstawianiu tak przejmujących i łamiących serce scen należy pamiętać jedynie o prawdzie i tym, co zrobić, by była niekwestionowanie główną bohaterką. Reżyserowi, scenarzyście, scenografowi i każdemu, kto przyczynił się do powstania Śnieżnego bractwa, można szczerze podziękować za to, że jedyne, co pokazano w produkcji jako nieskazitelnie piękne, to górski krajobraz i ludzkie serca.To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
⇓
⇓
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj