Magiczne battle royale
Największą siłą gry jest fakt, że umiejętności możemy łączyć ze sobą w ciekawe i zabójcze kombinacje. Trującą chmurę da się podpalić, wywołując tym samym potężny wybuch, a tornado można nasycić elektrycznością, zwiększając jego moc. Takich “kombosów” jest znacznie więcej, a ich odkrywanie zapewnia sporo frajdy. Do tego dochodzą też czary, które ułatwiają podróżowanie: mamy więc teleporty, szybowanie czy tworzenie lodowych ścieżek. Wszystko to daje wybuchową mieszankę, która mocno różni się od klasycznego biegania i strzelania do wszystkiego, co się rusza. Nie zabrakło też przedmiotów zwiększających statystyki, odnawiających pancerz i punkty życia - ot, gatunkowy standard. Można jednak odnieść wrażenie, że coś nie do końca zagrało w balansie rozgrywki i pewne zdolności wydają się nieco zbyt potężne w zestawieniu z innymi czarami. Miotanie kamiennymi głazami ma ogromny zasięg i zadaje spore obrażenia na dużym obszarze, a gdy jeszcze podpalimy skałę w locie, to aż współczuje się oponentom.... Z drugiej strony wszystko jest kwestią znalezienia odpowiedniej kontry. Ogromny kamulec nie trafi przeciwnika, który do perfekcji opanował wszystkie mechaniki poruszania się i wykonywania błyskawicznych uników. Sieciowe pojedynki są szybkie i trwają około 10-15 minut. Praktycznie cały czas coś się dzieje, przez co trudno się nudzić. Naprawdę mało jest momentów, w których przemierzalibyśmy mapę w zupełnym spokoju, bez obecności innych graczy. Nawet najlepsze i najbardziej dopracowane battle royale nie przyciągnie graczy na dłużej, jeśli nie będzie zawierać ciekawego systemu rozwoju i zdobywania przedmiotów kosmetycznych. Tutaj na ten moment jest… średnio i daleko temu do setek wspaniałych i niezwykle zróżnicowanych kostiumów z Fortnite. Mamy co prawda jakieś pasywne talenty, a także kostiumy, odznaki i inne drobnostki dostępne za wirtualną walutę, ale nie są one zbyt atrakcyjne i raczej nie utrzymają nikogo na dziesiątki czy nawet setki godzin. Możliwe, że z czasem ulegnie to zmianie i twórcy zadbają o jakąś ciekawszą, przysłowiową marchewkę na kiju. Plusem jest natomiast fakt, że wszystkie postępy bez najmniejszych problemów przenoszą się między platformami. Zabawę da się rozpocząć na PC, PS4 lub Xboksie One, a następnie kontynuować ją na Nintendo Switch lub na odwrót. W ten sposób zachowamy poziom konta i zdobyte ulepszenia, stroje itp. Jest także opcja zabawy międzyplatformowej, co pozwala na grę z przyjaciółmi na innych konsolach.Spellbreak: Breath of the Wild?
Do przedmiotów kosmetycznych w grze można się przyczepić, to do samej warstwy wizualnej już raczej nie. Spellbreak jest naprawdę ładne, chociaż na pierwszy rzut oka widać, że graficy mocno inspirowali się The Legend of Zelda: Breath of the Wild: to dokładnie ten sam kreskówkowy styl oprawy z bardzo wyrazistymi kolorami i podobnymi modelami postaci. Ba, nawet jeden strój z kapturem wygląda, jakby stworzył go ten sam krawiec, który ubierał Linka. Trudno jednak uznać za wadę fakt, że twórcy czerpali inspirację z jednej z najlepszych gier ostatnich lat.To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
⇓
⇓
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj