W Avenue of Mysteries Irving po raz kolejny snuje barwną, obyczajową opowieść – pełną emocji, narracyjnych chwytów, fascynującą i skłaniającą do refleksji. Zarys fabularny powieści prezentuje się następująco: Czternastoletni Juan Diego, który urodził się i dorastał w Meksyku, ma młodszą siostrę Lupe, która myśli, że zna przyszłość, zwłaszcza swoją i brata. Jest telepatką, czyta w myślach i umie bezbłędnie rozszyfrować przeszłość większości ludzi, z którymi ma do czynienia. Z przyszłością różnie bywa, ale wyobraźcie sobie, co czuje dziewczynka, która myśli, że wie, co czeka ją lub osobę, którą najbardziej kocha. Do czego się posunie, aby odwrócić bieg przeznaczenia? Z wiekiem, szczególnie w snach i wspomnieniach, żyjemy przeszłością. Bywa, iż żyjemy nią bardziej niż tym, co otacza nas w chwili obecnej. Po latach Juan Diego wyruszy w podróż na Filipiny, ale będą mu towarzyszyć sny oraz wspomnienia z dzieciństwa i czasów dorastania; to w nich jest najbardziej żywy. „Los naznaczył go swoim piętnem”, opisuje John Irving Juana Diego. „Ciąg zdarzeń, ogniwa naszego życia – to wszystko, co wiedzie nas tam, dokąd zmierzamy, szlaki, którymi podążamy do końca, to, czego się spodziewamy i nie spodziewamy, może stać pod znakiem zapytania, trwać niewidoczne, albo rzucać się w oczy”. Aleja tajemnic ukaże się 12 stycznia nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Zostanie wydana w miękkiej oprawie, będzie liczyła 512 stron i kosztowała 42,00 zł. Poniżej możecie przeczytać jej fragment.
Źródło: Prószyński i S-ka

FRAGMENT

„Jestem Meksykaninem”, zaznaczał niekiedy Juan Diego. „Urodziłem się w Meksyku i tam dorastałem”. Ostatnio miał zwyczaj mawiać: „Jestem Amerykaninem: od czterdziestu lat mieszkam w Stanach”. Bądź też, by uciąć kwestię narodowości, oznajmiał: „Pochodzę ze Środkowego Zachodu. A dokładnie ze stanu Iowa”. Nigdy nie przedstawiał się jako Amerykanin meksykańskiego pochodzenia. Nie dlatego, że nie lubił tej etykietki, chociaż, prawdę mówiąc, uważał to za etykietkę i za nią nie przepadał. Zdaniem Juana Diego narzuca ona wspólny mianownik, a takiego nie znajdował w swoim życiorysie. Zresztą wcale nie chciało mu się szukać. Mawiał za to, że miał dwa życia: dwa oddzielne, skrajnie różne życia. Pierwsze było jego życie w Meksyku, dzieciństwo i wczesne lata dorastania. Po wyjeździe z Meksyku – nigdy tam nie wrócił – zaczął drugie życie, amerykańskie lub, innymi słowy, środkowozachodnie. (A może chciał w ten sposób dać do zrozumienia, że w jego drugim życiu właściwie niewiele się wydarzyło?). Zawsze utrzymywał jednak, że w duchu – na pewno we wspomnieniach, lecz również w snach – wiódł i przeżywał na nowo swoje dwa życia na „równoległych płaszczyznach”. Serdeczna przyjaciółka, a zarazem lekarka Juana Diego, podśmiewała się z tej jego teorii. Mówiła, że on jest bez przerwy albo chłopcem z Meksyku, albo dorosłym ze stanu Iowa. Juan Diego lubił obstawać przy swoim, lecz w tym wypadku przyznawał pani doktor rację. Zanim beta-blokery zaburzyły mu sny, Juan Diego wspomniał zaprzyjaźnionej lekarce, że budził się przy „najłagodniejszym” z powtarzających się koszmarów. Było to w zasadzie wspomnienie przełomowego poranka, kiedy stał się kaleką. W istocie jedynie początek owego koszmaru lub wspomnienia był „łagodny”, a rzecz miała miejsce w Oaxaca w Meksyku, nieopodal miejskiego wysypiska śmieci, w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym, kiedy Juan Diego miał czternaście lat. W Oaxaca był tak zwanym dzieckiem wysypiska (un niño de la basura), mieszkał w budzie w Guerrero, kolonii rodzin pracujących na wysypisku (el basurero). W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku w Guerrero mieszkało ich zaledwie dziesięć. Wielu obywateli stutysięcznego wówczas miasta Oaxaca nie miało pojęcia, że dzieci wysypiska odwalają większość roboty przy zbieraniu i sortowaniu śmieci. Ich zadaniem była segregacja szkła, aluminium i miedzi. Ludzie, którzy wiedzieli, czym zajmują się dzieci wysypiska, zwali je los pepenadores: „zbieraczami”. I właśnie takim był Juan Diego w wieku czternastu lat: dzieckiem wysypiska i zbieraczem. Ale okazało się, że prócz tego jest też czytelnikiem, i w okolicy rozeszła się wieść, że un niño de la basura nauczył się czytać. Dzieci stamtąd nie były z zasady zapalonymi czytelnikami, młodzi czytelnicy zaś, bez względu na pochodzenie, rzadko są samoukami. Dlatego wieść poszła w świat i o chłopcu z Guerrero dowiedzieli się jezuici, którzy przywiązywali wielką wagę do wykształcenia. Dwaj starzy jezuici ze Świątyni Towarzystwa Jezusowego nazwali Juana Diego „czytelnikiem z wysypiska”. – Niech ktoś zawiezie czytelnikowi z wysypiska dobrą książkę lub dwie: Bóg wie, co ten chłopak tam czyta! – niepokoił się ojciec Alfonso albo ojciec Octavio. Ilekroć mawiano „niech ktoś”, zawsze padało na brata Pepe. A ten był istnym molem książkowym. Po pierwsze, miał samochód, a ponieważ pochodził z miasta Meksyk, poruszanie się po Oaxaca nie sprawiało mu trudności. Po drugie, nauczał w szkole jezuitów, świetnej placówce, Towarzystwo Jezusowe bowiem miało smykałkę do prowadzenia szkół. Z kolei sierociniec jezuitów był dość nowy (minęło niespełna dziesięć lat, odkąd powstał na bazie dawnego klasztoru) i nie wszystkim przypadła do gustu jego nazwa Hogar de los Niños Perdidos, przydługa i bezduszna. Ale brat Pepe całym sercem oddał się szkole i sierocińcowi; z biegiem czasu większość wrażliwych duszyczek, którym nie pasowało brzmienie „Dom Zagubionych Dzieci”, przyznawała bez cienia wątpliwości, że jezuici prowadzą też niezły sierociniec. Poza tym wszyscy zdążyli już skrócić nazwę do „Zagubionych Dzieci”. Jedna z zakonnic, opiekunek dzieci, nie bawiła się w subtelności, chociaż gwoli sprawiedliwości należy przypuszczać, że siostra Gloria miała na myśli tylko garstkę niegrzecznych dzieci, a nie wszystkie sieroty, kiedy mamrotała czasami pod nosem „los perdidos” – z całą pewnością nazywała „straceńcami” jedynie psotników, szczególnie dających się jej we znaki. Szczęśliwie to nie siostra Gloria przywiozła książki młodemu czytelnikowi z wysypiska: gdyby to ona wybrała mu lekturę i ją dostarczyła, historia Juana Diego mogłaby dobiec końca, zanim się rozpoczęła. (…) – Hola! – zawołał pulchny jezuita przy drzwiach z siatki. – Przywiozłem książki dla Juana Diego, czytelnika. Dobre książki! – Na dźwięk złowróżbnego warczenia ze środka cofnął się o krok. Pracownica z basurero wspomniała coś o szefie wysypiska, samym el jefe. Wymieniła jego nazwisko i powiedziała: „Z łatwością rozpoznasz Riverę. Ma psa zbira”. Ale Pepe nie widział psa, który tak zawzięcie warczał w środku. Cofnął się kolejny krok od drzwi, które otworzyły się znienacka i stanął w nich nie Rivera czy ktoś, kto choćby mgliście go przypominał: nastroszona postać na progu budy nie była również Juanem Diego, tylko ciemnooką dziewczynką o zdziczałym wyglądzie – trzynastoletnią Lupe, młodszą siostrą czytelnika z wysypiska. Wyrażała się w sposób całkowicie niezrozumiały: dźwięki, które płynęły jej z ust, nie brzmiały nawet jak hiszpański. Tylko Juan Diego rozumiał siostrę, odgrywał rolę jej tłumacza dla świata. Dziwna mowa Lupe nie była przy tym jej najbardziej tajemniczą cechą, dziewczynka bowiem czytała w myślach. Wiedziała, co rozmówcy chodzi po głowie, a czasami znacznie więcej. – Przyszedł facet z książkami! – krzyknęła w głąb domu, co wespół ze szczekaniem niewidocznego psa wywołało istną kakofonię. – To jezuita, i nauczyciel, jeden z dobroczyńców z Zagubionych Dzieci! – Urwała, czytając przybyszowi w myślach, a panował w nich mętlik, gdyż Pepe nie zrozumiał ani słowa z tego, co powiedziała. – Bierze mnie za niedorozwiniętą. Boi się, że nie zechcą mnie w sierocińcu… że jezuici spiszą mnie na straty! – zawołała do Juana Diego. – Nie jest niedorozwinięta! – wrzasnął chłopiec z wnętrza domu. – Ona wszystko rozumie! – Zdaje się, że szukam twojego brata – zwrócił się Pepe do dziewczynki. Uśmiechnął się, a Lupe skinęła głową; zauważyła, że aż się poci pod ciężarem książek. – Miły jezuita, tylko trochę gruby – krzyknęła do brata, cofając się w głąb domu. Przytrzymała drzwi gościowi, jezuita ostrożnie wszedł do środka i rozglądał się za warczącym, ale wciąż niewidocznym psem. Chłopiec, czytelnik z wysypiska we własnej osobie, też nie rzucał się w oczy. Otaczające go półki z książkami wyglądały na solidne, podobnie jak sama buda, w której Pepe domyślił się dzieła el jefe. Juan Diego był marzycielskim chłopcem, jak wielu młodocianych, ale poważnych moli książkowych, był też bardzo podobny do siostry i Pepe miał wrażenie, że kogoś mu przypominali. Ale nie wiedział kogo. – Jesteśmy podobni do mamy – oznajmiła Lupe, bo wyczuła, że to go męczy. Juan Diego, który leżał na zdezelowanej kanapie z otwartą książką na piersi, tym razem nie zadał sobie trudu, aby przetłumaczyć: wolał zostawić jezuitę w niewiedzy. – Co czytasz? – zainteresował się brat Pepe. – O lokalnej historii… kościelnej historii, można by właściwie powiedzieć – odpowiedział chłopiec. – Nuda – stwierdziła Lupe. – Lupe uważa, że to nuda. I chyba ma trochę racji – przyznał Juan Diego.
To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj