Jajo i popioły
Przebrany za sosnową szyszkę Siukurnin wisiał już od tygodnia nad obozowiskiem myśliwych. Jedna z lin podtrzymujących połę ich namiotu przechodziła kilka centymetrów od niego i kiedy, jak teraz, wiał zimny wieczorny wiatr, brzęczała. Wytwarzało to maskującą składową harmoniczną, którą (wraz z wieloma innymi „dźwiękami”) musiał usunąć, by móc się skoncentrować na wibracjach dochodzących od postaci skupionych wokół ogniska. W podkomórkowej strukturze Siukurnina znajdował się już spory katalog widocznych na tle światła k s z t a ł t ó w i znaczeń drgań dobiegających z tego i z innych miejsc. Wiedział, że gdy jedna z tych powstałych na bazie węgla form życia rusza do pobliskiej płynącej cieczy, idzie do w o d y. (I że jest to jedno z drgań falującego bezmiaru tej cieczy za górami na wschodzie.) Wiedział też, że gdy któraś z tych istot przechodzi nocą w stan uśpienia (okres słabych drgań), jest to s e n. Och, było t a k w i e l e znaczących drgań. Siukurnin spróbował odtworzyć na poziomie podsłyszalnym drgania oznaczające sen i wodę i upajał się tym, że coraz lepiej radzi sobie z oddaniem subtelnych różnic między nimi. Od ogniska dobiegał aromat kawy i pieczonego na rozżarzonych węglach mięsa. Siukurnin słuchał tego przez chwilę, delektując się pełną okrągłością spektrum drgań w tym czarującym miejscu. Na razie nie myślał o konieczności wysłania nieczilitygskich wibracji odnoszących się do niego. (Musicie zrozumieć, że kiedy w tym stadium [które zdarzało się rzadko] myślał o sobie, nie myślał: „Jestem Siukurninem”. Po pierwsze, naturalny mechanizm nie dopuszczał do dłuższej introspekcji. Po drugie, „Siukurnin” jest prowizorycznym drganiem, ograniczonym podejściem słuchowym do rzeczywistego „terminu”, używanym jedynie do komunikowania się z istotami, które nie słyszą w paśmie widzialnym i nie potrafią jeszcze wykryć pasma czilitygskiego. Ponieważ to dopiero początek komunikacji, możecie myśleć o tej istocie jako o „Siukurninie”, ale powinniście pamiętać o tym ograniczeniu).* * *
Siukurnin tańczył na swój sposób z radości. Głód stał się tylko słabą pokusą — niejasnym przeświadczeniem, że wkrótce zostanie zaspokojony. Napłynęła strużka wspomnień z czasów, zanim wypłynął na powierzchnię i odzyskał świadomość na okręcie. Nie było ich tyle, by przeraziła go myśl, że małe jajeczko jego ego może zostać przytłoczone… ale wystarczająco dużo, by zaostrzyć jego ciekawość. (Wszystkich Siukurninów przepełnia ciekawość, której nie można pohamować. A czilitygska świadomość sprawia, że jest ona jest jeszcze większa). Siukurnin płynął, pełznął, wił się, wydłużał i kurczył. W dół, w górę, na zewnątrz. Musiał teraz odciąć część otaczającej go „muzyki” — świsty w wielkich pęcherzykach płucnych, bulgotanie i chlupotanie, trzaski i szumy. To wszystko t a k rozpraszało uwagę. Jeden z jego elementów oplótł struny głosowe żywiciela (dla Siukurnina „wielkie wibratory”). Inna część ośrodki mowy w mózgu. Rzęski sięgnęły do powierzchni oczu i żyłek w powiekach, kontaktując się z tym, co na zewnątrz. Odkrycie, że wszystkie te drgania podzielone są między różne narządy zmysłów, najpierw go zirytowało, ale później pokusa, by sprawdzić, jakie wywołuje to wrażenia, stała się nieodparta. (Czy ktoś może go za to winić?) Siukurnin skoordynował połączenia z ośrodkami mowy i strunami głosowymi. Po polanie wśród sosen poniósł się ludzki krzyk: — Posłuchaj tego! Posłuchaj tego! Woda! Sen! Ogień! Jeść! Och, to było emocjonujące przeżycie! Z namiotu wygramoliły się dwa chodzące w wyprostowanej pozycji stworzenia. Jedno z nich krzyknęło: — Pora, żebyś… Urwało. Nie było ogniska, za to obok miejsca, gdzie miało zapłonąć, stał Sam z przerażeniem w oczach, lewą ręką przyciśniętą do gardła, a prawą wyciągniętą do przodu, jakby starał się coś odepchnąć. Potem zachwiał się i osunął na ziemię. W pokoju szpitalnym ordynarne drgania ucichły i przemieniły się w odległy szmer. W oknach zaciągnięto żaluzje, które nie wpuszczały rażącego oczy blasku porannego słońca. Lampka na nocnej szafce przy łóżku była wyłączona. Mimo to od kremowych ścian nadal odbijało się łagodne światło, które mieszało się z równym świstem oddechu śpiącego. Sam leżał z zamkniętymi oczami na jedynym łóżku w pokoju. Jego pierś łagodnie wznosiła się i opadała pod zielonym szumem koca. Gdzieś pulsowała pompa swoim obligato. Odległe odgłosy toczących się kół, prychanie silników i pisk opon świadczyły o ruchu ulicznym. W powietrzu ciągnął swe wirtuozowskie solo eter unoszący się na fali środka odkażającego. Obcasy pielęgniarki dorzucały urywany, przypadkowy rytm, który, to narastając, to cichnąc, wplatał się w pozostałe drgania i pobudzał w postaci na łóżku smak konesera. (Wreszcie długa, praktycznie kompletna cisza towarzysząca jego migracji dobiegła końca. W pewnym sensie Siukurnin był s p r a g n i o n y tych cudownych „dźwięków”). Za półotwartymi drzwiami słychać było lekarza rozmawiającego z Beverly, żoną Sama. Doktor był wysokim, dziobonosym kształtem: róż i blond z bielą na bieli pokrywającej biel niosącymi się echem przez cały obraz. Od jego dłoni dobiegały suche trzaski, z kieszeni brzęki, a z jego oddechem bzyczenie tytoniu. Beverly rozpoznawał Siukurnin dziwnie d w o j a k o — jej ciemne włosy, łagodne krzywizny policzków, czujne szarozielone oczy wydawały się znajome. (Były to oczywiście wspomnienia Sama). Ale dodatkiem do tego była ostra eksplozja pudru na bazie perfum (też znajoma, owszem, ale podniesiona do niemożliwego do opisania tonu), a także glissando złotego naszyjnika na zielonym żakiecie zielonego kostiumu, a wszystko to na tle żywych uderzeń złotobrązowych guzików. (I wiele więcej, ale dla czytelnika bez czilitygskiej świadomości efekty te nie mają żadnego znaczenia). Głos lekarza, kiedy wypowiadał ostrożne słowa otuchy, brzmiał jak dudnienie bębna. — Nie ma wątpliwości, że to jakiegoś rodzaju narkolepsja — mówił. — Ale węzły chłonne nie są powiększone. Puls i oddech w normie. Temperatura nieco podwyższona, ale niegroźnie. Skłaniam się ku przypuszczeniu, że może to być reakcja na napięcie nerwowe. Ciężko ostatnio pracował? — Narkolepsja, narkolepsja, narkolepsja — powtarzał Siukurnin ustami Sama. No… niezupełnie były to teraz usta Sama. Były to raczej dawne usta Sama (podniesione do siukurnińskiej potęgi). Musisz zrozumieć, że orientacja na pojedyncze ego stwarza tutaj trudne problemy w komunikacji. Z Samem i Siukurninem działo się coś, co uznałbyś za dziwne i nieodparte. Rzęski Siukurnina pełzały i szukały z własnej woli. Tworzyły teraz w ciele gospodarza rozległą cienką sieć. Gdziekolwiek natknęły się na komórki nerwowe — w mózgu i innych miejscach — zachodziły na poziomie podkomórkowym subtelne zmiany. Do Siukurnina napływały nowe wspomnienia (wspomnienia Sama). A wspomnienia Siukurnina przenikały oczywiście do Sama. (To jeden z tych procesów, które nie mogą się ograniczać do jednokierunkowego obwodu nerwowego).* * *
Sprawy zaszły tak daleko, że Siukurnin wyparł swoje tymczasowe ego z czasu migracji. A co do Sama, to „Sam” uważał się teraz za szczególnego rodzaju „igłę”, przez którą przewleczona była niezwykle długa nić. Nicią tą był łańcuch wspomnień ego Siukurnina o tak pradawnej przeszłości, że ego Sama osłupiało, kiedy się przed nim otworzyła. (Jeśli otworzysz przeszłość Siukurnina, stwierdzisz, że jest ona praktycznie niewymiernym ciągiem innych stworzeń. To fascynujący, nieskończony proces, podczas którego wypracowano zupełnie zadowalające stosunki wewnętrzne). W pełni przebudzony Siukurnin zrozumiał teraz konieczność istnienia mechanizmu, który wypierał świadomość łańcucha wspomnień ego. W okresie migracji rodzi się wielka pokusa, by zwrócić się do wewnątrz, ku połączonej w całość wielości, i tylko myśleć, myśleć i myśleć… Sam widzisz, że byłoby to czymś w rodzaju śmierci. (Ściśle mówiąc, Siukurninowie nie boją się śmierci, chociaż są bezbronni w jednym z okresów ich cyklu życiowego — w stadium „lotu radości”). Sam i Siukurnin byli teraz całkowicie złączeni. Sam-Siukurnin (łańcuch wspomnień ego + x) leżał w znaczącym jądrze drgań w szpitalnym pokoju. Żadna z części tego zespolenia nie była już w stanie odwrócić tego, co się stało… i nie chciała tego robić. Och, Sam początkowo stawiał pewien opór. Było to zupełnie naturalne. Ale Siukurnin ujawnił mu, jak można spopielić ciało gospodarza bez powstrzymywania procesu łączenia. (A dla udowodnienia, że tak rzeczywiście jest, wszystkie wspomnienia leżały przed Samem otworem!) Przekonującym argumentem były też inne zdobyte wspomnienia. Jest to proces d o z n u ż e n i a powtarzalny, oczywiście z wyjątkiem nowego życia z jego fascynującymi znaczeniami drgań. No i wiesz już, jak do tego dochodzi. Nie jest to bolesne (oprócz pewnego początkowego wstrząsu) ani szkodliwe dla gospodarza. I nie można się temu oprzeć. Prawdę mówiąc, to, co teraz czytasz, napisano z nadzieją, że reszta z was z o b a c z y (d z i w n y rozdział doznań zmysłowych), jak głupio jest się temu opierać. Opór jest bezsensowny. Nie można walczyć z tym, co nieuniknione. Poza tym przekonasz się, że to połączenie jest wspaniałym przeżyciem. I jeśli się nad tym zastanowisz, dojdziesz do wniosku, że wasz gatunek zetknął się z nami nie po raz pierwszy (chociaż nie na taką skalę jak podczas obecnej migracji). Macie legendę o feniksie. Zgodnie z nią był to wielki czerwono-złoty „ptak”, który co pięćset lat (rozsądna długość życia gospodarza Siukurnina) powracał do Heliopolis w starożytnym Egipcie, by odrodzić się tam z popiołów. Naturalnie ciało zmarłego gospodarza trzeba spalić, by sieć Siukurnina została uwolniona i by mógł on wykonać „lot radości”. Myślenie o feniksie jako o „ptaku” było nadmiernym uproszczeniem, rozumiesz. Jesteśmy jednak pewni, że spodoba ci się to, czego doznasz podczas lotu, a także akt stworzenia twego nowego jaja, zwłaszcza gdy popatrzysz na to doznanie z pełną czilitygską świadomością.To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
⇓
⇓
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj