Kino katastroficzne popada w niełaskę. Nie dość, że takowych produkcji powstaje coraz mniej, to na dodatek ich poziom fabularny pozostawia wiele do życzenia. Zazwyczaj sprowadza się to do mniejszej lub większej wizualnej orgietki angażującej setki terabajtów grafiki komputerowej. W przypadku filmów o bardzo okrojonym budżecie próżno doszukiwać się większych wrażeń nawet w warstwie wizualnej. Nie dziwi zatem sceptycyzm, z jakim spotkał się najnowszy film Stevena Quale’a, Epicentrum ("Into the Storm"). Zrealizowane za niespełna 50 milionów dolarów widowisko miało być współczesną wersją kultowego "Twistera", ale na obiecankach się skończyło. W rzeczywistości otrzymaliśmy średnio frapującą opowiastkę o łowcach tornad, których w pewnym momencie przerasta rozwój wydarzeń. Każda kolejna minuta przypomina konfrontację nie z samym żywiołem, ale z wybujałą fantazją filmowców, którzy spychają widza w objęcia przerysowanych zjawisk i towarzyszących im dramatów. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się niczego innego po enigmatycznych, trochę pretensjonalnych zapowiedziach, ale na film wybrałem się chociażby po to, by zmierzyć się z długo oczekiwaną ścieżką dźwiękową Briana Tylera. A także, by ocenić, czy druga już współpraca z Quale’em (pierwszą było "Final Destination 5") przyniesie bardziej wymierne efekty.

Jeszcze zanim film Quale’a wszedł na ekrany kin, Brian Tyler zapowiadał, że praca nad Epicentrum była dla niego nie lada wyzwaniem. Bardziej aniżeli na dynamizowaniu akcji skupić się miał bowiem na emocjonalnej cząstce obrazu. W świetle niszowej rangi produkcji mogło się to wydawać mocno przerysowaną PR-ką mającą na celu sprzedanie potencjalnie najmniej interesującego produktu z grona tegorocznych prac Tylera. Czemu? Uwaga miłośników muzyki filmowej wędrowała przede wszystkim w kierunku trzeciej części Niezniszczalnych i kolejnej filmowej adaptacji przygód Wojowniczych żółwi ninja. Wyprawa do kina dała jednak wiele do myślenia i niejako potwierdziła zapowiedzi kompozytora.

Ciekawym jest fakt, że rola ścieżki dźwiękowej ograniczona jest do dosłownie niezbędnego minimum. Rzadko się zdarza, aby film, nad którym pracuje Brian Tyler, praktycznie w połowie pozbawiony był jakiegoś argumentu muzycznego. I tak właśnie jest w przypadku Epicentrum, które już na początku rzuca nas w paradokumentalny charakter widowiska. Kilkadziesiąt minut, kiedy poznajemy głównych bohaterów, a panujące między nimi relacje obserwujemy niejako okiem rejestrujących te wydarzenia poszukiwaczy tornad oraz chłopca, zostaje przez Tylera bardzo subtelnie podkreślane tylko epizodycznymi akcentami muzycznymi. Czy tak dalece idąca powściągliwość przyczyniła się do wyeksponowania autentyzmu wydarzeń? Śmiem wątpić. Wspomniane wyżej relacje są bardzo płytkie, przeciągające tylko w nieskończoność wejście na tory długo oczekiwanej akcji. Nastanie takowej uwalnia już w zupełności wyobraźnię Tylera. Na szczęście nie idzie ona do końca w parze z tym, co dzieje się na ekranie. Kompozytor w dalszym ciągu pozostaje tylko pobocznym narratorem, skupiając się na elemencie dramaturgicznym ścieżki. Co ciekawe, tylko niektóre incydenty racjonalizowane są za pomocą muzyki. Najczęściej są to sceny, gdzie tak na dobrą sprawę oswajamy się z nadchodzącym wielkim zagrożeniem. Natomiast spektakularny finał broni się już emocjami wynikającymi ze strony wizualnej i efektów dźwiękowych zajmujących całą audytywną przestrzeń. Rola kompozytora ogranicza się tam do tworzenia trzymającego w napięciu intra pulsującym, nienarzucającym się tłem oraz skwitowania całości patetycznym wyprowadzeniem tematu przewodniego. Wychodząc z kina, miałem więc mieszane uczucia. Z jednej strony byłem świadkiem świetnie odnajdującej się w rzeczywistości filmowej partytury, co ciekawe, od człowieka, który do tej pory starał się wypełniać szczelnie przestrzeń filmową. Z drugiej natomiast sama miałkość filmu mogła być wystarczającym argumentem do zaskarbienia sobie większej uwagi odbiorcy.

Jeżeli zatem film nie był wyraźnym bodźcem do ewentualnej fascynacji tym, co popełnił Tyler, być może będzie nim album soundtrackowy. Wydany przez Varese krążek zawstydza bardzo przystępnym jak na standardy tego kompozytora czasem prezentacji. Niespełna 50-minutowy album jest w rzeczywistości niemalże kompletnym zestawem utworów, jakie powstały na potrzeby filmu, a wynikającą z tego faktu przystępność można równie dobrze przypisać typowemu dla Tylera układowi materiału na krążku. Wszystko zostało zoptymalizowane tak, by pierwsze kilka minut działało jak magnes przyciągający potencjalnego odbiorcę do pozostania i wsłuchania się w pozostałą zawartość soundtracku.

[video-browser playlist="633287" suggest=""]

A zaczynamy od heroicznej fanfary, która w tytułowym "Into the Storm" prezentuje nam istotę tematu przewodniego. Jest to utwór, który w filmie zdobi napisy końcowe i jako jeden z nielicznych tam zaprezentowanych próbuje wejść w świadomość odbiorcy. Sama melodia, choć łatwo wpadająca w ucho i mająca prawo się spodobać, nie jest wielce odkrywcza. Jej baza rytmiczna to charakterystyczne ostinato, na które nałożony jest patetyczny motyw balansujący nastrojem i wykonaniem gdzieś pomiędzy "Bitwą o Los Angeles" a "Thorem". Nawiązania do tego pierwszego filmu bardzo mocno da się odczuć w troszkę bardziej stonowanym "Fate" lub "Providence" będącym jego pochodną. Wszelkiego rodzaju zimmeryzmy i skojarzenia z "Incepcją" są jak najbardziej na miejscu. Na szczęście owe muzyczne deja vu nie ma większego wpływu na odbiór treści, która jak rzadko kiedy u Tylera przemawia tu większą emocjonalną głębią.

Początek albumu stoi jednak pod znakiem charakterystycznej dla amerykańskiego kompozytora dynamiki. Jest to spowodowane tym, że właściwie większość utworów akcji przerzucona została właśnie na początek soundtracku. I tak oto po tematycznej suicie wrzuceni zostajemy w wir akcji, gdzie tradycyjnie dominują instrumenty dęte blaszane i perkusyjne. Owszem, pełni tu ona funkcje stricte motoryczne, ale nie brakuje również rozciągłych fraz ujmujących niszczycielską potęgę tornad, a melodycznie odwołujących się do tematu przewodniego. Podobną konstrukcją cechuje się krótkie, bo niespełna dwuminutowe "Culmination", którego ostatnich kilkanaście sekund świetnie koresponduje z obrazami zniszczeń. A skoro o tym mowa… Brian Tyler nie stroni również od mainstreamowego interpretowania sił natury. "Opadające" sample rozmyte w ambientowym tle symbolizują swego rodzaju ciszę przed burzą, co dosyć skutecznie wykorzystywał już Harald Kloser w ścieżce dźwiękowej do filmu Pojutrze. Może i mało oryginalny, ale skuteczny zabieg, który z powodzeniem odnajduje się w rzeczywistości filmowej.

Trochę mniej przestrzeni na owe refleksje zostawia bezpardonowy utwór akcji "Titus Versus the Tornado". Mimo dużej liczby dysonansów i skomplikowanych zabiegów aranżacyjnych Tyler nie odcina się od charakterystycznego dla siebie pumpinu - na szczęście bardzo szybko wyciszanego kolejnymi wejściami tematycznymi. Prawdziwym highlightem partytury jest natomiast "The Fire Tornado", które nie dość, że wykłada na stół najlepsze melodyjne karty tej partytury, to na dodatek cechuje się fenomenalną dynamiką zawstydzającą szereg wcześniejszych prac tego kompozytora. Najbardziej absurdalnym i oczywistym zabiegiem było w moim odczuciu przypisanie Tytusowi (opancerzonemu wozowi poszukiwaczy tornad) patetycznego marszu odwołującego się do militarystycznych tradycji.

Czytaj również: "Piraci z Karaibów 5" - wiemy, kiedy rozpoczną się zdjęcia

Jak już wspomniałem wyżej, Epicentrum nie jest ścieżką dźwiękową ukierunkowaną na nieustanną akcję. Jest to drobne przeciwieństwo opisywanych niedawno "Wojowniczych żółwi ninja". Brian Tyler stara się znaleźć złoty środek pomiędzy motorem napędzającym rozgrywane na ekranie wydarzenia a tak zwanym ludzkim elementem angażującym szeroki wachlarz emocji – mniej lub bardziej wiarygodnych. Sporą robotę na tym polu poczynił wyprowadzony w "Fate" temat, który dosyć często przewija się w dalszej części partytury. Jedną z fajniejszych form jego prezentacji wydają się "Humanity Arising" oraz "We Stand Together", gdzie po raz kolejny kompozytor serwuje nam fortepianową, balansującą na pograniczu ambientu, klimatyczną muzykę. Muzykę stanowiącą ciekawą odskocznię od trochę "napuszonej" patosem reszty ścieżki. Ów patos szczególnie mocno uderza w jednej z najgłupszych scen widowiska, zdobionej utworem "Last Words". Wieńczący film kawałek "Aurora" to już z kolei klasyczna, utrzymana w ciepłym tonie przygrywka, która wtapia się w wizualizację podnoszącego się z tragedii narodu, gdzie oczywiście nie mogło zabraknąć powiewającej w tle amerykańskiej flagi.

Kończąc ten wywód, należałoby po raz kolejny odnieść się do szumnych zapowiedzi, jakie towarzyszyły pojawieniu się Epicentrum na ekranach kin. Namaszczone na następcę "Twistera" widowisko okazało się tylko nędzną imitacją, która na każdej płaszczyźnie przejawiała pewne słabości. Między innymi na płaszczyźnie muzycznej. I choć praca Briana Tylera wydaje się od strony metodycznej i funkcjonalnej całkiem dobra, to jednak nie ma ona ambicji zapisać się grubą czcionką w filmografii Amerykanina. W historii gatunku zresztą również. Mimo tego będę do niej wracał stosunkowo często, głównie przez wzgląd na mocny temat przewodni i większy niż zazwyczaj u tego kompozytora wachlarz emocji wylewający się niemalże z każdego utworu umieszczonego na krążku Varese.

To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj