Epoka lodowcowa powraca na ekrany z najnowszą odsłoną. Nie jest źle, ale można odczuć wrażenie, że seria ta już się wypaliła.
Seria
Epoka lodowcowa zawsze opierała się na dwóch aspektach. Z jednej strony była to historia o relacjach i rodzinie, co znakomicie się sprawdzało; z drugiej twórcy bawili się różnymi gatunkami, takimi jak film przygodowy, film drogi, a nawet klimat à la
Piraci z Karaibów. W najnowszej odsłonie wykorzystują schemat kina apokaliptycznego z domieszką science fiction. Sceny deszczu meteorytów świetnie operują schematem tego gatunku - możemy nawet zobaczyć destrukcję zabytków. Jest efekciarsko, są emocje i na brak zainteresowania nie można narzekać. Jednocześnie też dostajemy nieciekawe sztampowe rozwiązania w postaci nudnych czarnych charakterów opartych na kliszach pamiętanych jeszcze z lat 90. i pewnej stereotypowej grupy postaci, na którą trafiają bohaterowie. Dwa najgorsze elementy tego filmu i kompletnie nietrafione pomysły.
Epoka lodowcowa miała to do siebie, że wątki familijne przedstawiała ze smakiem i nie opierała się zbyt mocno na banałach. W tej części wygląda to co najwyżej przeciętnie - twórcy przedstawiają wszelkie relacje łopatologicznie i sztampowo, opierając się na schematach z najgorszych amerykańskich komedii. Wszystko jest przez to oklepane, nudne i nie potrafi wzbudzić emocji. Schematami trzeba umieć operować i przedstawiać je w tak strawnej formie, że nawet gdy zostają wykorzystane po raz setny, działają na widza. Tutaj twórcy bazują na oczywistościach, bolesnej przewidywalności i banałach, które w tej serii nigdy nie były tak wyraźne jak teraz. To razi, bo można odnieść wrażenie, że scenariusz został napisany po linii najmniejszego oporu, bez szczególnego przemyślenia, dopracowania i upewnienia się, że ten element będzie działać należycie. Sam morał płynący z historii jest oczywisty, dość wyraźnie zaakcentowany i powinien dobrze zadziałać na młodszych odbiorców. Sęk w tym, że te filmy animowane nie są tylko dla dzieci, ale dla widza w każdym wieku, więc brak odpowiedniej równowagi w tym aspekcie opowieści pozostawia niesmak.
No url
Warstwa rozrywkowa także pozostawia mieszane odczucia. Humor czasem działa, czasem jest kompletnie nietrafiony. Niektórzy bohaterowie są cieniami samych siebie i nie spełniają tak ważnej roli w rozśmieszania widzów jak w poprzednich częściach (Sid, Maniek, Diego), a akcent został położony na babcię (ma kilka dobrych tekstów), duet maluchów z poprzednich części i naturalnie Wiewióra, który kradnie show swoimi perypetiami w kosmosie. Kłopot w tym, że cała przygoda nie działa też tak, by móc się zaangażować i śledzić wszystko z zainteresowaniem. Wszystko staje się nijakie, co w tej serii wydaje się wręcz zaskakujące, szczególnie że poprzednia część solidnie czerpała ze schematów przygodowego kina pirackiego i ciągle coś się w niej działo. Tutaj priorytet mają źle przedstawione, banalne relacje, więc ciągłe sztampowe rozmowy są przerywane humorystycznymi akcentami lub szczątkową akcją. Tak naprawdę z marazmu wyrywają jedynie kolejne sceny Wiewióra.
Ta część pokazuje bardzo dosadnie, że seria już się wypaliła.
Ice Age: Collision Course sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z sequelem zrobionym na rynek DVD dla wyciągnięcia pieniędzy, a nie dobrą, wartościową kinową kontynuacją popularnej serii. Nie ogląda się tego bardzo źle, bo ma swoje momenty, jest czasem zabawnie i coś się dzieje, ale gdzieś kompletnie zanikły największe zalety tej serii. Nie bawi, nie porusza i nie stanowi już tak dobrej rozrywki. Najsłabsza część.
Za bilet na animację
Epoka lodowcowa: Mocne uderzenie oraz inne filmy familijne w
Multikinie rodzic zapłaci tyle co dziecko.
To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
⇓
⇓
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h