Produkcja stacji Showtime bardzo dobitnie pokazuje, jak bardzo pojęcie "serialu dramatycznego" różni się dla telewizji ogólnodostępnej i dla stacji kablowej. Oczywiście rządzą się one własnymi prawami, ale dowolność interpretacji słowa "dramat" czasem wydaje się być przesadzona. Na myśl przychodzi choćby slogan reklamowy stacji TNT brzmiący "We Know Drama", ale jeszcze lepiej dramat rozumieją stacje kablowe premium, w tym Showtime. Ray Donovan rozkręcał się w początkowych odcinkach raczej powoli. W dość ślamazarnym tempie zarysowywał charaktery bohaterów, odkrywał kulisy ich przeszłości i bardzo delikatnie posuwał do przodu główny wątek, który w serialu i tak obecny jest na drugim, a nawet trzecim planie.

W ósmym odcinku scenarzyści serwują widzom prywatną i bardzo osobistą historię ściśle związaną z rodziną Donovanów. Ukazana zostaje ona z dwóch perspektyw, które w każdej kolejnej scenie wzajemnie się przenikają. Mimo że akcja toczy się w bardzo wolnym tempie, ogląda się ją z zaciekawieniem - choćby dlatego, że dialogi w bardzo mocny sposób nastawione są na emocje zarówno dorosłych, jak i młodszych bohaterów. Wspomniany wcześniej główny wątek, tak ładnie rozwijany w poprzednich dwóch odcinkach, w "Bridget" zupełnie nie istnieje. Daleki byłbym jednak od nazywania ósmego epizodu Raya Donovana "zapychaczem", bowiem przedstawione w nim wydarzenia na pewno będą miały silne odzwierciedlenie w przyszłości.

[video-browser playlist="635625" suggest=""]

Zgodnie z tytułem odcinka, kluczowymi wątkami okazały się te bezpośrednio nawiązujące do córki głównego bohatera, a także do zmarłej siostry Raya. Co prawda nie mają one ze sobą żadnego bezpośredniego powiązana (poza imieniem), ale pasują do siebie idealnie. Bunt Bridget i próba ucieczki z domu to niby coś, co widzowie muszą oglądać w niemal każdym serialu dramatycznym, w którym występują irytujący nastolatkowie. W Rayu Donovanie całość zaprezentowana została znacznie bardziej dojrzale i momentami bezwzględnie. Zachwycić mogła choćby emocjonalna scena w samochodzie podczas powrotu do domu czy sama końcówka odcinka, po której (teoretycznie) wszystko powróciło do normy. Oby tak się stało. Dzieciaki Raya mają swoje problemy, są one w serialu eksploatowane dość wyraźnie i ogląda się je nieźle, ale na ten sezon już wystarczy.

Nazwanie odcinka "Bridget" posłużyło też jako zaakcentowanie urodzin zmarłej siostry Donovanów. Kolejny raz scenarzyści brutalnie udowodnili, że bracia – mimo wielu problemów i nieoszczędzania przez życie – potrafią trzymać się razem. Każdy z nich ma własne problemy, z którymi musi sobie radzić. Ray kolejny raz stara się panować nad wszystkim, zupełnie przeciwnie do Mickeya, którego wątek w tym odcinku był jedyną i największą wadą. Dotychczas najstarszy z Donovanów był ważnym elementem każdego epizodu, tymczasem flirt z nowo poznaną kobietą trudno jakoś sensownie zinterpretować.

Ray Donovan nawet bez najmniejszego "liźnięcia" głównego wątku wciąż jest serialem, który ogląda się przyzwoicie. Mam jednak cichą nadzieję, że w ciągu najbliższych czterech tygodni twórcy zdecydują się na odważniejsze ruchy w fabule, a kilka wątków solidnie ruszy do przodu. Tego ten serial właśnie potrzebuje.

To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj