Predator: Prey to popis kreatywności
Dan Trachtenberg, czyli reżyser i współscenarzysta, w odróżnieniu od twórców pozostałych sequeli zrozumiał, jak stworzyć dobry film. W jakiś nieodgadniony sposób wyczuł ducha serii, a następnie połączył to z warstwą rozrywkową i świeżymi pomysłami. Predator z 2018 roku czy Predators z 2010 roku sprawiały wrażenie niezbyt umiejętnego powielania schematów. Tutaj znane motywy są wykorzystane bardziej ogólnie. Mamy oczywiście polowanie i starcie z łowcą, ale jest to obudowane ciekawą, wartko opowiedzianą historią. Reżyser nie spieszy się, by pokazać krwawą łaźnię. Ma czas na przedstawienie bohaterki imieniem Naru, jej motywacji, roli w plemieniu, relacji i celów, do których dąży. Predator dopiero pojawia się po jakimś czasie, powoli bada teren i szuka wyzwań. Gdy już kosmiczny łowca wchodzi do gry na całego, widz jest zaangażowany w historię i zastanawia się, jak potoczą się losy bohaterki i jej towarzyszy w starciu z takim zagrożeniem. Kibicujemy im! Czy uczciwie można coś takiego powiedzieć o bohaterach któregoś z sequeli? Czy ktokolwiek pamięta kogokolwiek z tych filmów? Strzałem w dziesiątkę okazuje się osadzenie historii 300 lat przed wydarzeniami z poprzednich filmów. To pozwala na narracyjne i wizualne odstępstwa, które nadają nowej odsłonie wyjątkowy charakter. Widz jest w stanie zaangażować się w opowieść. Należy pochwalić wprowadzenie, które działa na poziomie emocjonalnym. Na ekranie widzimy rzeczywistość rdzennych Amerykanów, która jest wiarygodna. Nie odniosłem wrażenia, że osadzenie kobiety w centrum opowieści to zagranie ideologiczne. Być może właśnie ten aspekt wynosi produkcję ponad przeciętność. Trudno doszukać się czegoś podobnego w poprzednich częściach. Historia o Naru chcącej udowodnić (bardziej sobie niż innym), że nadaje się na myśliwą (tak, wśród rdzennych Amerykanów kobiety też polowały) staje się intymna. To właśnie jej podróż podobała mi się najbardziej. Powoli wchodzimy do jej świata. Obserwujemy jej codzienność i relację z psem (ciekaw jestem, czy wielu z Was też będzie niepokoić się, czy przeżyje starcie z Predatorem). Poznajemy ją jako człowieka. To właśnie odróżnia Predator: Prey od każdego filmu z serii - nawet pierwszej części, której fundamenty fabularne były zupełnie inne.Predator: Prey to krwawe widowisko
Dan Trachtenberg najbardziej mnie zaskoczył w tym filmie podejściem do kręcenia scen akcji. Są pod każdym względem dopracowane, efektowne i brutalne, ale nie zostały nakręcone tylko po to, by być jedynie rozrywką dla oka. To część opowiadanej historii. Nie raz najwięksi reżyserzy kina akcji i choreografowie podkreślają, że scena walki może wpłynąć na większe zrozumienie ewolucji postaci. Trachtenberg pokazuje, że jest tego w pełni świadomy i dlatego podróż Naru przez kolejne etapy opowieści opiera się na tym motywie. Sceny walk pozwalają jej dojrzeć do ostatecznej konfrontacji z Predatorem. Co ciekawe, nie ma wielu dialogów, więc ten aspekt przejmuje prym. Twórca robi to skrupulatnie, skupiając się na detalach, na które trzeba zwrócić uwagę podczas filmu. Na uwagę zasługuje choćby kulminacja przed walką z kosmicznym łowcą. Naru w obozie francuskich kolonistów sieje zniszczenie tomahawkiem niczym John Wick. Trachtenberg chce, aby kamera pracowała tak, aby widz widział wszystko – podziwiał choreografię, pomysłowość i pracę aktorki, a nie dublerki. To dobre podejście, które znajduje odzwierciedlenie w całym filmie i gwarantuje wiele scen zapadających w pamięć (na czele z klimatycznym starciem z ogromnym niedźwiedziem). Reżyser wie, że sceny akcji są ważne dla opowiadanej historii, więc nie kryje się z nimi przed widzem. To też powoduje, że rozrywkowe momenty stają się czymś więcej, niż tylko bezmyślną rzeźnią. Pod tym kątem poprzednie sequele to odtwórcze, schematyczne kino, które nie miało pomysłu na siebie w kontekście akcji.To jest uproszczona wersja artykułu. KLIKNIJ aby zobaczyć pełną wersję (np. z galeriami zdjęć)
⇓
⇓
Spodobał Ci się ten news? Zobacz nasze największe HITY ostatnich 24h
Skomentuj