Menu

Recenzja filmu: Ewolucja planety małp

Ocena recenzenta:7/10

„Ewolucja planety małp”: Równi i równiejsi – recenzja

Świat, który zastajemy 10 lat po wydarzeniach z Genezy planety małp, to zawładnięte przez siły natury miasto San Francisco dalekie od czasów swojej świetności. Ewolucja planety małp to film, któremu bliżej do wizji postapokaliptycznej, w której ludzie zostali brutalnie przepędzeni z wygodnej i podporządkowanej sobie rzeczywistości.

Ewolucja planety małp rozpoczyna się od wspaniałej ekspozycji uświadamiającej, kto tak naprawdę rządzi w królestwie zwierząt, prezentując jednocześnie jednego z protagonistów filmów – Caesara (Andy Serkis). W lesie na obrzeżach San Francisco udaje mu się stworzyć spokojne miejsce dla swojej naznaczonej kontaktami z ludźmi społeczności. Tymczasem ludzie starają się wypracować sobie godną ścieżkę przetrwania, ukrywając się w wielkiej fortyfikacji w centrum miasta. Aby przeżyć, potrzebują energii, którą zapewnić może im zapora – ta jednak, na nieszczęście, znajduje się w lesie opanowanym przez małpy. Wymusza to na nich defensywną postawę wobec ludzi starających się zdobyć ich zaufanie. Obie strony trzymają broń za plecami, co owocuje scenami gęstymi wręcz od niepokoju spowodowanego tym, iż nie wiadomo, kto pierwszy przypuści atak.

Czytaj także: Gary Oldman i jego niezapomniane role – TOP 7

Wśród gadających małp na pierwszy plan wybijają się przede wszystkim takie postacie jak Ash, Rocket, Maurice czy Koba – pełnią one funkcję katalizatora uczuć i napięć panujących w gromadzie. Samo zaś stado podopiecznego Jamesa Franco charakteryzuje się przede wszystkim silnie zakorzenionym kultem wartości rodzinnych. Nie bez powodu to małpy zawłaszczają znaczną część ekranu, ponieważ w przeciwieństwie do Genezy planety małp tutaj środek ciężkości został przeniesiony właśnie na ich stronę. To w ich relacje dostajemy najpełniejszy wgląd i to właśnie po ich stronie odbywają się najważniejsze dramaty mające znaczny wpływ na kolejne wydarzenia. Oś emocjonalna, wokół której krąży fabuła, zdaje się bazować przede wszystkim na wzajemnym zaufaniu, nienawiści oraz honorze – pojęciach bliskich obu stronom konfliktu.

Ewolucja planety małp to film, któremu bliżej jest do porządnego dramatu niż do klasycznego letniego blockbustera. Obrazowi wyraźnie jednak wydaje się ciążyć etykieta filmu akcji, ponieważ o wiele lepiej sprawdza się w przekazie dramatycznym niż w szybkim montażu potęgującym wrażenie dynamizmu wydarzeń. Sama prezentacja małp na koniach balansuje na granicy kiczu, jednak absolutnym faux pas w romansie z tą stylistyką wydaje się być ujęcie małpy w zwolnionym tempie jadącej na koniu i strzelającej z karabinu maszynowego na tle płomieni.

Czytaj także: Aktorzy w maskach – TOP 7

Caesara, za którego mimikę oraz wierną małpią mowę ciała odpowiedzialny jest Andy Serkis, trudno nie lubić – jest stworzony fantastycznie, z niemal pedantyczną dbałością o szczegóły. Jego ruchy, poprowadzone przez znanego aktora „bez twarzy”, niesamowicie ożywiają postać człekokształtnego przywódcy i nadają mu niezwykłej głębi, przez co wydaje się on być bardziej empatyczny niż większość ludzi. Jego odpowiednika po stronie upadłej cywilizacji ludzkiej gra Jason Clarke, którego postać jest równie idealistyczna i pragnąca pokoju, a przy tym potrafiąca pokazać przysłowiowy pazur. W tle pojawia się także Gary Oldman w roli populistycznego przywódcy o wyglądzie naukowca, lecz trudno jest doszukać się w jego postaci bardziej oczywistej głębi. Odpowiednikiem agresywnego i nieprzewidywalnego Koba po stronie ludzi jest Carver (Kirk Acevedo). W pięcioosobowej grupie „odkrywców” stanowi on wymagany głos nienawiści, który nie boi się powiedzieć tego, co inni w sobie tłumią.

Film fantastycznie prezentuje się pod względem technicznym, ponieważ wszystkie efekty dopracowane są do ostatniej zmarszczki na zmęczonej twarzy Caesara oraz ostatniej nuty autorstwa Michaela Giacchino. Jest to pierwszy obraz od dawna, w którym symptomatyczna muzyka tak przykuwa uwagę, nieodzownie nasuwając skojarzenia z „Planetą małp” z 1968 roku. Same małpy wydają się być jeszcze lepiej wykreowane niż w pierwszej części – na tyle, iż gdyby bardziej przypominały ludzi, można by odczuć efekt zwany Doliną Niesamowitości. Wersja 3D z kolei nie wydaje się być znacząca w przypadku chęci odczucia jak największych emocji – scen walk jest tu niewiele, zaś o wartości filmu zdaje się decydować nie jego przenikanie się z gatunkiem kina akcji oraz SF, tylko to, że kibicujemy postaci wykreowanej w studiu odpowiedzialnym za efekty specjalne, a nie ludziom.

Przejdź do komentarzy (0)
Komentarze