Adam Siennica

Adam Siennica

Tagi:  weekend 

Fani Gwiezdnych Wojen to nie tylko toksyczna grupa ludzi

Fani Gwiezdnych Wojen to nie tylko toksyczna grupa ludzi Fani Gwiezdnych Wojen to nie tylko toksyczna grupa ludzi

Fani Gwiezdnych Wojen mają bardzo złą opinię w ostatnich latach przez różne sytuacje z sieci. Zapominamy jednak, że to tylko jedna strona medalu.

Fani Gwiezdnych Wojen prawdopodobnie mają obecnie najgorszą opinię ze wszystkich grup wielbicieli popkultury. Trudno temu się dziwić, skoro toksyczność wylewa się od 20 lat ze wszystkich zakątków internetu, a ostatnie dwa lata jedynie wzmocniły jej przekaz. Smutne jest, że taka grupa przez swój pozbawiony merytorycznych argumentów hejt próbowała zabić coś, co jest najpiękniejsze w Gwiezdnych Wojnach  - dyskusje, teoretyzowanie i po prostu ludzka rozmowa na temat filmów.  Wszyscy wiemy, jak wygląda sieć (nie tylko w Polsce) od czasu premiery Ostatniego Jedi i że merytoryczna rozmowa jest praktycznie niemożliwa, bo na jedną osobę krytykującą rzeczowo film i chcącą o nim rozmawiać, pojawia się sto toksycznych hejterów rzucających obraźliwe i wulgarne stwierdzenia. Wówczas większości osób, chcących powiedzieć coś pozytywnego, odechciewa się reakcji, bo często bywają atakowani lub obrażani.

Ten artykuł nie jest jednak o tym, jak bardzo Gwiezdne Wojny mają problem z hejtem, bo swego czasu pisałem taki tekst. Niedawno wróciłem do rozmów z fanami na grupach facebookowych i jedna z nich świadomie bądź też nie, przypomniała mi, jak mi tego brakowało. Fani Gwiezdnych Wojen bowiem są ciekawymi ludźmi, o świetnych przemyśleniach, trafnych obserwacjach i sercu, które bije pełną Mocą dla tego świata. Tak jak i moje. Gdzieś w bagnie toksyczności zapominamy, że jest ta druga strona medalu, która czyni z Gwiezdnych Wojen tak wielki fenomen. O tym, że łączy ludzi w jednej, gigantycznej pasji do świata tak wielkiego i magicznego, że nawet w najgorszy dzień potrafi rozpalić iskrę nadziei. Potrafi zatrzeć wszelkie podziały etniczne, społeczne i płciowe, bo nie ma to żadnego znaczenia, bo liczy się serce do dobra popkultury i chęć czerpania z tego radości. Wiecie, to słowo jest tutaj kluczowe, bo czasem, doszukując się w każdym filmie najmniejszych błędów, gdzieś to zatracamy. A dziecięca radość z oglądania Gwiezdnych Wojen rozpala wiele serc od ponad 40 lat. Chciałbym, abyśmy czasem wszyscy zapomnieli na chwilę o codzienności i uciekli do takiego świata, który kochamy i pozwolili sobie po prostu w nim być i się nim cieszyć. Bez analizowania wszystkiego klatka po klatce (aczkolwiek to lubię), bez łączenia Gwiezdnych Wojen z jakimiś społecznymi ideologiami czy zarzucania twórcom czegoś, co im nie przyświecało. Wydaje się, że Gwiezdne Wojny udowodniły, że trzeba patrzeć sercem, nie umysłem.  Pokazały, że emocjonalny związek może zniszczyć atmosferę wokół tego uniwersum. Nie mam wątpliwości, że osoby, które nazywamy hejterami, a które w dyskusjach nie znajdują argumentów, mają jednak jakiś związek emocjonalny i dlatego też reagują tak, a nie inaczej. 

(od 5:55)

Gwiezdne Wojny przez te dekady pokazały wiele dobrych przykładów tego, jak po prostu być ludźmi. Czy to przez różne akcje charytatywne w internecie, przez działalność cosplayerów z 501. Legionu, którzy doskonale reprezentują fanów podczas ważnych i oficjalnych eventów, czy przez pamiętną sytuację umierającego fana z 2015 roku, gdzie zrobili szum i mógł on przed śmiercią obejrzeć Przebudzenie Mocy. Chyba właśnie to przed premierą 2015 roku było najpiękniejszą oznaką mocy wielbicieli Gwiezdnych Wojen, gdzie atmosfera święta towarzyszyła cały czas, a dyskusje o plusach i minusach były merytoryczne. Nawet jeśli się nie zgadzaliśmy ze sobą na łamach naEKRANIE, potrafiliśmy rozmawiać argumentami, nie obelgami. 

Wiem, że wiele osób sprzeciwia się hejtowi i toksyczności wokół Gwiezdnych Wojen. Trudno to akceptować i co gorsza spotkałem się z takimi stwierdzeniami, sugerować, że ten hejt to tak naprawdę krytyka... Hejt ma jednak określoną definicję i jest nieuzasadnioną, pełną agresji, jadu i nienawiści wypowiedzią na jakiś temat. To hejt, nie krytyka, doprowadziły do ucieczki aktorów z Gwiezdnych Wojen z mediów społecznościowych i braku interakcji z fanami, bo dużo osób ich nękało w sposób wulgarny, seksistowski i rasistowski. Sytuacje Daisy Ridley i Kelly Marie Tran z ostatnich lat oraz Jake'a Lloyda (Anakin) i Ahmeda Besta (Jar Jar Binks) sprzed dwóch dekad to najsmutniejsze przykłady, które wydają się skazą i dowodem na to, jak wiele osób w sposób skrajnie negatywny nie odróżnia rzeczywistości od fikcji. Jasne, dla mnie Gwiezdne Wojny to zawsze będzie styl życia, nie tylko film, ale potrafię na to spojrzeć jako na produkt pod kątem realizacji, niedopracowań i tym podobnych. W życiu nie przeszłoby mi przez myśl atakowanie kogokolwiek za to, że zrobił coś, co mnie się nie podobało. Dlatego cieszy mnie reakcja fanów podczas Star Wars Celebration, która była symbolem i stanowczym "nie!". Pokazem, że Gwiezdne Wojny to nie toksyczna grupa hejterów, ale ludzie z sercem na dłoni, którzy potrafią docenić po ludzku aktora za to, że oddał serce roli. A tego Kelly Marie Tran nie odmówię, nawet jeśli nie należę do wielbicieli Rose Tico, ale ten moment, gdzie nagrodzona ją długą owacją na stojąco, a ona wzruszona zaczyna płakać, to jest dla mnie oznaka tego, ile dobrego Gwiezdne Wojny są w stanie zrobić. Coś, co osobiście mnie porusza, bo jest dowodem na to, że w fanach Gwiezdnych Wojen wciąż jest dobro.

To właśnie kwintesencja tego, o czym chciałbym, abyśmy wszyscy pamiętali. Gwiezdne Wojny to ludzie, którzy czują ten świat całym sercem i którzy w zgodzie z jego inspiracją, są w stanie w dniu codziennym okazać uprzejmość i dobro. Ktoś kiedyś mówił, że Gwiezdne Wojny trzeba oglądać oczami dziecka i być może dobrze jest o tym pamiętać, że nasze wewnętrzne dziecko potrzebuje takich filmów, bo rzeczywistość nie jest tak radosna, piękna i kolorowa. Trzeba od niej czasem uciec. Fani Gwiezdnych Wojen to coś, co widziałem sam w pełnej sile w 2016 roku na Star Wars Celebration, gdzie wówczas zrozumiałem, jak wprowadzenie Rey jest ważne i kluczowe dla codziennego życia, gdzie to właśnie ta postać królowała w przebraniach... czy to małe dziewczynki, nastolatki, dorosłe kobiety, czy babcie z wnuczkami. Miały one kogoś więcej niż Leię i Padme. Kogoś, kto do nich trafia i mogły to ukazać, nie wstydząc się, że ktoś je wyszydzi i zacznie mówić, jaka to Rey jest do bani...A nie brak było Ahsoki, Lei,Padme czy Jyn Erso. A przecież Galaxy's Edge, czyli park rozrywki niedawno otwarty w Stanach Zjednoczonych pokazuje multum podobnych sytuacji, gdzie dzieci (dziewczynki i chłopcy) przebrane za postacie robią piękne i urocze rzeczy, przypominając wielu otaczającym o sile Gwiezdnych Wojen i ich oddziaływaniu na wyobraźnie.

W jednej z książek z Gwiezdnych Wojen był taki cytat, który wydaje się idealnie oddawać to, co oznacza być tego wielbicielem. Parafrazując słowa pisarza: To jest miłość, a ona jest czymś więcej niż tylko świecą, miłość fanów potrafi rozpalić gwiazdy.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV