Adam Siennica

Adam Siennica

Tagi:  weekend 

Gwiezdne Wojny bez Sagi Skywalkerów. Warto czekać

Gwiezdne Wojny bez Sagi Skywalkerów. Warto czekać Gwiezdne Wojny bez Sagi Skywalkerów. Warto czekać

Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie to ostatnia część Gwiezdnej Sagi opowiadanej od 1977 roku. Zastanawiam się nad przyszłością świata Star Wars.

Gwiezdne Wojny bezapelacyjnie są najpopularniejszą marką w historii kina i popkultury. Można pisać książki o wpływie na kino rozrywkowego i tym, jak Gwiezdne Wojny je ukształtowały (także prequele). Ostatnia premiera Avengers: Koniec gry przypomniała mi o tym, o czym pierwszy raz myślałem w okresie premiery trylogii prequeli - Gwiezdne Wojny to nadal niewykorzystany potencjał.

Kevin Feige pokazał w MCU, jak tworzyć rozbudowane serie latami, które doprowadzają do określonej kulminacji. Nie da się oczywiście ukryć, że to droga w jakimś stopniu wydeptana przez Gwiezdne Wojny, ale to Marvel ze ścieżki zrobił autostradę. Dla wielu Was zaletą Gwiezdnych Wojen było to, że mieliśmy filmy raz na jakiś czas. To nadawało tej serii jakiegoś statusu unikalności, ale im dłużej o tym myślę, to sądzę, że to dla mnie nie ma znaczenia. Gdy oglądałem kolejne części trylogii prequeli i zagrywałem się w Star Wars: Knights of the Old Republic oraz w inne gry, zdawałem sobie sprawę, że to jest świat nieograniczonych możliwości. Czuć, że można było, a może nawet trzeba było zrobić tu więcej, aby ten świat stał się czymś jeszcze bardziej znaczącym w historii kina. Nie sądzę, by to zmieniło jego status, znaczenie i - jak niektórzy mawiają - rozmieniło go na drobne.

MCU rządzi się innymi zasadami i tu można opowiadać historię w określony sposób, by dotrzeć ostatecznie do jakiejś epickiej konfrontacji. Na pierwszy rzut oka Gwiezdne Wojny nie mogą pójść dokładnie tą samą drogą, bo choć możemy dostać różne, powiązane ze sobą historie, nie widzę rozsądnego scenariusza, by potem po latach połączyć to w jakiś wielki finał. Chyba najlepiej by było gdyby Lucasfilm nie szedł dokładnie tym samym szlakiem, ponieważ jak pokazała ostatnia dekada, skopiowanie rozwiązań Marvela jest diabelsko trudne i przeważnie kończy się klapą. MCU pod kątem budowania uniwersum i pewnego rodzaju kulminacji bez wątpienia jest wzorem, ale ważniejsze jest jednak znalezienie w tym własnej tożsamości, by czerpać to, co dobre, ale dopasowywać do tego, z czym możemy się bawić.  A teraz, gdy Saga Skywalkerów dobiega końca, musimy zadać sobie pytanie: jaka powinna być przyszłość Gwiezdnych Wojen?

Darth Bane i Zannahfot. materiały prasowe

Gwiezdne Wojny nieporadnie i trochę przez złe podejście George'a Lucasa tworzyły większe uniwersum. W końcu kanon zawsze był złożony z powiązanych ze sobą historii z filmów, seriali, książek, komiksów oraz gier, choć niektóre media lekceważyły inne. Wszystko przez to, że ustawienie było hierarchiczne, nieuporządkowane i po latach wkradł się tam chaos i bałagan. Jak każdy fan, byłem wściekły, gdy Lucasfilm z Disneyem podjęli decyzję o restarcie, czyli o przeniesieniu całego tzw. Expanded Universe do tzw. Legend i tworzeniu kanonu od nowa. Po latach jednak widzę, że w dużej mierze była to słuszna decyzja przez to, ile tam narodziło się mniejszych lub większych zgrzytów. Co prawda, niektóre historie były genialne i zasługiwały na wejście do nowego kanonu i wolałbym, aby po prostu poświęcono czas i wzięto to, co dobre, ale przynajmniej obecnie twórcy czerpią pełnymi garściami z tego, co pisarze stworzyli przez dekady. Kolejne postacie, planety i inne elementy uniwersum są przenoszone. Obecnie ten kanon jest tworzony w zamierzeniu spójnie, czyli historie filmów, komiksów, gier, seriali i książek są ze sobą powiązane i osadzone w tym samym świecie. Jest to więc coś zupełnie innego niż MCU, w którym obecnie seriale są lekceważone przez filmy, a powiązania pomiędzy nimi są bardzo luźne. Powiązań w świecie Star Wars pilnuje grupa osób z Lucasfilm Story Group i oczywiście znajdą się jakieś niedoróbki czy przeoczenia (w końcu to tylko ludzie i popełniają błędy), ale na razie przez te cztery lata wygląda na to, że zaczyna to mieć - mówiąc potocznie - ręce i nogi. Ma też dobrze nakreślony kierunek. Taki pewien kształtujący się wzór pod kątem powiązań można dostrzec w filmie Han Solo: Gwiezdne wojny – historie, który choć wywołuje mieszane odczucia, pod kątem budowy uniwersum wygląda kapitalnie. Mamy świetnie nawiązania do wszystkiego - książek, komiksów, a nawet serialu animowanego. To taki pierwszy krok, który pokazuje, jak to wszystko może działać, jeśli ta wizja i jej egzekucja będą nadal rozwijać się tą drogą. Wszystko się przenika, a postacie z innych działów pojawiają się w filmach. Dla fanów multum smaczków to radocha, a zwykłym widzom nie przeszkadza w odbiorze opowieści. Mogą się natomiast dowiedzieć, że więcej na temat tego poznają w komiksie, na temat tamtego w serialu animowanym i tak dalej. Pełnia bogactwa, które można poznawać. Taka budowa uniwersum sprawi, że Gwiezdne Wojny będą tym, czym dla mnie zawsze powinny były być. To ten potencjał, który trzeba wykorzystać.

Wszyscy wiemy, że rozwój Gwiezdnych Wojen w ostatnich latach następuje w bólach i przy skrajnych reakcjach odbiorców. Nie sądzę jednak, byśmy mogli przez to powiedzieć, że Gwiezdne Wojny poniosły porażkę w tworzeniu uniwersum, ponieważ tak naprawdę to dopiero początek. W 2015 roku rozpoczęto drogę, która kształtuje się powoli, są popełniane błędy (sam Lucasfilm przyznał to w kwestii Hana Solo), ale to idzie w kierunku, który może w końcu wykorzystywać ten potencjał. Koniec Sagi Skywalkerów pozwoli zamknąć za nami książkę pełną nostalgii i wspomnień z dzieciństwa. Wręcz musi to zrobić, bo choć Gwiezdna Saga powinna zakończyć się dobrze i godnie dla swojego dziedzictwa, to nie ona jest przyszłością tego uniwersum. Trzeba pozwolić opowiadać historię nowym talentom z innych bajek, którzy wprowadzą w Gwiezdne Wojny coś, czego nie znaliśmy, bo tak naprawdę każda nowa historia, jaką dostaniemy, musi tym właśnie być. Musi rozwijać uniwersum w rozmaitych kierunkach i gatunkach - podobnie jak pokazano to w MCU - ale też musi nie bać się eksperymentować.

Gwiezdne Wojen to świat nieograniczonych możliwości. Pod każdym względem nawet można tutaj zrobić więcej, niż w komiksowych historiach z MCU, które mimo wszystko zawsze ostatecznie będą zamknięte w konwencji superbohaterskiej. Prawdę mówiąc, widzę potencjał na rozmaite gatunki, które pozwolą wielu widzom poznać ten świat na zupełnie innym poziomie. Dramat o radzeniu sobie Obi-Wana z traumą z Zemsty Stihów osadzony na pustyni Tatooine? Czemu nie! Epicki film wojenny z perspektywy żołnierzy na froncie? Chcę! Horror, komedia, romans, thriller, historie o dorastaniu, czy po prostu o życiu... Nie widzę tutaj żadnych ograniczeń w eksperymentowaniu i szukanie opowieści wartych opowiedzenia. Nie musi być to zawsze konwencja przygody. W tym chodzi tylko o jedno... Gwiezdne Wojny nigdy nie rozmienią się na drobne, jeśli kolejne historie będą dobre. Tylko tyle i aż tyle. Ograniczeniem jest tylko odwaga, wyobraźnia i chęci. Pytanie brzmi: czy świat tak emocjonalnie reagujący na Star Wars jest gotowy na świeże rozwiązania?

The Mandalorianfot. Disney+/Lucasfilm

Cały świat przestępczy, który częściowo zostanie pokazany w The Mandalorian czy szpiegowski serial o Cassianie Andorze z Łotra 1 pokazuje, że Lucasfilm szuka nowych rzeczy, których widzowie Gwiezdnych Wojen nie znają. Obawiam się jednak, że tutaj producenci muszą podchodzić spokojnie, uważnie, cierpliwie i powoli. Właśnie z uwagi na to, że znajomy punkt zaczepienia cały czas jeszcze jest ważny dla widzów, którzy myśląc o Gwiezdnych Wojnach, widzą Oryginalną Trylogię. To wszystko musi ulegać zmianie powoli, stopniowo, a nie tak drastycznie, jak to miało miejsce przy Mrocznym widmie. Nie chodzi o to, jak oceniamy ten film pod kątem odbioru, ale o to, że dla wielu on nie wyglądał jak Gwiezdne Wojny. Pod tym kątem nie przypominał Oryginalnej Trylogii. Metoda gwałtownej zmiany stylu jest zbyt ryzykowna. Disney kupił Lucasfilm po to, by tworzyć filmy, które będą zarabiać. Aby to osiągnąć, trzeba ludziom dać coś dobrego, bo złe rzeczy nie osiągną komercyjnego sukcesu i nawet, jak coś tam zbiorą w box office, długofalowo odstraszą widzów. Celem każdego studia filmowego jest dawanie czegoś, co ludziom się spodoba, na co będą chętnie chodzić kilka razy do kin. Nikt nie tworzy superprodukcji za 200-300 mln dolarów z dobroci serca i altruistycznych pobudek. Dlatego musimy uzbroić się w cierpliwości i raczej nie wydawać wyroków na uniwersum przedwcześnie. Wszystko dopiero przed nami...

4 maja jest Dzień Gwiezdnych Wojen, czyli wielkie święto dla wszystkich wielbicieli tego uniwersum. Lubię trylogię sequeli, nie przepadam za filmem o Hanie Solo, ale prawdopodobnie tak jak wszyscy, chcę świeżości na ekranie. Chcę zobaczyć coś, co nie tylko będzie mieć magię Gwiezdnych Wojen, ale ukaże coś ekscytującego i zaskakującego. Coś, co pozwoli wielu widzom poznawać ten świat i zmotywuje ich do czytania książek czy komiksów, bo jest tam wiele historii wartych poznawania. Jako fan mam wiele wygórowanych oczekiwań i pragnień tego, co chciałbym zobaczyć. Na szczycie tej listy są trzy rzeczy. Po pierwsze - Darth Bane, czyli Mroczny Lord Sithów, który stworzył Zasadę Dwóch i rozpoczął plan ostatecznie zrealizowany przez Palpatine'a w części III. Z jednej strony byłoby to nadal w pełni w klimacie, ale z drugiej - w centrum mielibyśmy kogoś złego, co pozwoliło inaczej spojrzeć na całą historię. A zrobienie z takiej postaci kogoś, kto będzie bardzo niejednoznaczny i wiarygodny, jest możliwe. Po drugie - wojenny film z prawdziwego zdarzenia, który w pełni będzie skupiać się na konflikcie, na mrocznym, ponurym życiu żołnierza i przerażających realiach, które nigdy w Gwiezdnych Wojen nie zostały podkreślone. Podium zamyka film o postaci Thrawna, który stał się jedna z popularniejszych w uniwersum, choć pochodzi z książek. Potem pojawił się w serialu animowanym Star Wars Rebelianci i pozostawił dobre wrażenie, ale to tak wybitna, wyjątkowa jednostka, że powinna zostać przedstawiona widzom na całym świecie na kinowym ekranie. Wielki, nieprzewidywalny dowódca wojskowy w centrum fabuły? To jest gigantyczny potencjał na coś wielkiego. Pewnie takie filmy (lub seriale?) musiałyby być przeznaczone dla starszego widza, ale myślę, że prędzej czy później to nastąpi. Lucasfilm nie ma ograniczenia kategorii wiekowych, jak Disney pod swoją egidą, więc powinni się odważyć.

Wielkie Admirał Thrawn - Gwiezdne Wojnyfot. materiały prasowe

MCU jest wielkim i ważnym przykładem na to, jak tworzyć uniwersa filmowe. Nikt temu nie przeczy i tego nie zmieni. Gwiezdne Wojny dopiero się kształtują i myślę, że nie powinniśmy skreślać potencjału uniwersum przedwcześnie. Nawet nie widzę tutaj jako takiej konkurencji z MCU, bo przez wspomnianą formę uniwersum Star Wars idzie innym kierunku. To tu w komiksach pokazano bomby fabularne, które potem mogą mieć znaczenie w filmach czy serialach. To właśnie w tego typu budowaniu świata leży potencjał na coś nieoczekiwanego. Oby ludzie z Lucasfilmu wyciągnęli wnioski z błędów i dali nam coś dobrego. Oto moje życzenie na święto Gwiezdnych Wojen.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV