Kolejna generacja konsol pod znakiem usług? Wady i zalety abonamentów z grami

Kolejna generacja konsol pod znakiem usług? Wady i zalety abonamentów z grami Kolejna generacja konsol pod znakiem usług? Wady i zalety abonamentów z grami

Tylko w tym roku zadebiutowały cztery nowe usługi, które oferują dostęp do gier w ramach comiesięcznej opłaty abonamentowej.

Coraz więcej firm decyduje się na udostępnianie gier w ramach abonamentu. I chociaż pojedyncze usługi tego typu bez wątpienia są bardzo atrakcyjne dla użytkowników, to pojawia się jeden problem – sytuacja niebezpiecznie zaczyna przypominać tę, z jaką mamy do czynienia na rynku VoD, gdzie konkretne filmy i seriale dostępne są na wyłączność tej lub innej platformy. Widzom zainteresowanym obejrzeniem danych produkcji z legalnego źródła nie pozostaje więc nic innego, jak opłacać kilka abonamentów.  

Idea gier dostępnych w ramach subskrypcji nie jest nowa. Już w 2010 wystartowało OnLive, które za stałą, comiesięczną opłatę umożliwiało dostęp do biblioteki gier, w które można było grać nawet na słabym sprzęcie – wszystko dzięki streamingowi. Usługa spotkała się z mieszanym przyjęciem, chociaż krytyka związana była nie z samym modelem subskrypcji, a raczej z ograniczeniami wynikającymi z rozgrywki w chmurze. Wymagało to szybkiego i niezawodnego połączenia z internetem, a każdy, nawet najmniejszy problem był bardzo boleśnie odczuwalny, skutkując pogarszaniem się jakości przesyłanego obrazu i wyczuwalnym input lagiem. Szczególnie ten ostatni mógł irytować, zwłaszcza w przypadku dynamicznych, nastawionych na akcję gier. Tam nawet minimalne opóźnienia mogły powodować bardzo frustrujące sytuacje, których rezultatem była konieczność powtarzania danego etapu od ostatniego punktu kontrolnego.

Ostatecznie OnLive dokonało żywota w kwietniu 2015 roku, ale nie był to koniec subskrypcji z grami – wręcz przeciwnie. Kolejne tego typu usługi zaczęły pojawiać się jak przysłowiowe grzyby po deszczu. W roku 2014 swoje propozycje przedstawiły Sony z PlayStation Now, również oferującym granie w chmurze oraz Electronic Arts, którego EA Access dawał dostęp do biblioteki gier, które można pobrać na swój sprzęt (początkowo Xbox One, z czasem też PC i konsole). Eliminowało to konieczność posiadania bardzo szybkiego połączenia z siecią, otwierając tym samym drogę do tanich (miesięczny koszt to zaledwie ok. 15 zł) gier tego wydawcy.

Prawdziwą rewolucją okazało się jednak Xbox Game Pass, czyli usługa Microsoftu. Zadebiutowała ona w 2017 roku i już na start oferowała około 100 bardzo zróżnicowanych produkcji. Znalazły się tam zarówno wysokobudżetowe hity, jak i gry niezależne i trochę klasyków. Z czasem wprowadzono do niej także produkcje ze starszych generacji, które można było uruchomić na Xboksie One za sprawą wstecznej kompatybilności. Jeszcze później poinformowano, że do biblioteki cyfrowych produkcji będą trafiać wszystkie przyszłe gry, za których stworzenie odpowiadają studia należące do Microsoftu. Tym samym abonenci usługi mogli zapoznać się z takimi tytułami, jak Forza Horizon 4, Sea of Thieves czy niedawne Gears 5 bez potrzeby wydawania około 200-250 zł za jeden tytuł, który niekoniecznie musi trafiać w nasze gusta.

Gigant z Redmond dba też o to, aby gracze ciągle inwestowali w kolejne miesiące abonamentu. Usługa regularnie wzbogaca się o nowe tytuły, a także nową funkcjonalność. W czerwcu tego roku wprowadzono Xbox Game Pass na PC, a także dodano droższą subskrypcję Xbox Live Ultimate, która łączy w sobie XGP dla konsol, pecetów oraz Xbox Live Gold.

Niedawno głośno zrobiło się o podobnych usługach na platformach mobilnych. Apple wystartowało ze swoim Apple Arcade, które zmienia urządzenia z systemem iOS niemal w pełnoprawne konsole. Firma z Cupertino odpowiednio się do tego przygotowała i zainwestowała w naprawdę ciekawe tytuły, takie jak Sayonara Wild Hearts, Overland czy Oceanhorn 2. Nie brakuje tam również produkcji z czasową wyłącznością dla tej usługi, jak chociażby Exit the Gungeon, czyli spin-off bardzo popularnej gry roguelike od ekipy z Dodge Roll.

Na odpowiedź konkurencji nie trzeba było długo czekać. Kilka dni temu świat obiegła wieść o Google Play Pass, dzięki któremu zagramy na urządzeniach z Androidem – smartfonach, tabletach, a nawet smart boxach i smart TV. Widać jednak, że Google podchodzi do tematu w nieco inny sposób i stawia na ilość, a nie jakość, oferując ponad 350 gier i aplikacji w niskiej cenie – 1,99$ przez pierwszy rok. I choć tutaj również można znaleźć trochę ciekawych tytułów (m.in. Stardew Valley czy Terraria), to jednak próżno szukać tutaj nowości, które znalazły się w Apple Arcade.

Na pierwszy rzut oka subskrypcje z grami sprawiają wrażenie naprawdę świetnych ofert. Ich ceny nie są zbyt wysokie i oscylują w granicach od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych. To znacznie mniej niż koszty współczesnych gier na pecety i konsole, które potrafią sięgać nawet 250 zł. Szybko jednak możemy złapać się na tym, że zaczynamy opłacać kolejne abonamenty, żeby zyskać dostęp do wszystkich interesujących nas produkcji. A tych abonamentów jest naprawdę sporo – pozwolę sobie na krótkie wyliczenie tych, które aktualnie funkcjonują na rynku (lub zadebiutują na dniach, jak Google Play Pass).

  • Xbox Game Pass – 40 zł miesięcznie
  • Xbox Game Pass na PC – 18,99 zł miesięcznie
  • EA Access / Origin Access – 14,99 zł miesięcznie
  • Uplay Plus – 59,99 zł miesięcznie
  • PlayStation Now (niedostępne w Polsce) – 12,99 GBP (ok. 64,50 zł) miesięcznie
  • Utomik – 6,99 euro (ok. 30,65 zł) miesięcznie
  • Apple Arcade – 4,99$ (ok. 19,89 zł) miesięcznie
  • Google Play Pass – 1,99$ (ok.7,93 zł) miesięcznie przez pierwszy rok, później – 4,99$ (ok. 19,89 zł)

Niepokojący wydaje się też fakt sięgania przez firmy po wyłączność (czasową lub też nie) na konkretne tytuły. Jest to kompletnie zrozumiałe z czysto marketingowego punktu widzenia, bo to właśnie tego typu produkcje napędzają sprzedaż urządzeń (czy ostatnio - cyfrowych platform) do gier, ale już niekoniecznie komfortowe dla końcowego odbiorcy. Na razie jeszcze tego nie odczuliśmy, ale w ostatnich miesiącach widać pewne delikatne kroki w tym kierunku. Wspominałem już o czasowej wyłączności na pewne gry w Apple Arcade, do tego dochodzą też takie zagrania, jak wcześniejszy dostęp do Gears 5 dla posiadaczy wersji Ultimate oraz subskrybentów Xbox Game Pass Ultimate. Zapowiedziano również, że nadchodzące Google Stadia także ma otrzymać gry, których na innych platformach nie będzie. Niewykluczone więc, że z czasem doczekamy się tytułów dostępnych JEDYNIE w konkretnym abonamencie. 

Jeśli miałbym pobawić się w proroka, to obstawiałbym, że kolejna generacja konsol w jeszcze większym stopniu postawi na tego typu usługi. Microsoft w tym roku eksperymentował już z konsolą pozbawioną napędu i wypuścił na rynek Xbox One S All-Digital Edition i nie sądzę, by był to koniec tego typu eksperymentów. Następcy PlayStation 4 i Xboksa One mają posiadać napędy, ale kto wie - może za kilka lat powstaną ich alternatywne wersje, przeznaczone tylko z myślą o grach cyfrowych? 

Na koniec jeszcze jedna, najbardziej przyziemna sprawa - czas. Sam złapałem się na tym, że decyduje się na korzystanie z kolejnych tego typu usług - czy to opłacając je, czy też sprawdzając w ramach dostępnych okresów próbnych, zaczynam kolejne gry i... nie jestem w stanie ich skończyć. Doba nie jest z gumy i naprawdę ciężko znaleźć wolny czas na ogranie wszystkich interesujących nas produkcji - szczególnie, gdy jest ich tak wiele i są one tak przystępne, jak nigdy wcześniej.

Źródło: fot. Microsoft

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV