Szybcy i wściekli to kwintesencja hollywoodzkiej rozrywki

Szybcy i wściekli to kwintesencja hollywoodzkiej rozrywki Szybcy i wściekli to kwintesencja hollywoodzkiej rozrywki

Szybcy i wściekli to serial, która zmieniała się przez lata w coś nieprawdopodobnego. Z czegoś, co dla wielu osób było przeciętniakiem, stała się jedną z najpopularniejszych serii na całym świecie.

Szybcy i wściekli powstali w 2001 roku od filmu, który w dużej mierze poruszał temat nielegalnych wyścigów i opowiadał historię policjanta pod przykrywką. Prawdę mówiąc, nigdy nie byłem wielbicielem tego filmu i kolejne kontynuacje oglądałem jedynie z ciekawości. Nie byłem też zdziwiony chłodnym odbiorem trzeciej części, która nie zarobiła zbyt wiele na świecie. Początek serii jest dla mnie do zapomnienia, bo nie miał w sobie nic unikalnego. Był czymś tak zwyczajnym, jak wiele innych przedstawicieli gatunku, ale rozumiem i szanuję, że ma ona swoich wielbicieli.

To zaczęło się zmieniać od czwartej odsłony, gdzie postanowiono powoli przeobrażać konwencję w efektowny film akcji. Szybko i wściekle (biorąc pod uwagę całą serię ten polski tytuł jest nieporozumieniem) był sequelem, ale zarazem pierwszym krokiem w stronę rebootu. Konwencja Szybkich i wściekłych jeszcze nie była ukształtowana, ale już pojawiały się oznaki drogi, którą twórcy chcą jechać. Sukces pozwolił im iść za ciosem...

To własnie Szybcy i wściekli 5 jest pierwszą odsłoną, która pokazała światu coś innego. Nagle seria nabrała własnej tożsamości, świadomie akceptując traktowanie siebie z dużym dystansem. Mamy więc dużo humoru, przegięte do granic możliwości ekranowe szaleństwa i ogrom akcji. W tle oczywiście wartości rodzinne powtarzane tak często, że można by uznać, iż Vin Diesel tylko o tym ciągle mówi. Choć czwarta odsłona już była niezła, to piątą można nazwać przynajmniej jedną z najlepszych. Być może dlatego, że jako pierwsza przedstawiła tę udaną wizje, dodała Dwayne'a Johnsona i pokazała świetną zabawę bez zadęcia czy próby robienia czegoś na serio. To wówczas Szybcy i wściekli z przeciętniaka o wyścigach stawali się najpopularniejszą serią kina akcji na całym świecie. 

Patrząc na przekrój wszystkich części, każda kolejna jedynie zwiększała poprzeczkę, a widzowie doskonale wiedzieli, jak świadomie jest to robione i bawili się przy tym świetnie. Do dziś śmiejemy się z najdłuższego pasa startowego w historii z szóstej części, podziwiamy skoki pomiędzy wieżowcami z siódemki lub, co zawsze mnie zaskakuje, naprawdę zrzucane samochody z samolotu na spadochronie oraz deszcz aut czy pościg łodzi podwodnej z ósemki. Akcja w Szybkich i wściekłych nie ma być realistyczna, ma być przegięta do skrajności akceptacji, ale przy tym tak cholernie widowiskowa, że nie będzie nam zależeć. Uwielbiam to, bo dzięki temu seria pokazuje, jak świadomie robić coś dobrze, co pewnie w jakimkolwiek inny filmie potraktowalibyśmy z śmiechem zażenowania, bo umówmy się niektóre te szaleństwa zaprzeczają zasadom grawitacji, scenariuszowo historie są banalne, humor jest przeważnie głupkowaty (ach, ten Roman!), a dialogi o rodzinie sprawiają, że czasem można mieć dość. Jednak konwencja seria tak się ukształtowała, że każda odsłona zarabia krocie i zbiera dobre opinie fanów. 

Uniwersum ciągle się rozwija i nie wygląda na to, by ten proces miał się zatrzymać. Cieszy mnie, że Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw idą w nowym kierunku, dzięki Davidowi Leitchowi i ekipie 87Eleven. Jak sam reżyser wspominał w wywiadach, akceptuje komputerowe, przegięte i zaprzeczające prawom grawitacji (dosłownie do tego nawiązał) sceny akcji, które wprowadza, ale obok tego robi to, za co wielu fanów go uwielbia: efektowne, świetnie wyreżyserowane sceny walk i popisy kaskaderskie oparte na umiejętnościach, nie komputerze. Takim sposobem Hobbs i Shaw nie tylko rozwija samą serię, pozwalając zwiększyć poprzeczkę w kreowaniu scen walk i przesadzonych pościgów, ale wpisuje się w trend rozwoju hollywoodzkiego kina akcji. 87Eleven powstali w 2014 roku wraz z Johnem Wickiem, którym kreacją scen akcji zachwycili świat. Kolejne części pokazywali więcej, a Hollywood zaczęło chcieć mieć takie sceny akcji w swoich filmach. Był już Aquaman, teraz Hobbs i Shaw, pozostaje mieć więc nadzieję, że może następny będzie marvelowski Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings? Era realizowania walk po macoszemu w Hollywood, w których nic nie widzimy, bo kamera lata jak szalona, a montażysta tnie na wyścig co 2 sekundę jak w teledysku przemija. Pozostaje się cieszyć ,że być może sukces kolejnych Szybkich i wściekłych się do tego przyczyni, bo im więcej świetnie kręconej akcji na ekranie, tym lepiej dla nas wszystkich.

W tej serii chyba chodzi o to, czego tak naprawdę oczekujemy od kina. Czy lubimy tylko superbohaterów? Artystyczne kino festiwalowe? Lubię myśleć, że każdy gatunek jest potrzebny i należy mu się szacunek - nawet jeśli osobiście za czymś nie przepadam (nie znoszę horrorów!). Dlatego chyba każdy widz może lubić Szybkich i wściekłych, czerpiąc z nich nie lada rozrywkę, odpoczywając, relaksując się i podziwiając szalone pomysły, by innego dnia w domowym zaciszu zrobić sobie seans Zimnej wojny. Szybcy i wściekli są dla mnie kwintesencją tego, jak tworzyć przyjemnie hollywoodzkie kino rozrywkowe. Takie, które ma być czystą frajdą, podczas której śmiejemy się, podziwiamy popisy kaskaderskie i być może okazjonalne odczuwamy jakieś emocje. Bo czy można ich odmówić tej serii? Szybcy i wściekli 7 pokazali to dobitnie w okolicznościach tragedii, dając dla wielu najlepszą część serii. Paul Walker, jeden z głównych aktorów Szybkich i wściekłych, zginął w tragicznym wypadku, więc twórcy musieli to jakoś dokończyć, a przede wszystkim... musieli go jakoś pożegnać. Wiecie, powstało wiele filmów w obliczu różnych tragicznych wydarzeń i śmierci na planie, ale niewielu może poszczycić się tak dobrym zakończeniem. Symbolicznym, w stylu serio i szalenie emocjonującym. Pamiętam, jak będąc na kilku pokazach w kinie, ludzie się wzruszali. Bez znaczenia, czy byli fanami Walkera i serii, to po prostu była wyśmienita reżyserska robota Jamesa Wana, który potrafił sprawić, że ludziom zależało... że czuli te emocje smutku po stracie kogoś, kogo nie znali. 

Szybcy i wściekli 8 - zdjęciefot. materiały prasowe

To właśnie zmusza mnie do innej konkluzji. Motyw rodziny jest kluczem tej serii i przyznam - lubię to, bo przynajmniej ma ona jakieś mądre przesłanie, które może wpływać na młodszego widza. Czemu nie? Śledząc jednak kulisy, interakcje pomiędzy aktorami, jestem w stanie uwierzyć, że oni stali się rodziną przez te lata. Jasne, często powtarzają to w wywiadach, ale przyglądając się różnym sytuacjom, trudno nie zauważyć, że to nie jest pusty frazes. Być może własnie dlatego ta seria odniosła sukces, bo to nie tylko ta cudnie przegięta konwencja, czy sympatyczne postacie, ale ten klimat rodzinny, który sprawia, że w jakimś metaforycznym sensie, stajemy się jej częścią i zaczyna nam zależeć.

Szybcy i wściekli to hollywoodzka rozrywka inna niż wszystkie. Zbyt wiele filmów chce być na siłę mroczna, poważna, realistyczna lub w drugą skrajność, za bardzo jak Marvel. Ta seria natomiast zachowuje cały czas tak duży dystans do siebie, który kupuję w oka mgnieniu. Mało co daje taką frajdę w kinie i staje się gwarancją dobrej zabawy w ostatnich latach. Dlatego czekam na więcej, bo takie kinowe seriale to dobre urozmaicenie na wielkim ekranie. Niech ich w końcu wyślą w kosmos...

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV