Adam Siennica

Adam Siennica

Tagi:  john wick 3 

Seria John Wick - o choreografii scen akcji. Dlaczego jest tak dobra?

Seria John Wick - o choreografii scen akcji. Dlaczego jest tak dobra? Seria John Wick - o choreografii scen akcji. Dlaczego jest tak dobra?

Seria John Wick ma niesamowicie nakręcony sceny walk i innych akcji. Jest to tak dobre, że ma wpływ na Hollywood, które zmienia sposób podejścia do kręcenia takich scen, by robić to lepiej. Na czym jednak polega siła tego sukcesu?

Seria John Wick zachwyciła świat i ma ogromny wpływ na rozwój przedstawienia scen akcji w hollywoodzkim mainstreamie. Pisałem o tym, jak zmienia Hollywood, a teraz przyjrzę się samego aspektowi, który jest najważniejszy w tej serii: choreografii, bo bez niej to tylko zabójca likwidujacy wrogów z ciekawą historią w tle. Jak w tysiącach innych filmów gatunku, bo przecież wbrew pozorom John Wick nie tworzy nic przełomowego ani odkrywczego. Tu się nie liczy co, ale jak.

Kręcenie scen akcji w największych produkcjach amerykańskich wpisane było w określony standard, ale zawsze odstawało od wysokiej jakości pracy kaskaderów prezentowanej w Azji od lat 80. Nie oznacza to, że w USA takowej nie było. Bynajmniej! Kaskaderzy dwoili i troili się w wielu filmach, wykonując kawał dobrej roboty. Problem polega na tym, że nikt poprawnie nie potrafił tego nakręcić, bo - jak wspominałem w poprzednim artykule - za sterami stali ludzie niekompetentni, czyli nie mający żadnej wizji ani zielonego pojęcia o tym, jak to pokazać dobrze, by widz w kinie poczuł to, co dzieje się na ekranie, a może nawet się zachwycił. Innymi słowy przeważnie traktowano sceny walk, pościgów i innych scen akcji opartej na kaskaderce po macoszemu. Były wyjątki, ale trend w Hollywood stawiał na przeciętność i niewiele filmów potrafiło wyjść ze sztywnych ram ustalonych zasad. Seria John Wick to zrobiła, ponieważ w rolach reżyserów zadebiutowali kaskaderzy - David LeitchChad Stahelski, czyli panowie, którzy doskonale czują temat i wiedzą, co zrobić, by ich praca była na ekranie na pierwszym planie, a nie była tłem dla wielkich nazwisk, których robotę w większości i tak wykonują dublerzy.

Zaznaczmy sobie jedną kluczową zasadę filmowych scen walk i innych aspektów gatunku, który reprezentuje John Wick: choreografia nie ma oddawać realizmu prawdziwego starcia. Gdyby opierano się w takim aspekcie na tym, jak to wygląda naprawdę, byłoby to nudne, nieefektowne i przede wszystkim mało atrakcyjne z punktu widzenia odbiorcy. Dlatego celem jest zachowanie iluzji realizmu, czyli praca kaskaderów i aktorów (w tym przypadku Keanu Reeves dał z siebie bardzo wiele!) ma wyglądać autentycznie, by widz podczas seansu mógł pomyśleć: tak to może wyglądać - nawet jeśli są w tym uproszczenia, naciągnięcia i określona manipulacja emocjonalna i realizacyjna. Sceny walk mają być przede wszystkim atrakcyjne wizualne, pomysłowe, zaskakujące, na swój sposób ekscytujące i - co chyba najważniejsze - muszą mieć czynnik "wow". W tym równaniu nie chodzi o przemoc i jej poziom, bo ona nie ma żadnego wpływu na jakość filmowej rozrywki. Tu chodzi o zachowanie fundamentalnej zasady tworzenia smakowitej rozrywki i zbudowania reguł, w których sceny akcji są podstawą, a nie dodatkiem. To one stanowią o sile takiej produkcji, bo mają za zadanie pokazać coś, co widz będzie podziwiać i zarazem sprawić, że będzie mu zależeć na dalszych losach bohatera przedzierającego się przez zastępy wrogów. Tutaj ta iluzja realizmu idzie wiele kroków dalej w stosunku do dawnych standardów Hollywood, a nawet konwencji azjatyckiej: bohater się męczy. We wszystkich trzech częściach widzimy, jak jego fizycznie wyczerpanie postępuje i to ma wpływ na to, jakich środków używa w czasie walki. To doskonale podkreślono w każdej części, ale w drugiej i trzeciej, które rozgrywają się od razu po poprzedniej, akcent na ten aspekt jest mocno położony. Podświadomie wiemy, że John wygra, zabije wszystkich, ale to przestaje mieć znaczenie. Kino akcji ma dostarczać rozrywki właśnie akcją, a ta seria pokazała wzór, jak to robić wspaniale.

Musimy mieć świadomość, że kino oparte na akcji nie ma za zadanie dostarczać głębokich przeżyć emocjonalnych i zmuszać do szukania odpowiedzi na egzystencjalne pytania. Ma bawić, poruszać emocje w satysfakcjonującym stopniu i ma dostarczać widowisko. Tak jak wielkie superprodukcje często oparte są na tworzeniu scen akcji za pomocą efektów komputerowych, tak w serii John Wick mamy oparcie na kaskaderach (nie oznacza to kompletnego braku CGI, ale to raczej używane jest do poprawek i podciągnięcia niektórych aspektów jak choćby krew). Nie ma nic złego w tworzeniu widowisk z efektów komputerowych, bo w końcu jest to ważne narzędzie we współczesnym kinie. Seria John Wick przypomniała jednak, że da się zrobić coś spektakularnego tylko z kaskaderami i domieszką CGI.

Podstawą jest wizja, pomysł na choreografie i - co najważniejsze - zdolność do prawidłowego nakręcenia tego kamerą. Stahelski i Leitch w jednym z wywiadów przez premierą Johna Wicka mówili, że operatorzy w USA nienawidzą filmować scen akcji. Były dla nich stresujące, niewygodne i (jak twierdzą) bardziej traktowali to jako ćwiczenie ukrywania braku dopracowania danych sekwencji. Mieliśmy więc sceny walk, w których tak naprawdę nie można było dobrze dostrzec kto, co robi i dlaczego, bo albo ujęcia były niechlujne, niedokładne, albo montażysta ciął tak szybko, że wzrok nie nadążył za akcją na ekranie. Trudno wówczas docenić pracę kaskaderów skoro nic nie widać, prawda? W Johnie Wicku mamy rozwiązania zaczerpnięte z Azji, gdzie stosowane są one od wielu lat. Przede wszystkim proces przygotowawczy do takiego filmu jest inny - wiele miesięcy treningów choreografii z grupą kaskaderów z 87Eleven zagwarantował sukces na ekranie. Każdy z aktorów na czele z Keanu Reevesem i innymi odtwórcami ról w scenach akcji z każdej części dzięki temu może być bardziej przekonujący, bo wie dokładnie co robić, jak to robić dobrze oraz jak to ma wyglądać podczas kręcenia. Bowiem podczas przygotowań operator towarzyszył kaskaderom i ściśle z nimi oraz z reżyserami współpracował nad znalezieniem najlepszych kadrów dla danej sekwencji ciosów. Dzięki temu przeważnie mamy ujęcia ustawione z ciut większej odległości, byśmy doskonale widzieli walczących i widzieli co robią oraz jak robią. Wówczas własnie miesiące szkolenia mają procentować, bo widz zaznajomiony z kinem automatycznie wykryje fałsz w takich scenach. Czy to w sztywnym odtwarzaniu ciosów, czy kiepskim markowaniu (są filmy, gdzie aż zanadto widać, jak cios daleki jest od twarzy przeciwnika), a to wówczas psuje wrażenie i najlepsze intencje ekipy filmowej. To też przekłada się na dłuższe ujęcia, które są realizacyjnie i logistycznie o wiele bardziej wymagające. Gdy mamy kilkusekundową scenę zadawania ciosów, trudno pomylić się, jak się wie co robi. Dlatego inna sytuacja jest w momencie, gdy mamy na przykład kilka minut nieprzerwanego cięciami pokazu pracy kaskaderów. Wówczas automatycznie wywołuje to wrażenie na innym poziomie, bo doskonale wszystko widzimy na ekranie: każdy cios, rzut czy niespodziewaną wymianę. Wszystko zaczyna się zgrywać w perfekcyjną symfonię akcji, która ma budzić podziw.

- Ma on jedną ważną zaletę. Podczas pracy jego ekipa tworzy prewizualizacje. Wszystko kręcą, więc zanim wejdziemy na plan, znają każde ujęcie i wiedzą, jaki jest najlepszy kąt kamery, by stworzyć pi***loną symfonię genialnej akcji. Kocham to. Większość ludzi, z którymi pracowałem ponosi kompletną porażkę, gdy chcą osiągnąć coś dobrego. Kończy im się czas. Nie wiedzą, co robią. Nie wiedzą, jakie są ujęcia. Operator nie ma pojęcia, jak kręcić sceny akcji, więc nie robi ujęć tak, jak trzeba - mówi Jason Statham o podejściu Leitcha i problemach ze scenami akcji w Hollywood.

W tytule zadałem pytanie: dlaczego ta choreografia scen akcji jest tak dobra? Słowem podsumowania, chodzi właśnie o budowanie widowiska na jej bazie. Oparte jest to na kreatywności ludzi, którzy doskonale znają się na swojej robocie i wiedzą, jak to pokazać, by było efektowne i efektywne. Stahelski, Leitch i ich grupa 87Eleven starają się zaskakiwać i zadziwiać, mając świadomość, że żaden reżyser nie czujący scen akcji i mający jej zasadniczo w głębokim poważaniu, nie potnie tego tak, że cała praca pójdzie na marne. Mogą szaleć i wymyślać coraz bardziej niesamowite sceny oparte na ludziach z umiejętnościami. Nie da się ukryć, że większość osób na ekranie to doświadczeni wojownicy, którzy w niejednym filmie ryzykowali życie i zdrowie dla naszej radochy. Ta choreografia w serii John Wick jest tak dobra, bo odpowiadają za nią ludzie z wizją, pomysłami i sercem do tego, by oddać szacunek sztuce, która często jest niedoceniana. Podziwiamy wyczyny, ciosy, różne popisy, czasem zapominając, że to wszystko jest związane z kontuzjami, wypadkami, a także śmiercią na planie. John Wick przypomina nam, że wspaniałą pracą kamery można ukazać akcję tak, że ogląda się ją z przyjemnością i podziwem. Dzięki rozsądnemu montażowi możemy doskonale obserwować walczących i to, co wyczyniają na planie. W końcu jest to pochwała i celebracja umiejętności w sztukach walki bez potrzeby wchodzenia na to, co ludziom w kinie kopanym się nie podoba. Nie ma akrobacji jak w serii Champion o Boyce ze Scottem Adkinsem, ani nie ma walk z równym przeciwnikiem trwających w nieskończoność, bo twórcy wiedzą, że mainstream tego nie strawi. To jest coś, co fani gatunku lubią, ale John Wick ma trafiać szerzej. Dlatego oparcie choreografii na wspomnianej przeze mnie iluzji realizmu stanowi jedną z najmocniejszych aspektów jej sukcesu. Połączono szkołę azjatycką z hollywoodzką, dając nowy trend, który trafił do widzów na całym świecie i powoli zmienia w tym aspekcie podejście w kinie amerykańskim.

W dużej mierze te wszystkie pomysły nie są nowatorskie, ale dzięki podejściu do ich ukazania, stały się ważne bez względu na to, jak osobiście każdy z nas ocenia jakość ogólną każdej odsłony serii. Rozmawiamy o walkach i innych wyczynach Johna Wicka, które stają się hipnotyzującym tańcem śmierci. Takim, który spodobał się wielu ludziom zmęczonym  niezrozumiałymi decyzjami realizacyjnymi, których sztandarowym przykładem jest Uprowadzona 3. Seria John Wick takim podejściem do choreografii wydaje się udowadniać widzom na całym świecie, którzy nie wchodzą głębiej w gatunek, by obejrzeć coś z Azji, że filmowe widowisko może mieć różne formy. Kupując bilety na każdą odsłonę serii, a także Johna Wicka 3, który wchodzi 17 maja, po raz kolejny na całym świecie widzowie oddadzą głos jak w wyborach politycznych: takie rozwiązania chcemy oglądać i chcemy tego więcej lub też nie.

Źródło: zdjęcie główne: Billy Bogiatzoglou / Billelis studio / materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV