Przeczytaj w weekend
Paweł Mączewski

Paweł Mączewski

Tagi:  weekend 

Sprawdziłem, czy humor w Świecie według Bundych przetrwał próbę czasu

Sprawdziłem, czy humor w Świecie według Bundych przetrwał próbę czasu Sprawdziłem, czy humor w Świecie według Bundych przetrwał próbę czasu

Jako chłopiec, śmiałem się z życiowych niepowodzeń Ala Bundy'ego, najsłynniejszego sprzedawcy butów w historii telewizji. Potem dorosłem i zauważyłem, że Al miał stałą pracę na pełnym etacie, samochód, dwupiętrowy dom z ogrodem i w pojedynkę potrafił zapewnić byt całej rodzinie. Jest czego zazdrościć

Jakiś czas temu przeczytałem o tym, że gdy młodsze pokolenie odkryło serial Przyjaciele, nie tylko nie przypadł im do gustu prezentowany tam humor, ale niektórzy uznali go za „transfobiczny, homofobiczny i seksistowski”. Była też pewna 20-letnia feministka, która z okazji 20. rocznicy premiery filmu Titanic Jamesa Camerona po raz pierwszy zafundowała sobie seans, tylko po to, by dojść do wniosku, że „najpiękniejsza historia miłosna wszech czasów” tak naprawdę promuje „nieszczerość, mizoginię i uprzedmiotowienie kobiet”. Ale niech żadne z tych zarzutów nie odwróci waszej uwagi od jednego z najważniejszych faktów w historii popkultury: w 1966 roku Al Bundy zdobył cztery przyłożenia w jednym meczu, grając w lokalnych mistrzostwach dla Polk High School Panthers kontra Andrew Johnson High School, w tym dokonując decydującego przyłożenia w ostatnich sekundach gry, pokonując przy tym swojego największego wroga Bubbę „Zapasowe Koło” Dixona. 

Wiem o tym dobrze, bo chcąc sprawdzić, jak dzisiaj – w czasach politycznej poprawności i rozliczania się ze starszymi dziełami popkultury – radzi sobie humor ze Świata według Bundych, obejrzałem kilkadziesiąt godzin ich przygód; dobitną antytezę sukcesu, szczęścia i wzajemnego szacunku.

Serial zadebiutował 5 kwietnia 1987 na kanale telewizji FOX i był ich pierwszym live-action sitcomem, emitowanym w godzinach największej oglądalności stacji (w Polsce swoją premierę miał 2 września 1996 roku). Początkowo całość miała nazywać się Not The Cosbys, by od razu podkreślić przeciwieństwo obrazu wspierającej się szczęśliwej rodziny. Tyle że Married... with Children (oryg. tytuł) szedł dalej; nie tylko deptał wszelkie rodzinne wartości, ale też ukazywał Stany Zjednoczone (akurat za rządów Ronalda Reagana) jako miejsce pełne niechęci, kombinowania na granicy prawa, nierówności społecznych, seksizmu i mizoginii – wszystko to zmieniając w ociekające czarnym humorem uszczypliwości, jakimi nawzajem obdarowywały się postaci na ekranie. Twórcy, Michael G. Moye i Ron Leavitt, dali telewizji coś, czego wtedy po prostu nie było – żart z amerykańskiego snu o dostatku i powodzeniu.

Oczywiście ta ekipa indywiduów nie przypadła wszystkim do gustu. Oprócz niepochlebnych recenzji części krytyków, w 1989 roku jedna z mieszkanek stanu Michigan zaczęła zasypywać swoimi listami reklamodawców, domagając się zdjęcia programu z anteny. Tym samym stanęła na czele protestu konserwatystów broniących „amerykańskich wartości”. Jednak medialne zamieszanie wokół serialu jedynie wzmogło jego popularność, a ekipa produkcyjna postanowiła raz w roku wysyłać swojej zagorzałej przeciwniczce kosz owoców.

Ed O'Neill przy okazji 25. rocznicy serialu wspomniał, jak na początku nie dawał szans temu projektowi – był przekonany, że razem z pozostałymi aktorami są dla stacji FOX jak żołnierze zdobywający plaże, którzy idą na pierwszy ogień. W istocie serial anulowano dopiero w 1997 roku, po 11 sezonach, w trakcie których nakręcono 259 odcinków. Podobno decyzja stacji była dużym zaskoczeniem dla aktorów, którzy nie zostali o niej wcześniej poinformowani. Rodzina Bundych nigdy nie dostała swojego pożegnalnego odcinka. 

Konsekwencją ogromnego sukcesu serialu w Stanach było kręcenie własnych jego wersji w innych krajach (np. w Armenii, UK, czy w Niemczech) lub produkcji czerpiących inspiracje, jak chociażby emitowany od 1999 roku Świat według Kiepskich.

BUNDY FOREVER

To co najbardziej ujęło mnie w oryginale, który niewątpliwie dla wielu jest teraz niestrawnym i obraźliwym reliktem z poprzedniego wieku, to jego… szczerość w ukazywaniu niedoskonałości świata, naszych relacji i postaw oraz wyśmiewanie ich – podkręcając czarny, nieraz prostacki humor do maximum. 

Tak, w serialu znajdziecie żarty z klasy społecznej, podziału ról małżeńskich, życia w rodzinie, ludzi z nadwagą, feminizmu, seksizmu, mizoginii, nieraz homofobii a już na pewno ze stereotypu toksycznej męskości – jednak nie wolno nam zapominać, że wszystko to pochodzi od postaci celowo wykreowanych na antybohaterów, przeważnie pokazujących, jakimi mamy nie być. Ale jest w tym coś jeszcze. 

Zanim w telewizji pojawili się Bundy, Stany Zjednoczone zdążyły się już przyzwyczaić do modelu doskonałej amerykańskiej rodziny żyjącej w pastelowym domku na przedmieściach: z parującym ciastem na stole, dobrze zarabiającym i zadowolonym mężem, uśmiechniętą od świtu i zawsze umalowaną żoną i zdrowymi radosnymi dziećmi jeżdżącymi na rowerach po bezpiecznej okolicy. Wraz z Bundymi Ameryka zgodziła się na to, by spojrzeć w twarz rzeczywistości, godząc się z diagnozą: „nie jesteśmy idealni”.

ON

Ed O'Neill na castingu (grający Ala Bundy'ego) podobno miał tę rolę już w chwili, gdy poproszono go o pokazanie, jak wraca z pracy. Aktor stanął przed drzwiami, głęboko westchnął i opuścił ramiona w geście przegranej. 

Taki był właśnie Al Bundy, głowa rodziny i jej jedyny żywiciel. Na co dzień pracujący w sklepie z damskim obuwiem, przeważnie na granicy wytrzymałości, gdy kolejne niemiłe klientki wykłócały się z nim o mniejsze rozmiary butów, niż ich stopy – a on obsypywał je złośliwościami na temat ich tuszy. W wolnych chwilach preferował siedzenie na kanapie i oglądanie meczów w telewizji, picie piwa, chodzenie na kręgle lub odwiedzanie klubów ze striptizem. Ulubiony niesportowy program – „Tata psychopata”. 

Przy każdej nadarzającej się okazji wracał do historii swojej niespełnionej sportowej kariery, gdy w szkole zdobył cztery przyłożenia w jednej grze. Tak jakby to był ostatni moment jego triumfu, po którym pogodził się z życiem u boku żony – Peggy.

Al nie zarabia tyle, ile by chciał, ani tam, gdzie by chciał. Nie wraca do domu lśniącym Cadillakiem. Owoce jego lędźwi raczej na pewno nie przeskoczą do wyższej klasy społecznej. Władza i wielkie pieniądze, które w amerykańskiej rzeczywistości są synonimem spełnionej męskości, na zawsze będą poza jego zasięgiem. Pozostaje mu jedynie borykać się z prozą życia w klasie średniej.

ONA

Katey Sagal, grająca żonę Ala, miała być pomysłodawczynią wyglądu Peggy – nawiązującego do wizerunku amerykańskich gospodyń domowych z lat 60. Z tym że jej postać prawie nic nie wiedziała o prowadzeniu domu – nie gotowała, nie sprzątała, nie zajmowała się dziećmi. Kiedy nawet już próbowała, często robiła to metodą prób i błędów, a jej nagła zmiana zachowania wprawiała resztę domowników w osłupienie i brak akceptacji. Najwięcej czasu spędzała na kanapie, podjadając schowane przed resztą domowników czekoladki, oglądając talk-showy.

Peggy jest przedstawicielką jednego z ostatnich pokoleń, w których kobieta pozostająca w domu realizowała powszechnie przyjęty schemat ról społecznych; mimo że niektóre z jej koleżanek z tego schematu już wyszły — pracując i cieszą się niezależnością finansową. Peggy cierpliwie znosi seksistowskie komentarze męża, jego lenistwo, permanentną niechęć do seksu, bezskutecznie strojąc się dla wybranka i dbając o linię. Pozostaje wierna mężowi, zostaje przy rodzinie, która w gruncie rzeczy jest dla niej ważna.

DZIECIAKI

Ich pierwsze dziecko, córka Kelly (Christina Applegate) co chwila miała innego partnera  i ucieleśniała wszystkie stereotypowe kawały o głupich blondynkach. Jej młodszy brat Bud (David Faustino), który swoje imię miał dostać po ulubionym piwie ojca – Budweiser – był wiecznie napalonym, niespełnionym w relacjach z kobietami nastolatkiem, który sam sobie wymyślił ksywkę „Wielki Mistrz B”, żeby nabierać podrywane dziewczyny na to, że w rzeczywistości jest gangsta-raperem. 

Dziewczynie jak wielu jej rówieśnicom wydaje się, że komplementy napalonych kolegów dowartościują jej ego i wpłyną na jej status wśród koleżanek, a Bud ma kompleksy i wybujałe ego. Dość typowe — jak przystało na trudny okres dojrzewania.

No i był jeszcze pies Buck – najsprytniejszy z całej rodziny.

ONI

Ich perypetiom często towarzyszyli też sąsiedzi: Marcy Rhoades (Amanda Bearse), wiecznie wyśmiewana przez Ala feministka i zaradna kobieta oraz jej pierwszy mąż – Steve (David Garrison), bankier niższego stopnia, który ostatecznie uciekł, by zostać strażnikiem parku oraz jej drugi wybranek serca – Jefferson (Ted McGinley), leń i manipulant.

WSZYSCY 

Patrzą przez okna na zmieniający się świat i nie wierzą, że te zmiany mogą ich dotyczyć, bo utknęli w swojej klasie społecznej i po uronieniu jednej łzy nad byciem pominiętym przez lepszy los, rozsiadają się na kanapie z talerzem frytek. Chociaż sprawiają wrażenie, że są ze sobą jak za karę – kiedy któremuś w serialu grozi prawdziwe niebezpieczeństwo, reszta rusza na pomoc.

Wydaję mi się, że prawdę o tym serialu możemy zobaczyć również w różnicy pomiędzy masowym uwielbieniem widzów a ocenami krytyków. Świat według Bundych był drugim, po Słonecznym patrolu, najdłużej emitowanym serialem, któremu nie udało się zdobyć nagrody Emmy. Ta niekonsekwencja wpisuje się w długą listę przypadków, kiedy prawdę o sobie lubimy oglądać po ciemku, ale nagradzać wolelibyśmy fantazję o rzeczywistości zmyślonej.

Serial przemycał też jeszcze jedną ważną lekcję, co najlepiej oddają słowa samego Ala Bundy’ego (cytat pochodzi z odc.1, sezon 3), gdy ten po raz kolejny słyszy od kogoś, że jest nic niewart: „A więc masz mnie za nieudacznika? Tylko dlatego, że mam gównianą pracę, której nienawidzę i rodzinę, która mnie nie szanuje oraz całe miasto, które przeklina dzień moich narodzin. Cóż, może dla ciebie coś takiego jest już przegraną. Ale pozwól, że coś ci powiem. Każdego ranka, kiedy budzę się rano, wiem, że nie będzie lepiej, dopóki ponownie nie pójdę spać. Wstaję z łóżka, piję sok z proszku, jem jeszcze zimne tosty i wsiadam do samochodu, który nie ma nawet tapicerki, ani prawie paliwa, ale ma sześć dodatkowych rat do spłacenia. Tylko po to, by przedrzeć się przez uliczny korek i dostąpić zaszczytu zakładania tanich butów na kopyta takich osób jak ty. Nigdy więcej nie będę grać w piłkę, tak jak tego chciałem. Nigdy więcej nie poznam dotyku pięknej kobiety. Ale nie jestem nieudacznikiem. Pomimo wszystko, podobnie jak inni, którzy nie osiągnęli tego, czego chcieli, będę wiódł życie, którego nie chcę, pracując 48 godzin tygodniowo do końca swoich dni. I fakt, że jeszcze nie wsadziłem sobie pistoletu do ust, ty budyniowa babo, czyni mnie zwycięzcą".

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV