Boska moc techniki. Rozmawiamy z Bryanem Fullerem, twórcą serialu American Gods

Boska moc techniki. Rozmawiamy z Bryanem Fullerem, twórcą serialu American Gods Boska moc techniki. Rozmawiamy z Bryanem Fullerem, twórcą serialu American Gods

Bryan Fuller to jedno z najgorętszych nazwisk w amerykańskiej telewizji, człowiek odpowiedzialny za Hannibala czy Gdzie pachną stokrotki. Z nami rozmawia o swoim nowym dziecku - serialu American Gods opartym na bestsellerowej powieści Neila Gaimana.

Dawid Muszyński: Porwałeś się na wielką rzecz. Amerykańscy bogowie mają rzeszę wiernych fanów, która może nie zaakceptować zmian fabularnych, a przecież mogą okazać się one koniecznością.

Bryan Fuller: Podszedłem do powieści Gaimana z ostrożnością i należytym szacunkiem. Nie wychodzę tak naprawdę poza fabularne ramy książki i nasz serial zaczyna się tak samo, jak jego literacki pierwowzór. Praktycznie kropka w kropkę! Dopiero gdy zapuszczamy się głębiej w opowiadaną historię, napotykamy bohaterów, którzy w powieści odgrywają małe rólki, ale czuć, że mają potencjał. I tu zaszły pewne zmiany. Ale od razu uspokajam, że wszystkie były uzgadniane uprzednio z autorem. Ponadto tym pamiętaj, że pierwszy sezon Amerykańscy Bogowie obejmuje tylko część powieści i planujemy ją rozwijać. Dlatego zadaliśmy sobie pytanie: „Jakie rzeczy podobały nam się najbardziej i czy uda nam się pokazać je już na samym początku?”.

I udało się?

Wydaje mi się, że tak. Usiadłem z Michaelem Greenem i podzieliliśmy książkę na kilka części. Następnie zastanowiliśmy się, ile sezonów możemy nakręcić, tak, aby całość miała sens i nie wydawała się sztucznie przeciągnięta. Proces ten zrodził wiele pytań: „Jak poprowadzić opowieść w pierwszym sezonie, by niczego nie pominąć? Czy narracja, którą przyjmujemy będzie dla wszystkich zrozumiała? Czy jest sens nakręcenia więcej niż jednego sezonu? Czy ten świat kogokolwiek, pomijając fanów powieści, zainteresuje?”.

Gdy tylko ogłosiliście, że kręcicie ten serial, fani rozpoczęli swoistą licytację i zgłaszali kandydatów do ról Cienia, pana Wednesdaya i innych postaci. Braliście je pod uwagę podczas castingu?

Nie. Kompletnie się od tego wszystkiego odciąłem. Zabawne jest to, że dopiero podczas castingu zacząłem dopasowywać twarze do postaci. Zacząłem się zastanawiać, czy dany aktor pasuje do roli, którą czyta. Decyzje, jakie podjęliśmy podczas tych poszukiwań wpłynęły również na to, w jaki sposób powstawał scenariusz. Inaczej bowiem pisze się dialogi dla postaci, których wygląd jest dla nas tajemnicą, a co innego, jak mamy przed sobą konkretnego aktora. Bohater wtedy przejmuje poniekąd część jego osobowość.

Podobno już od dawna nosiłeś się z zamiarem przełożenia Amerykańskich bogów na język telewizji?

Szukałem takiego projektu od czasu zakończenia prac nad serialem Heroes. Brakowało mi historii, którą można opowiedzieć na wiele sposobów, nie trzymając się tradycyjnych konwencji. Świata wypełnionego dziwnymi postaciami, które mają jednak przed sobą jakiś określony cel. Nie chciałem kręcić pustego serialu, który cieszy tylko wtedy, gdy się go ogląda, ale coś, co zostaje z widzem na dłużej. Zmusza do refleksji, głębszego zastanowienia. Trudno jednak w obecnych czasach znaleźć stację, która da twórcom tyle swobody i postanowi zaryzykować.

Starz jednak się zgodziło i postawiło wszystko na jedną kartę.

To dlatego, że podeszli do naszego projektu jako fani, a nie biznesmeni. Oni kochają książkowy pierwowzór. Widzą potencjał, jaki się w nim kryje. Wiedzą, że można zrobić z tej powieści ambitny serial, który ludzie będą chcieli co tydzień oglądać. Dodatkową zachętą było ściągnięcie na pokład autora powieści, Neila Gaimana, który pilnował byśmy zbytnio nie poszaleli z jego dziełem.

Nie jest to serial łatwy w realizacji.

Bardzo drogi, prawda. Ale to dlatego, że odbiega od innych seriali stacji. Akcja nie dzieje się w jednym miejscu, mamy do czynienia z opowieścią drogi, co znaczy, że co chwilę zmieniamy lokalizację na inną. Żadna z nich nie jest do siebie podobna, a to z kolei generuje koszty. Trudna jest też logistyka, przenoszenie sprzętu, budowa scenografii. To ogromne przedsięwzięcie, które jednak procentuje. Zresztą widziałeś kilka odcinków, więc wiesz o czym mówię.

amerykańscy bogowie - zdjęcie bohaterki
źródło: Starz

Książka została wydawana w 2001 roku. Świat zmienił się przez te szesnaście lat. Ciężko było to uwzględnić w scenariuszu?

Nie bardzo. Neil w swojej powieści przewidział rozwój techniki i jej znaczenie dla społeczeństwa. Jedyne, co tak naprawdę się zmieniło to jej wszechobecność i perwersyjne skłonności ludzi do wykorzystywania owych nowinek. Ale masz rację, minęło szesnaście lat i pewne zmiany były koniecznie. Największa to zwiększenie roli Techno Chłopca, który w książce był postacią bardzo zmarginalizowaną. Zmianie uległ tez jego wygląd. W książce to taki powolny grubasek, my zrobiliśmy z niego pewnego siebie mężczyznę, trochę wzorując się na Matrixie.

Ludzie nie są w stanie obecnie żyć bez technologii?

Tak mi się wydaje. Rozejrzyj się. Każdy w kieszeni ma smartfon, przez który komunikuje się z innymi, randkuje, zamawia jedzenie, umieszcza zdjęcia i filmiki z każdego ważnego wydarzenia w swoim życiu. Jeśli istniałby Bóg nowej technologii, większość młodszego pokolenia miałaby w domu jego figurkę. Ale nie mogę narzekać, bo sam sporo zyskałem dzięki temu rozpędowi technicznemu.

Jak to?

Najlepszym przykładem jest właśnie nasz serial, za globalną dystrybucję którego odpowiada Amazon. Tego samego dnia w dwustu krajach na całym świecie, w tym w Polsce, odbędzie się premiera naszego serialu. Wystarczy, że jedna osoba wyda dyspozycję i miliony ludzie będą mogły oglądać American Gods. Telewizor jako narzędzie nie jest już potrzebny. Obejrzysz go na laptopie, komórce, tablecie. To znacząco ułatwi sprawę dystrybucji i zmniejsza jej koszty, sprawiając tym samym, że tacy ludzie jak ja mają większe możliwości w realizowaniu ciekawych projektów.

A co z Hannibalem?

Na razie liczą się dla mnie American Gods i praca nad kolejnym sezonem. Jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie na serio chciał kontynuować Hannibala, rozważę tę propozycję. Na razie mam nowe „dziecko”!

Jak pracowało się z Neil Gaiman?

Fenomenalnie. Zabierając się za ten projekt nie wiedziałem, ile osób z mojej ekipy to fani jego twórczości, a w szczególności tej powieści. Każdy aktor, nawet Ian McShane, przyszedł na plan ze swoim egzemplarzem i poprosił o autograf!

Neil nie miał nic przeciwko podpisywaniu książek na planie?

Nie wyglądał na wniebowziętego, ale nigdy nikomu nie odmówił. To super gość. Choć bardzo surowy, jeśli chodzi o ekranizacje swojej pracy. Niekiedy musieliśmy ostro negocjować zmiany w scenariuszu. Nie zawsze wygrywałem (śmiech).

 

Źródło: zdjęcie główne: Starz

 

 

Co o tym sądzisz?

Z dniem 15.05.2019 dokonamy migracji systemu komentarzy. Nowy system komentarzy pozwoli nam m.in. rozwinąć funkcje, których nie możemy uzyskać w Disqus, zwiększy bezpieczeństwo strony i przyspieszy czas jej ładowania. W związku z tym wymagana jest Państwa zgoda na przeniesienie Państwa komentarzy do nowego systemu i powiązania go z Państwa kontem w serwisie naEKRANIE.pl. Prosimy o zalogowanie się na wszystkie konta disqus, z których Państwo korzystacie i powiązanie ich z naszym serwisem. W przypadku braku udzielenia tejże zgody, Państwa komentarze w dniu uruchomienia nowego systemu komentarzy przejdą proces zmiany na anonimowe. Proszę kliknąć tutaj, aby wyrazić zgodę i powiązać to konto.

Jeżeli posiadasz oddzielne konto w serwisie disqus kliknij tutaj, aby je powiązać

UWAGA: Ten komunikat będzie się pojawiał aż do momentu uruchomienia systemu nowych komentarzy niezależnie od tego czy wykonasz powyższe instrukcje czy nie.

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV