Repertuar kin Nowość Program TV

Tacy Mściciele tylko w animacji. Czy warto obejrzeć Avengers: Potęga i moc?

W okolicach premiery widowiska Avengers: Infinity War w polskiej wersji Netflixa pojawiły się wszystkie odcinki kreskówki o drużynie Mścicieli. Sprawdzam, ile potęgi i mocy pozostało w tym serialu dzisiaj.

Pod wpływem bezgranicznego szału na Wojnę bez granic, miałem ochotę przedłużyć kinowe doświadczenie i spędzić z Avengersami trochę więcej czasu. Podskoczyłem z ekscytacji, gdy na głównej stronie Netfliksa ujrzałem świeżo dodane Avengers: Potęga i moc. Zdarzyło mi się natrafić w telewizji na kilka przypadkowych odcinków tego serialu i pamiętam spore wrażenie, jakie na mnie wywarł.

Avengers: Potęga i moc powstało jeszcze zanim Marvel zaczął kierować swoje animacje do najmłodszych odbiorców i miał trochę bardziej inkluzywną politykę. Nie wyobrażajcie sobie przypadkiem, że Avengers zaprezentowani w tej kreskówce borykali się z moralnymi dylematami i kryzysami tożsamości! Tak czy siak, przynajmniej nie zachowywali się jak pajace, które zwykło się wynajmować na kinderbale.
Byłem ciekawy, jak na ten sam serial spojrzałbym dzisiaj i czy mojej nader pozytywnej opinii o serialu nie potęgował sentyment.

Nie będę przeciągał — potęgował

Moja wątpliwej jakości pamięć wyparła kilka bolączek animowanych Avengersów, ale większość z nich potrafię uzasadnić. Zdarzały się odcinki napisane na tyle dobrze, że nie było mocnych i musiałem odpalać kolejny. Niemniej w większości przypadków, cała intryga rozgrywa się w ramach pojedynczego dwudziestominutowego epizodu. Jak to w proceduralach bywa, gdzieś tam nad wszystkim unosi się większa historia spajająca niektóre pomniejsze wątki. W pierwszym sezonie cała jej głębia polega na „Och nie, z więzienia wydostali się najgroźniejsi superzłoczyńcy! Musimy się zjednoczyć, bo tylko w ten sposób…” i tak dalej. Drugi sezon był już nieco bardziej złożony, ponieważ bohaterowie działali na kosmiczną skalę i wpadli w sam środek konfliktu między Skrullami a Kree, a na domiar złego co jakiś czas Ziemię dopadał Kang Zdobywca. W ogóle Ziemia miała przerąbane i w każdym odcinku była na krawędzi kataklizmu.

Śmieję się, kiedy to jest prawdziwy wyczyn, opowiedzieć tyle klasycznych przygód Mścicieli i zaprezentować tak wiele postaci ze świata Marvela w ramach tak krótkiego metrażu! Do tego poszczególni superbohaterowie i ich relacje w ekipie zmieniają się, a w składzie Avengers wciąż dochodzi do przetasowań — ktoś odchodzi, by na jego miejsce dołączał nowy bohater. To może nie jest poziom Young Joustice, ale cieszyły mnie wszystkie wymiany zdań w kwaterze. Stanowczo brakowało mi większej liczby scen z Mścicielami po godzinach, bo oglądanie, jak Hawkeye byczy się na leżaku, podczas gdy Cap nieustannie zasuwa w sali treningowej, interesuje mnie o niebo bardziej, niż choćby najbardziej widowiskowa akcja.

Początkowy skład Avengers odpowiada temu z klasycznych komiksów

Liderem drużyny jest Iron Man. Problem kreskówkowego Starka polega na tym, że ta niejednoznaczna postać w toku całego serialu praktycznie się nie rozwinęła i nie zaliczyła po drodze choćby jednej wtopy. Przeciwnie! Tony jest tutaj spoiwem całego zespołu, opoką niewrażliwą na jakiekolwiek wewnętrzne roszady. Zapamiętałem jeden odcinek, w którym Stark bez skrupułów zwolnił wieloletniego pracownika, ale ostatecznie wyszło na to, że całe zwolnienie było tylko nieporozumieniem, Stark miał zapewnić pracownikowi jeszcze lepszą posadę i tak właściwie w całej sytuacji to pracownik był stroną, która zawiniła i to jemu należało się kolektywne manto od Iron Mana i całej jego drużyny.

Tony Stark jest szpanerem i luzakiem, ewidentnie jego postać opiera się na kreacji RDJ. Animatorzy naśladują nawet charakterystyczne ujęcia na twarz Tony’ego wewnątrz hełmu Iron Mana. Jednak bez imprezowania, jakby miało nie być jutra, zamiłowania do whisky i przynajmniej jednej kobiety w każdym porcie postać Tony’ego wiele traci. Oczywiście przesadzam i nie oczekiwałbym podobnych motywów w kreskówce, ale życzyłbym sobie więcej beztroski czy megalomanii ze strony lidera Mścicieli. Kreskówkowy Iron Man padł ofiarą konwencji i w efekcie stał się po prostu nudny.

Dziwnie oglądało mi się klasycznego, poważnego jak sama śmierć Thora. Obecnie zarówno komiksowy Odinson za sprawą genialnej serii Jasona Aarona, jak i filmowy bóg piorunów (dzięki Ragnarokowi i trzecim Avengersom) stali się najfajniejszymi wersjami samych siebie. Nie wiem, czy porównywanie do nich kreskówkowego Thora jest w ogóle fair. Moim zdaniem nie, bo Thor, którego poznajemy w kreskówce, to po prostu wierna adaptacja klasycznego, komiksowego wizerunku bez żadnej wartości dodanej.

Ta sama wierność materiałowi źródłowemu fajnie odbiła się na postaci Hanka Pyma. Jest równie niestabilny emocjonalnie, jak jego literacki odpowiednik. Poważnie się zastanawiałem, czy w pewnej scenie twórcy nie pójdą na całego i Hank nie przywali Janet.

Trudno ich serialową relację nazwać romansem — jak przystało na kreskówkę dla edgy nastolatków, związki są dla frajerów i jeżeli bohaterowi przytrafiłoby się to haniebne nieszczęście zbudowania relacji emocjonalnej z płcią przeciwną, cały romans musi być zatem sprowadzony do półsłówek i niedopowiedzeń.

Wasp (bo autorzy dubbingu nie postradali zmysłów i nie tłumaczyli jej pseudonimu) jest w Potędze i mocy postacią zaskakująco prominentną. Byłem zaskoczony, że bohaterka o aparycji drobnej nastolatki, której zdolnością jest zmniejszenie się do rozmiarów owada, budzi wśród wrogów taki przestrach i o dziwo ich groza jest jak najbardziej uzasadniona! Janet jest najbardziej rozwiniętą bohaterką w całej kreskówce, co równie dobrze możecie odczytywać jako: „pozostałe bohaterki są niedorozwinięte”. To wielka szkoda! Czarna Wdowa wprawdzie pojawia się w kilku odcinkach, ale jest zmarginalizowana i sprowadzona do roli, cóż, Czarnej Wdowy — podwójnej agentki, która na szczęście gdzieś po drodze zgubiła swój irytujący akcent, ale podtrzymuje krzywdzący stereotyp, że niby rude jest wredne, i nie wstępuje w szeregi Avengers.

Avengers: Potęga i moc
fot. materiały prasowe

Jedna postać wypadła kapitalnie

W drugim sezonie do ekipy dołącza jeszcze Miss Marvel (czyli obecna Captain Marvel) i cóż… Była stanowczo kobietą czynu. Wychowanie żołnierskie, dyscyplina żelazna, charakteru za grosz.

Za to największe wrażenie wywarł na mnie Kapitan Ameryka i to pomimo tego samego wychowania i jeszcze twardszej dyscypliny. W przeciwieństwie do Iron Mana, który ucierpiał wrzucony w konwencję pompatycznej kreskówki, Steve Rogers odnalazł się w niej jak ryba w wodzie. Scenarzyści wprowadzali go niespiesznie. Najpierw, w jednym z pierwszych odcinków, próbowali nabrać widzów, że Cap i Bucky zginęli na froncie II Wojny Światowej. Dalej, w ramach kolejnych odcinków, dostawaliśmy kolejne sygnały, że Kapitan Ameryka (a to ci niespodzianka!) tak naprawdę zapadł w wieloletnią hibernację i jak tylko wrócił do żywych, dołączył do Avengers.

Mało tego! W drugim sezonie, pod Kapitana podszywa się Skrull. Fałszywy Kapitan Ameryka zachowuje się toczka w toczkę jak Kapitan Hydra z niedawnej historii Secret Empire i tak jak on rujnuje reputację Stevena Rogersa.

Tymczasem prawdziwy Kapitan przebywa na jednym ze statków kosmicznych Skrulli i pomimo więzienia i tortur nie traci siły ducha. Gdy tylko nadarza się okazja, wymyka się z celi, inspiruje więzionych superzłoczyńców do współpracy, podnosi jakąś pokrywkę z kosza na śmieci i znów staje się Kapitanem Ameryką! To jeden z najmocniejszych odcinków w całym serialu, przepięknie prezentuje ideę Kapitana.
Mało tego — jak już Kapitan powraca na swoje miejsce, zupełnie jak we współczesnych komiksach, Bogu ducha winien patriota musi kroczek po kroczku odbudowywać utracone zaufanie. Dodać do tego klamrę w postaci powrotu (znów- niespodzianka!) Bucky’ego jako Zimowego Żołnierza, a otrzymujemy doprawdy satysfakcjonującą ścieżkę rozwoju superbohatera.

Bromance

Podobny potencjał miał Hulk i wiecznie zaszczuty Bruce Banner, jak dla mnie inspirowany postacią graną przez Edwarda Nortona. Niestety, wątek zielonego olbrzyma dobrze działa do momentów, kiedy Hulk bez zarzutów sprawdza się w drużynie oraz do momentów, kiedy stwierdza, że to jednak nie to, nikt mu nie ufa i musi ruszyć swoją drogą. W pewnym momencie jego wątek do reszty się urywa, ale na szczęście dochodzi do małej rehabilitacji, przez którą myślę o jego występie trochę cieplej. Reasumując, kreskówkowy Hulk jest pociesznym misiakiem, który z jakiegoś powodu co jakiś czas przechodzi przez fazy emo, maluje paznokcie na czarno i ucieka z domu.

Hulk szczególnie fajnie wypada w interakcjach z Hawkeyem. W ogóle, dołączeniu do zespołu jednemu z panów towarzyszył tekst: „jeżeli nie przyjmiecie jego, to ja rezygnuję”. Nie pamiętam, który z nich to powiedział, bo podobna sytuacja mogła dotyczyć obu superbohaterów. Clint Burton być może nie zamienia się w nadpobudliwego olbrzyma, ale debiutuje jako typ spod ciemnej gwiazdy, stanowczo zbyt cool, żeby dołączać do Avengers, czy obawiać się nacierającego na niego Hulka.

Mam wielką słabość do tej postaci i życzyłbym sobie serialu opartego na komiksach Fractiona. Kreskówkowy Clint nie jest aż tak interesujący, ale i tak wypada okej. W przeciwieństwie do filmów, jego rola w drużynie nie sprowadziła się z żartu, że z Avengersami biega jakiś koleś z łukiem i strzałami. Przeciwnie, kreskówkowy Hawkeye jest skuteczny, nie ustępuje skutecznością kolegom z drużyny i nawet dostał swój moment absolutnej chwały, kiedy to jego celne trafienia ocaliły cały układ słoneczny! Czułem się jak ojciec najbardziej ciapowatego syna, który jakimś zrządzeniem losu gra na meczu szkolnej drużyny, zdobywa decydujący punkt, a ja zrywam się z dumą z krzesła i z satysfakcją zerkam na otwarte usta niedowiarków.

Moc superbohaterów

Oglądanie Potęgi i mocy w czasie jej emisji musiało być świetnym doświadczeniem. Już wówczas w drużynie znalazł się Black Panther, a sporadycznie pojawiały się takie postaci jak Spider-Man, Mar-Vell, Strażnicy Galaktyki, Fantastyczna Czwórka, Luke Cage i Iron Fist, Samuel Samson, Falcon, a nawet gdzieś tam mignął Wolverine!

Gościnne występy sprawiały wrażenie, że obcuję z tym samym światem, co w komiksach. Kostiumy odpowiadają komiksowej estetyce, a opowiedziane historie to mniej lub bardziej wierne animowane adaptacje klasycznych komiksowych przygód. Zresztą w tym ostatnim względzie, czyli postrzeganiu tego serialu w ramach adaptacji klasycznych komiksów, kryje się największa moc kreskówki.
Stare komiksy mają to do siebie, że ich narracja nie zestarzała się zbyt godnie i doświadczenie tych samych (czy raczej podobnych) historii w formie serialu animowanego jest niezłą alternatywą. W mojej opinii nieco atrakcyjniejszą, a już na pewno przystępniejszą — zwłaszcza teraz, kiedy wszystkie odcinki można obejrzeć na Netfliksie!

Czujcie się ostrzeżeni, to jest przede wszystkim kreskówka dla nastolatków i do jej niektórych elementów trzeba podejść z dozą wyrozumiałości.
Odczułem zawód, kiedy przez cały odcinek Kang zamiatał Avengersami podłogę, ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że jeszcze w ciągu tego samego odcinka bohaterowie jakoś się wykaraskają i pokonają najeźdźcę z przyszłości. Z drugiej strony, jakby nie patrzeć, serial nieźle przedstawia, o co chodzi z tym całym Kangiem i dlaczego byłby ciekawym następcą filmowego Thanosa.

Niestety, nie wszystkie wątki serialu doczekały się godnego domknięcia. Na niektóre ewidentnie nie starczyło czasu. Trudno mi winić twórców. Kreskówka zaczęła powstawać jeszcze zanim Disney wykupił Marvela. Po globalnym sukcesie pierwszego filmu z Mścicielami pojawiły się głosy, że po zakończeniu drugiego sezonu, Potęgę i moc czeka anulowanie, żeby zrobić miejsce kolejnemu serialowi o tej samej drużynie, ale już produkowanemu przez Disneya. Ten faktycznie ukazał się pod tytułem Avengers: Zjednoczeni i znacznie odbiegał stylistyką od kreskówki, o której opowiadam. Być może nadarzy się okazja, żeby omówić także tamto podejście, ale to byłoby z mojej strony spore poświęcenie — o ile w Avengers: Potęga i moc zdarzały się fabularne głupotki, jego sukcesor był kierowany to innego, znacznie młodszego odbiorcy.

Żeby nie puentować całego artykułu rzewnymi refleksjami, na koniec podam Wam kilka moich ulubionych odcinków Avengers: Potęga i moc.

S1:O6,7 — świetny pojedynek z Gravitonem i pierwsze zjednoczenie Mścicieli. Warto dla Giant Mana!

S1:O12 — adaptacja Gamma World, oglądałem na świeżo po seansie Anihilacji i byłem zaskoczony, ile wspólnego mają obie produkcje. Bohaterowie włażą do środka radioaktywnej kopuły, wewnątrz której ludzie zamieniają się w mutantów.

S2:O5 — odcinek fajnie przedstawia historię Scotta Langa. Do tego w w drugim planie pojawiają się Heroes for Hire!

S2:O10 — brodaty Cap na statku Skrulli.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe
 

 

Najlepsze z 24h

Michalina Reda
-

Najlepiej zarabiające aktorki 2018 roku

Magazyn Forbes przygotował zestawienie najlepiej zarabiających aktorek tego roku, uwzględniając ich zarobki z minionych 12…

Piotr Piskozub
-

Avengers: Wojna bez granic – wątek…

Bracia Russo wypowiedzieli się na temat wątku Thora w filmie Avengers: Wojna bez granic, sugerując,…

Piotr Piskozub
-

Bracia Russo znów trollują. Ujawnili poetycki…

Bracia Russo ponownie postanowili strollować fanów czekających na ujawnienie prawdziwego tytułu filmu Avengers 4.

Piotr Piskozub
-

Tom Hardy jest zmęczony aktorstwem. Rozważa…

W jednym z ostatnich wywiadów na temat filmu Venom wcielający się w tytułową postać Tom…

Piotr Piskozub
spoilery
-

Ant-Man i Osa – dlaczego to…

Reżyser filmu Ant-Man i Osa, Peyton Reed, zabrał głos na temat sceny po napisach ze…

Wiktor Fisz
-

TOP 10: Najciekawsze role Roberta De…

Z okazji 75. urodzin (tak, to już tyle!) aktora przygotowaliśmy zestawienie najlepszych naszym zdaniem ról…

Co o tym sądzisz?