Avengers: Wojna bez granic: najlepszy film MCU czy przystawka przed Endgame?

Avengers: Wojna bez granic: najlepszy film MCU czy przystawka przed Endgame? Avengers: Wojna bez granic: najlepszy film MCU czy przystawka przed Endgame?

Avengers Wojna bez granic oraz Koniec gry pod względem fabularnym stanowią jedność. Niemniej mamy tutaj do czynienia z dwoma osobnymi filmami, które na dodatek posiadają odmienną stylistykę. Czy da się te obrazy porównać i wyłonić ten lepszy?

Pamiętacie początek 2018 roku, kiedy wszyscy zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądać długo oczekiwana konfrontacja członków Avengers z Thanosem? Fani Marvela i osoby z branży popkulturowej prześcigały się w dywagacjach i hipotezach na temat nadchodzących wydarzeń. Pompowaliśmy balonik, który w momencie premiery Avengers: Wojna bez granic imponował rozmiarem. Oczekiwania były tak wielkie, że nie każdy wyszedł z kina w pełni usatysfakcjonowany. Mimo że dostaliśmy jeden z najlepszych blockbusterów naszych czasów, część widzów chciała więcej. „Dopiero po obejrzeniu całości, będziemy w stanie ocenić finał Sagi Nieskończoności” - dało się słyszeć z popkulturowych zakątków całego świata. Koniec gry nadszedł w 2019 roku i dosłownie rozbił bank. Widzowie pokochali ten obraz, mimo że posiadał przecież wiele wad. Koncept podróży w czasie i bitwa z udziałem wszystkich najważniejszych herosów MCU wystarczyły, by Endgame został okrzyknięty blockbusterem wszech czasów. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam ten film. W świetle jego sukcesu przygasła jednak nieco gwiazda Wojny bez granic. Czy po zakończeniu całej sagi, pierwsza część finału zajmuje należne jej miejsce w panteonie Kinowego Uniwersum Marvela?

Niby jedna całość, a tak różne filmy. Wojna bez granic i Koniec gry mają nie tylko odmienną estetykę, ale też różny klimat i charakter. Akcenty fabularne również postawiono w odrębnych miejscach. W pierwszym z filmów na głównym planie znajduje się antagonista – Thanos. Twórcy zgłębiają jego osobowość, pokazując go w sposób niejednoznaczny. W Endgame jest to już tradycyjny villain o cechach charakterystycznych dla dziesiątek popkulturowych czarnych charakterów. W Infinity war pierwsze skrzypce odgrywa akcja i jej tempo. Endgame natomiast nostalgią stoi. Preludium filmu było tak stonowane, że niektórzy widzowie podczas seansu przecierali oczy ze zdziwienia. To produkcja Marvela czy może artystyczny serial HBO opowiadający o radzeniu sobie ze stratą bliskiej osoby?

Finalnie jednak Endgame zatriumfował. Samonapędzająca się machina promocyjna sprawiła, że na obraz wybrały się do kin osoby, które do tej pory niewiele miały wspólnego z estetyką komiksową. To właśnie dzięki szerokiej widowni produkcja odniosła sukces komercyjny. Miłośnicy MCU mają oczywiście swoje ulubione filmy powstałe w ramach uniwersum, jednak dla zwykłego widza Marvel to Avengers: Koniec gry. Marketing zadziałał tak dobrze, że film w kinie zobaczyli również ludzie, którzy nie znali wcześniejszych obrazów, w tym właśnie Wojny bez granic. Była to o tyle kuriozalna sytuacja, że przecież bez znajomości starszych obrazów Marvela trudno zaczerpnąć pełnię satysfakcji z oglądania Endgame. Jak już to zostało wielokrotnie napisane i powiedziane, Avengers 4 jest niczym wycieczka po fabryce czekoladek, gdzie na każdym kroku czekają nasze ulubione łakocie. Siła nostalgii okazała się tak duża, że zarówno branżowe media, jak i fani Marvela byli bezradni wobec oddziaływania tego obrazu. Publika uznała Endgame za produkcję lepszą od Wojny bez granic. Dobrze widoczne jest to zarówno na Rotten Tomatoes, jak i w wielu innych opiniotwórczych rankingach filmowych. Czy na taki stan rzeczy ma wpływ właśnie nostalgia? A może fakt, iż jest to zwieńczenie ważnego etapu, odgrywa najistotniejszą rolę?

Wojna bez granic nie jest obrazem gorszym od Endgame. Według niektórych krytyków brak mu jednak pewnego novum w formule, pozwalającego zostać zapamiętanym na kolejne lata. Koniec gry, dzięki retrospektywnym podróżom bohaterów miał ten unikatowy pierwiastek. Również szalona bitwa finalizująca przygody naszych herosów stanowiła coś, czego w kinie jeszcze nie było. Koniec gry, mimo nagromadzenia wątków, dużej ilości postaci i dobrego tempa akcji trzyma się raczej klasycznych form. Ot, blockbuster jakich wiele, gdzie na pierwszym planie znajdują się widowiskowość i efekty specjalne. Porównując koncepcje fabularną Infinity war z Endgame, rzeczywiście widać przewagę tego drugiego obrazu. Patrząc głębiej, trudno nie zauważyć licznych zalet pierwszego filmu. Dzięki nim staje się on wyjątkowy, szczególnie na tle innych współczesnych superprodukcji.

Każdy fan Wojny bez granic ma w nim swoje ulubione aspekty. Dla mnie najistotniejsze jest tempo akcji, a w zasadzie rytm, który film utrzymuje praktycznie do samego końca. Wydarzenia zostają wprawione w ruch już na statku Asgardu. Przez całą długość obrazu akcja zwalnia tylko w paru miejscach. Twórcy fundują nam kilka refleksyjnych chwil w trakcie randki Wandy i Visiona. Nieco czasu na rozwój postaci dostaje Thanos, zatrzymujemy się również przy Peterze i Gamorze. Wszystko to ma oczywiście uzasadniony cel fabularny. Powyższe postacie odgrywają kluczowe role w opowieści i przejście obok nich bez chwili zastanowienia byłoby nierozsądne. Poza tym trwa to zaledwie moment. Po chwili, obraz znów nabiera prędkości, aż do ostatnich minut, kiedy podniosła muzyka niespodziewanie znika, a w jej miejscu pojawiają się zaskoczenie i niepokój. Czy widzowie byli gotowi na zabieg zafundowany im przez twórców w końcówce? Ci, którzy czytali komiks pod tytułem Rękawica Nieskończoności z pewnością czuli już pismo nosem i spodziewali się takiego zakończenia. Pozostali zapewne zostali wbici w fotel. Szczególnie fani uniwersum, którzy byli związani z wykreowanymi postaciami w sposób emocjonalny, nie mogli uwierzyć w to, że ich ulubieni herosi nagle przestali istnieć. Do dziś wspominam ciszę w kinie, gdy poszczególne postacie rozpływały się w powietrzu. Robiło to olbrzymie wrażenie, mimo że nikt nie miał wątpliwości, iż w kolejnej części nasi ulubieńcy powrócą cali i zdrowi. Warto też wspomnieć o Gamorze, Lokim i Visionie, którzy stracili życie przed pstryknięciem Thanosa. Śmierć każdego z tych bohaterów był również szokujący. Ciekawe jak twórcy rozwiążą kwestie ich nowych wersji w kolejnych filmach MCU. Czy zajmą oni miejsce swoich odpowiedników (Loki stanie się dobry, a Gamora zwiąże się z Peterem)? A może jednak pójdą inną drogą. 

Avengers: Wojna bez granic to idealnie skonstruowany film akcji. Wspomniany wcześniej rytm staje się środkiem narracyjnym. Prowadzi on nas od walki do walki. To właśnie superbohaterskie starcia stanowią meritum fabuły. Thanos kontra Hulk na statku kosmicznym to zaledwie prolog. Akcja rozpoczyna się od ataku Ebony'ego Mawa i Cull Obsidiana na Doktora Strange’a. Po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć nowy kostium Starka i jego interakcję ze strażnikiem kamienia czasu. Później przenosimy się do Szkocji, gdzie pojawia się Kapitan Ameryka oraz jego imponująca broda. Następnie dostajemy krótkie, ale za to niezwykle zabawne starcie pomiędzy Strażnikami Galaktyki oraz częścią Avengers. Dalej akcja prowadzi nas do głównego dania. Bitwa w Wakandzie i pojedynek na Tytanie toczą się równocześnie. O ile scena batalistyczna mogłaby zostać nieco lepiej poprowadzona, to już Thanos kontra Stark i jego ekipa to istny majstersztyk. Dla fana komiksów starcie stanowi spełnienie dziecięcych marzeń. Wreszcie udało się wprowadzić do kinematografii esencję superbohaterskich walk z opowieści obrazkowych. Temat ten został oczywiście świetnie rozwinięty podczas ostatecznej bitwy w Endgame, ale to właśnie Wojna bez granic z niezwykłą lekkością pokazała szerokiej widowni to, co od dziesiątek lat fascynuje miłośników komiksów.

Kolejną wspaniałą rzeczą, która tak dobrze wybrzmiała w Wojnie bez granic, są interakcje pomiędzy bohaterami. Czekaliśmy bardzo długo na spotkanie Tony’ego Starka ze Star-Lordem czy Thora z Rocketem i właśnie w tym filmie to otrzymaliśmy. Koniec gry również wypełniono smaczkami związanymi z konfliktami charakterów poszczególnych herosów, ale efekt był już zupełnie inny niż w Infinity War. To właśnie w tym filmie wybrzmiało w pełni coś, co wprowadzono po raz pierwszy w Avengers czy później w Wojnie bohaterów. Kolejna rzecz, która stała się domeną komiksów. Twórzmy zespoły naszych ulubionych herosów i obserwujmy, jak radzą sobie wspólnie w odwiecznej walce ze złem. Czy osobowość bohatera, którego znamy i lubimy, okaże się kompatybilna z drugą naszą ukochaną postacią? A może narodzi się między nimi konflikt, który stanie się początkiem nowego wątku? Do tego dochodzą jeszcze unikatowe moce poszczególnych postaci. Znamy ich możliwości, ale co będzie, gdy połączą siły? Który z nich okaże się najmocniejszy, a który będzie na tyle mądry, żeby przejąć dowodzenie w drużynie? Wszystko to wybrzmiało idealnie w Wojnie bez granic, a walka na Tytanie była wisienką na torcie obranego kierunku fabularnego.

Avengers: Wojna bez granic jest niczym autostrada, po której pędzimy, zatrzymując się tylko na chwilę, żeby zaczerpnąć tchu. Spoglądając na obraz z perspektywy czasu widać, że wszystko jest tam, gdzie powinno być. Trudno wyszczególnić element, który nie powinien znaleźć się w danym miejscu, lub ten, którego deficyt w konkretnym momencie jest znacząco odczuwalny. Ani za dużo, ani za mało: idealnie w sam raz. Tego nie można niestety powiedzieć o Endgame, który przecież w ogólnym rozrachunku okazał się produkcją nieco nierówną. Poszczególne segmenty można byłoby skrócić, bez szkody dla całości. Rytm akcji będący siłą Wojny bez granic, w Końcu gry jest wielokrotnie zaburzany przez nietrafione kompozycje fabularne. Wszystko to w imię nostalgii i poszukiwania emocjonalnego zwieńczenia. Wojna bez granic nie ma tego problemu, dlatego może pędzić na złamanie karku, nie martwiąc się o konwenanse. Stawiając Thanosa na pierwszym planie, przenosi środek ciężkości na stronę antagonisty, co pozwala bohaterom skupić się na tym, w czym są najlepsi, czyli radosnym i niczym nieskrępowanym okładaniu się po facjatach. 

Jeśli próbowaliście oglądać Wojnę bez granic i Koniec gry pod rząd, z pewnością zauważyliście niuanse, dzięki którym całość jest tak świetnie zbalansowana. W zestawieniu z Endgame, Infinity War wychodzi obronną ręką. Całość ogląda się na "jednym wdechu", nawet jeśli znamy końcówkę na pamięć. Czy produkcja zostanie zapamiętana jako jeden z najlepszych obrazów MCU? Tak, bo w konwencji kina akcji film ten zostawia konkurencję daleko w tyle. Wszyscy życzylibyśmy Marvelowi, żeby każdy kolejny obraz w ramach uniwersum był tak świetne zrealizowany. Bądźmy jednak realistami: przeskoczenie Wojny bez granic pod tym względem będzie nie lada wyczynem. 

 

Źródło: zdjęcie główne: Marvel

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV