Paulina Wiśniewska

Paulina Wiśniewska

Tagi:  weekend 

Dlaczego tak bardzo kochamy sitcomy?

Dlaczego tak bardzo kochamy sitcomy? Dlaczego tak bardzo kochamy sitcomy?

Wolny wieczór, popcorn, wygodne siedzisko, a to wszystko w towarzystwie odcinka ulubionego sitcomu. Potem kolejny. I jeszcze następny, bo przecież ciężko poprzestać tylko na jednym. Co ma w sobie ta forma komedii, że tak bardzo przyciąga i podbija nasze telewizyjne gusta?

Poczucie humoru to niejednokrotnie klucz do sukcesu. Uwielbiamy się śmiać dosłownie z wszystkiego: rzeczy ważnych i błahych, czasem inteligentny dowcip jest w cenie, a innym razem to typowy suchar doprowadza nas do łez. Z przyjemnością śmiejemy się ze slapstickowego Kaczora Donalda, który dostał kowadłem w głowę, a za chwilę zmieniając kanał z tego, jak Karol Krawczyk kłóci się z Norkiem o wyjadanie kiełbasy z lodówki. Czujemy przyjemne rozluźnienie i oglądamy z umiarkowanym zainteresowaniem komedie, które nas rozbawią, ale nie angażują całej naszej emocjonalnej uwagi. Ot, taka zwykła chwila, by nie robić nic, a jednak coś.

Właśnie w tę potrzebę – tak zwanego “odmóżdżenia się” – wpasowuje się sitcom. Ten specyficzny rodzaj komedii, którego nazwa pochodzi od angielskiego wyrażenia situation comedy, to jedna z najpopularniejszych pośród widzów form seriali telewizyjnych. Kiedy to na początku lat 50. w amerykańskich telewizorach zadebiutowała historia o niezwykle kreatywnej i krnąbrnej pani domu –  zatytułowany Kocham Lucy – szybko okazał się swoistego rodzaju fenomen, który zaraz pociągnął za sobą kolejne produkcje, chociażby The Honeymooners. W Polsce sitcomy rozgościły się dopiero w latach 90., czy to na prawach licencji zagranicznych produkcji, czy z oryginalnym formatem. Co prawda raz wychodziło to lepiej, raz gorzej, ale niekiedy nasze rodzime wersje dość trafnie przenosiły amerykańskie pomysły na polskie realia.

Większość seriali komediowych bywa nazywanych sitcomami z lenistwa lub na skutek skrótu myślowego, choć czasem niewiele pozostało w nich klasycznych cech. Można się sprzeczać, czy The Office (US) albo Scrubs już nim są, czy może jeszcze tylko komedią. A co z M*A*S*H*? Niby spełnia podstawowe warunki gatunku, ale jednocześnie nie do końca wydaje się lekki i przyjemny, jakby można było oczekiwać. Niestety, sitcom – jak każdy element telewizji – ewoluuje i to, co kiedyś wyznaczało jego cechy gatunkowe, teraz ulega stopniowemu przeobrażeniu. Co zatem wyróżnia te najlepsze spośród wszystkich innych? Co sprawia, że tak bardzo je cenimy? Weźmy pod lupę kilka produkcji i rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

Nikogo nie zdziwi, że kiedy słyszę sitcom, myślę Friends. Dla mnie jest to jedna z perełek telewizji samej w sobie, a także przedstawiciel wyżej wymienionego gatunku. Dlaczego? Bo ma w sobie praktycznie wszystko, czego należy oczekiwać: ograniczoną do kilku scenerii przestrzeń, charyzmatycznych bohaterów, poszukiwanie miłości, nieustanne rozprawianie na temat pracy i wsparcie przyjaciół. Przede wszystkim Przyjaciół nie można wyobrazić sobie bez… kanapy, zwłaszcza tej zarezerwowanej w Central Perk, na której regularnie przesiadują. Stanowi centrum ich spotkań, a niejednokrotnie punkt wyjścia zdarzeń przewidzianych na odcinek. Fotel, salon, kanapa, a może nawet restauracja – to główne przestrzenie dla najlepszych sitcomów. Pomieszczeń jest zazwyczaj niewiele i właśnie w nich postaci z lubością oddają się prostym, ale zabawnym dyskusjom na różne tematy – najlepiej jeszcze szafując między sobą zgryźliwymi docinkami. Inne scenerie pojawiają się sporadyczne i stanowią jedynie małe urozmaicenie fabuły. Serial Przyjaciele stoi też pod znakiem wiecznie otwieranych i zamykanych drzwi, przez które ktoś wchodzi/wychodzi. Rodzina i przyjaciele niejednokrotnie wbiegają przez nie bez pukania, dostarczając kolejnych newsów i podkręcając w ten sposób akcje. Czy ktoś potrafi wymazać z pamięci scenę, w której Monica pojawiła się w drzwiach z wielkim indykiem na głowie?

Nie inaczej jest w kolejnym telewizyjnym hicie. How I Met Your Mother (dla wygody HIMYM), często jest porównywany do Przyjaciół, choć moim zdaniem niesłusznie. Nawet jeśli za serialem stroi podobna idea: fabuła skupia się na grupie trzydziestolatków i ich codziennym życiu w Nowym Jorku, a to wszystko w konwencji retrospekcji, opowiadającej o tym, jak Ted Mosby poznał tytułową matkę swoich dzieci. Jednak wykorzystanie przeskoków w czasie nadaje inną dynamikę, co znacznie wpłynęło na sposób realizacji. Forma sitcomu wymaga charakterystycznego śmiechu widowni zza sceny. Niekiedy jest to jedyny wyznacznik, który informuje nas, że dana scena miała być zabawna, ale bardzo często stanowi również naturalną reakcję widowni na planie. Im więcej śmiechu, tym zabawniejszy odcinek. O ile taki zabieg działał w Przyjaciołach i niejednokrotnie słyszymy mniej lub bardziej różnorodne reakcje publiczności, o tyle HIMYM musiał skorzystać z gotowego podkładu dźwiękowego, dodawanego w czasie postprodukcji. Zastosowanie tzw. śmiechu z puszki było po prostu wygodne, głównie ze względu na zaburzoną chronologię wydarzeń.

Sitcom to nie tylko kanapa i śmiech zza planu, ale również zwięzłość odcinka. Należy zapomnieć o godzinnym seansie przed telewizorem. Serial ma mieć budowę treściwą, wartką i bez zbędnych przeciągnięć – tak byśmy nie tylko się nie nudzili, lecz czuli przede wszystkim niedosyt. Pod tym względem nas rozpieszcza (a może ogranicza?) przede wszystkim The Big Bang Theory – po odliczeniu reklam, wejściówek może trwać niecałe 20 minut, ale jakie to są minuty… Na tapetę bierze geeków i odczarowuje ich stereotypowe postrzeganie. Początkowo Teoria Wielkiego Podrywu miała być wysublimowaną ironią z nieprzystosowanych społecznie intelektualistów, drwiącą z ich ułomności i nieporadności. Z czasem jednak stała się sympatycznym dowodem na to, że dziewczyny mogą randkować z nerdami. Co więcej, taki związek może mieć coś więcej do zaoferowania, niż można się spodziewać, a przynajmniej jeśli oglądamy to na ekranach naszych telewizorów. Komizm serialu wynika głównie z zestawienia charakterów uroczej Penny oraz geniuszy fizyki Leonarda i Sheldona, którzy razem z Rajem i Howardem odkrywają tajniki randkowania. Nawet jeśli doświadczają również ciemniejszej strony związków.

Skoro mowa o nietypowych bohaterach, to warto podkreślić, jak ważną rolę pełnią oni w sitcomach. Swego czasu w Polsce dużą popularnością cieszył się serial o dość specyficznej rodzinie, której ojciec szybko stał się ikoną popkultury. Al Bundy, egocentryczny i zgryźliwy sprzedawca butów, który przez większość swojego życia albo nienawidzi swojej żony, albo uskarża się na swoją pracę, a teściową najchętniej wyrzuciłby przez okno, gdyby posiadał odpowiednio solidny dźwig pod ręką. Married... with Children to przykład, gdzie postacie muszą być inne niż wszyscy, ekscentryczni, a jednocześnie do bólu stereotypowi, odsłaniający najczarniejsze cechy charakteru zwykłego człowieka. Kto z nas nie chciałby się odgryźć nieuprzejmym klientom w pracy? Ile razy sąsiedzi zasłużyli na niewybredny komentarz, a my gryziemy się w język? Al Bundy nas wyręcza, dając upust naszym negatywnym emocjom. Świat według Bundych to również komiczne studium nad pojęciem małżeństwa, gdzie kumulują się wszystkie żarty i żarciki, jakie kiedykolwiek mogły na jego temat powstać. Duet Peggy i Ala rozbawia nas do łez swoimi złośliwościami, choć doskonale wiadomo, że nie ma najmniejszych szans, by kiedykolwiek mogli się rozstać.

Polskie poletko też radzi sobie wcale nie najgorzej. Lata 90. obfitowały w wysyp takich seriali, stworzonych na bazie gotowego formatu (Świat według Kiepskich czy Miodowe lata), ale również oryginalnych produkcji. Prześmiewcza parodia policyjnego życia w ramach 13 Posterunek na stałe zapisała się w kanon polskiego sitcomu. Jest to jak najbardziej banalne poczucie humoru, oparte na ułomnościach pracowników i stereotypach dotyczących zawodu policjanta, dodatkowo ograniczona przestrzeń do jednego budynku, śmiech zza planu – czy można chcieć więcej? Współcześnie próbuje nas rozbawić Rodzinka.pl, która zaskakująco dobrze wpisała się we współczesne, choć zdecydowanie podrasowane realia polskich rodzin. Ciekawa dynamika pomiędzy rodzeństwem a rodzicami, rodzinne żarty, wygórowane wymagania, podchody oraz pogoń za gadżetami i pieniędzmi. Matka, której przerysowany do granic charakter stanowi główne ogniwo serialu. Przedstawiono ją jako rozwrzeszczaną i rozhisteryzowaną kobietę – dzięki temu wydaje się, że cały czas słyszymy typowe, niewybredne żarty na temat płci żeńskiej i rodziny samej w sobie. Natomiast Świat według Kiepskich zdecydowanie inaczej, choć równie mocno wyśmiewa polskie familie. Kiedyś nie szczędził złośliwości na temat bezrobocia, patologii, lenistwa czy alkoholizmu. Teraz kieruje się bardziej w stronę krytyki politycznej. Jakby nie patrzeć, to twórcy oferują nam nieustanne wrzaski zdesperowanej matki albo rozgoryczonej żony bezrobotnego Ferdka, który ma przecież pomysła na niebanalny i rentowny biznes.

Można się sprzeczać, że sitcomy to taka telewizyjna zapchajdziura, nie wnosząca niczego ambitnego do rzeczywistości. Taki właśnie jest cel tego gatunku – krótka chwila relaksu i odprężenia, polegająca na śmianiu się z własnych przywar. Nie ma znaczenia, czy oglądamy polską, czy zagraniczną produkcję. Postacie pozwalają nam się z nimi identyfikować oraz przełamywać w szczery i bezpośredni sposób społeczne tabu. Seks albo jego brak, bezrobocie albo denerwująca praca, bogactwo albo wręcz przeciwnie, nieustanny niedobór pieniędzy – każda z tych rzeczy jest doskonałym tematem, by wyśmiać ją w sitcomie, bezceremonialnie obnażając słabości każdego z tych elementów. Jednak najważniejszą rzeczą – która zawsze mnie urzeka w tym gatunku – jest happy end. Nieważne, co się dzieje, jakie najdziwniejsze i nieprawdopodobne sytuacje spotykają bohaterów, jak bardzo się kłócą między sobą czy rozstają. Koniec końców wszyscy są otoczeni rodziną i miłością. Mają też przy sobie grupę zaufanych przyjaciół, którzy wspierają się nawzajem i stoją za sobą murem. Następuje wszechobecny spokój, jedność i szczęście. Nie ma znaczenia, czy mówimy tutaj o Rosanne, Świecie według Bundych, o Przyjaciołach, Bill Cosby Show albo Zwariowanym Świecie Malcolma. Sitcomy to taka nasza psychologiczna, miękka poduszka bezpieczeństwa, dająca wyzwolenie po stresujących wydarzeniach dnia codziennego. Mimo wszechobecnych, zgryźliwych uwag i ironii to produkcje, które hołdują przyjaźni i wspólnocie. Zapewne dalej będziemy je oglądać, nawet jeśli serial jest… całkowicie o niczym, tak jak w przypadku Kronik Seinfelda. Po co komu temat, skoro można wyśmiewać się z jego braku? Ważne, by było śmiesznie i w otoczeniu najbliższych nam ludzi, a cała reszta jakoś się ułoży. Tak, jak to w najlepszych sitcomach bywa.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV