Repertuar kin Nowość Program TV

Feige i spółka. Prawdziwi superbohaterowie MCU

Czy da się napisać o Avengers: Wojnie bez granic coś, czego jeszcze nie napisano? Toć rozłożono wszystko na czynniki pierwsze, chwalono (częściej) i ganiono (rzadziej), zewsząd bombardują nas kolejne newsy piejące nad tym, ile i gdzie film zarobił, jak grzyby po deszczu wyrastają materiały analizujące poszczególne sceny i prognozy na następny rok. A jednak się chce.

I nie przemawia przeze mnie próżność (a przynajmniej nie tylko), jaką charakteryzować się musi bodaj każdy, kto publikuje teksty czytane potem przez tysiące ludzi, lecz czysta chęć przelania myśli na elektroniczną kartkę. Bo, cokolwiek by nie mówić, nowy odcinek Avengers to ewenement, wydarzenie bezprecedensowe. Nigdy wcześniej kino nie doświadczyło nie tylko tak rygorystycznego i strategicznie zaplanowanego przeniesienia formuły komiksowego crossoveru na duży ekran, ale i podobnego zjawiska w ogóle, do tego nakreślonego tak zamaszyście. Owszem, że to nie pobudki artystyczne zdecydowały o takim, a nie innym kształcie przedsięwzięcia, a calutkie MCU to maszynka do robienia kasy, lecz naiwnością byłoby myśleć, że gros cotygodniowego repertuaru powstało ze szlachetniejszych pobudek. Raczej wypada docenić żelazną konsekwencję i niezwykły zmysł taktyczny Kevina Feige’a, bo rozrysowanie tego wszystkiego i dynamiczne reagowanie na potrzeby coraz bardziej wymagającego odbiorcy godne jest podziwu.

Rzecz jasna sukces ten nie byłby możliwy, gdyby nie solidna podstawa, jaką miał Feige dzięki tysiącom kolorowych zeszytów wydanych przez Marvel Comics, z których mógł czerpać pełnymi garściami. Nie oznacza to jednak, że sama licencja załatwi sprawę, toć kino komiksowe, z ogólnie znanymi wyjątkami, traktowane było per noga, jak ciasto z zakalcem, albo, jeszcze lepiej, zwietrzała plastelina, z której nie da się już nic sensownego ulepić. Pogodziliśmy się z tym, że pomiędzy jednym z drugim Batmanem oglądać (albo i nie) będziemy szmirę. Gdy dziesięć lat temu swoją premierę miał pierwszy Iron Man, nawet zbytnio nie chciało mi się iść do kina. A dzisiaj wychodzimy po seansie z nosem spuszczonym na kwintę, bo nowy „film Marvela” okazał się zaledwie „dobry”. Bez „bardzo”. Feige i spółka nas rozpieścili, chcemy więcej, lepiej i głośniej. I dobrze, bo taka natura rzeczy, kinomani mają to do siebie, że jak da się im palucha, to odgryzą całą łapę. Ale ten facet doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Miałem zresztą okazję go poznać parę lat temu, kiedy MCU inicjowało zaledwie drugą fazę, i nie została mi zaserwowana typowa korporacyjna gadka. Rozmawialiśmy o komiksach. O fabułach i bohaterach, o oczekiwaniach i rozczarowaniach. Nie miałem przed sobą producenta obracającego grubym hajsem, ale komiksiarza. Tego nie da się udawać i mówię to z całą odpowiedzialnością, bo przez przeszło dekadę pracy dziennikarskiej przerzuciłem już tony marketingowego bullshitu. Zabrzmi to straszliwie czerstwo, ale nie mogę się oprzeć – Kevin Feige to dziś najpotężniejszy superbohater MCU.

Po sobotnim pokazie nowych Avengers (antrakt: zahaczcie, proszę, jeśli macie oczywiście taką możliwość, do IMAX; film był kręcony specjalnymi kamerami i wygląda pięknie) ludzie wychodzili z kina jak z mszy, i to takiej, na której padły słowa o nieuchronnej, zaplanowanej na jutro apokalipsie. Nie było zwyczajowych, prowadzonych ożywionymi głosami dyskusji, raczej ludzie patrzyli po sobie z niejakim niedowierzaniem, że nie byli świadkami ocalenia w ostatniej chwili, jakiejś dziarskiej szarży i wykrzyczanego pełną piersią „Hurra!”. Nikt nie poszedł na shoarmę. Jasne, że jeszcze się to wszystko da odkręcić i za rok dobrzy zwyciężą, lecz chyba dopiero teraz prawdziwie podkreślono cenę, jaką niekiedy trzeba okupić bohaterstwo. Nie chciałbym uderzać w pompatyczne tony, lecz to, jeśli się nie mylę, prawdziwie pierwszy film MCU, który poruszył nietykaną do tej pory emocjonalną strunę, tym samym udowadniając, że nawet po dziesięciu latach i iluś tam filmach Feige jeszcze potrafi wykrzesać z tego interesu coś nowego. I niech nie zabrzmi to tak, jakby Marvel Studios musiało akurat teraz stawać na głowie, bo cała machina jest tak rozbujana, że spokojnie można by jechać dalej siłą rozpędu. A jednak nic nie jest pozostawione przypadkowi.

Avengers: Wojna bez granic
Źródło: Marvel

Subtelny, pojedynczy kadr wystarczył, żebym teraz czekał na Captain Marvel jak na gwiazdkowy prezent, ciekawy, jak się ten film splecie z Avengers. Jest jeszcze Ant-Man i Osa, swoisty rozrywkowy przerywnik pozwalający odetchnąć pomiędzy kolejnymi zmieniającymi status quo wydarzeniami. Lecz, choć ciągle powtarzam, że Feige i Feige, nic z tego, o czym piszę, nie byłoby możliwe bez Jamesa Gunna, który awansował na główną siłę kreatywną Marvel Studios, czy, oczywiście, braci Russo. To przecież oni nakręcili najlepsze filmy z MCU i to im udało się przeszczepić faworyzowaną przez nich formułę kina sensacyjnego na rozbuchany spektakl o zasięgu kosmicznym, ogarnąć bałagan nieodłącznie powiązany z komiksowym crossoverem, którego Wojna bez granic jest swoistym ekwiwalentem. Nigdy nie kryłem, że nie znoszę pierwszej odsłony Avengers (z drugą jakoś się pogodziłem, choć nadal uważam film za zaledwie poprawny), to film chaotyczny i nierówny, lecz nakręcić coś podobnego nie jest łatwą sztuką i nie oczekiwałem też rewelacji od reżysera takiego jak Whedon, który ewidentnie się pogubił. Russo z przyczyn oczywistych zminimalizowali ekspozycję i nie przeładowali filmu nadmiarem atrakcji (może zabrzmieć to dziwnie, zważywszy na to, co dzieje się na ekranie), przez cały czas utrzymując równe tempo i odważnie zmieniając perspektywę, z mikro do makro i odwrotnie. Zwykle owa intensywność opowiadania przeszkadza mi, gdy czytam któryś z kolei komiks o międzygalaktycznej bitce, a tutaj wypaliła. Zupełnie szczerze: jako facet wychowany na amerykańskich superbohaterach, nie sądziłem, że zobaczę kiedyś takie rzeczy i będę chciał jeszcze.

Kusi, aby napisać, że Wojna bez granic to koronne osiągnięcie MCU i trudno, jako że apetyt rośnie w miarę oglądania, będzie ją doścignąć, ale jednak wstrzymam się przed podobnymi sądami, wiedząc, że kolejny odcinek tej kinowej sagi podniesie poprzeczkę. Bo żadnemu filmowcowi nie ufam dzisiaj tak, jak Feige’emu. Z tego, co niedawno przeczytałem, wynika, że rozpisał już wszystko do 2025 roku. Czyli mamy kinowe plany na kilka najbliższych lat.

Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury. Prowadzi fanpage Kill All Movies.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Najlepsze z 24h

Adam Siennica
0 -

Kto zagra Wiedźmina? Wiemy, kiedy poznamy…

W miniony weekend w Poznaniu odbył się Pyrkon. Tam też podczas panelu Legend Polskich reżyser…

Piotr Piskozub
spoilery
0 -

Avengers: Wojna bez granic – producent…

Okazuje się, że jeden z producentów miał naciskać na to, by w filmie Avengers: Wojna…

Adam Siennica
0 -

Zachary Levi jako Shazam! Pierwsze oficjalne…

Shazam! to kolejny film o superbohaterze ze świata Batmana i Supermana. W głównej roli występuje…

Adam Siennica
0 -

Lucyfer – zostaną wyemitowane pozostałe nakręcone…

Wciąż nie ma żadnych informacji o tym, czy ktoś jest zainteresowany przejęciem Lucyfera. FOX jednak…

Piotr Piskozub
spoilery
0 -

Dlaczego Agenci T.A.R.C.Z.Y. pominęli wydarzenia z…

Wiemy już, dlaczego w serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y. pominięto wydarzenia z filmu Avengers: Wojna bez granic.

Adam Siennica
0 -

Powstanie 4. sezon The Expanse? Są…

10 dni po skasowaniu serialu The Expanse pojawiają się informację o finalizacji rozmów w sprawie…

Co o tym sądzisz?