Repertuar kin Nowość Program TV

Nawiązania popkulturowe w Teorii wielkiego podrywu

Jedenaście lat to w świecie telewizji szmat czasu, a właśnie tyle stuknęło niedawno Teorii wielkiego podrywu. Z tej okazji przyjrzymy się temu, co stanowiło o wyjątkowości omawianej produkcji na tle innych sitcomów, czyli nawiązaniom popkulturowym.

Główni bohaterowie Teorii wielkiego podrywu są miłośnikami szeroko pojętej popkultury od komiksów, przez seriale i filmy, aż po gry komputerowe. Jak typowa paczka znajomych, rozmawiają ze sobą o zainteresowaniach, prowadząc zażarte dysputy m.in. na temat pocenia się Supermana. Przygody Sheldona, Leonarda, Howarda oraz Raja często skupione są wokół właśnie takich problemów. Chociaż scenarzyści z każdym kolejnym rokiem coraz większą uwagę poświęcają związkom, to osoby dzielące swoje hobby ze wspomnianą czwórką nadal mogą czerpać radość z wyłapywania różnej maści nawiązań czy odwołań do współczesnej popkultury.

Z racji ogromu materiału nie uda mi się przedstawić w tym tekście wszystkich odniesień, ale postaram się przedstawić, jak najszerszy ich zakres. Nie obędzie się też bez spoilerów z Teorii wielkiego podrywu, więc czujcie się ostrzeżeni. Co zrozumiałe, postacie z serialu przyjmują w swoich sądach na temat różnych produkcji najczęściej zdanie przeważające wśród internautów (może z małymi wyjątkami). Dlatego też Sheldon nie jest fanem sequeli Matrixa, Mark Ruffalo to lepszy Hulk niż Edward Norton, a Aquamana nikt nie lubi. Przy tym chłopaki – jako osoby wychowane w latach 80. – mają szczególne miejsce dla klasyków powstałych w tamtych latach. Oczywiście w żadnym wypadku nie są to prztyki pod adresem sitcomu, a raczej konieczne uproszczenie. Bohaterowie w końcu reprezentują określoną grupę społeczną, więc muszą podzielać opinie najpopularniejsze wśród owej społeczności, by jak najwięcej oglądających mogło się z nimi utożsamiać.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

Nie powinno zatem dziwić, że bardzo często w Teorii wielkiego podrywu przywoływane są Gwiezdne wojny. Bohaterowie nie tylko czują zakłócenia w Mocy, mają, co do czegoś złe przeczucia czy mówią jak Yoda, ale również zdarza im się trochę ambitniej nawiązywać do uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa. Zostać nazwanym Jar Jar Binksem to dla protagonistów wielka ujma na honorze. Oczywiście obowiązkowe w tym wszystkim są żarty o wyższości oryginalnej trylogii nad trylogią prequeli i przezywanie Sheldona nazwami popularnych droidów – C-3PO i R2-D2 (akurat dr Cooper często nazywany jest również innymi podobnymi nazwami z innych uniwersów o czym później). Akurat postacie z Teorii… często mają okazję spełnić marzenia, którymi żyją fani sagi z całego świata. Raj niegdyś wszedł do sklepu z komiksami, gdy z bluzy leciał mu marsz imperialny, a to akurat jedno z tych bardziej realnych snów. Do kategorii tych trudniej osiągalnych można byłoby zaliczyć odwiedziny – a właściwie wtargnięcie – na ranczo Lucasa.

Gwiezdne wojny to jedna z tych marek, która dla twórców sitcomu bardzo często stanowi inspirację dla całego epizodu. Zdarzyło się przecież, by chłopaki urządzili sobie weekendowy maraton w grze Star Wars: The Old Republic. Świętowano również 4 maja, czyli dzień Gwiezdnych wojen, co akurat złożyło się na epizod, w którym wszyscy (w tym także pomijane do tej pory przeze mnie kobiety) w jakiś sposób świętują ten dzień. W tym epizodzie również umiera profesor Proton, wracający od tej pory w snach Sheldona ubrany jako – a jakże – mistrz Jedi.

Jedne z ciekawszych występów gościnnych związane są z sagą stworzoną przez Lucasa. James Earl Jones oraz Carrie Fisher pojawili się w produkcji. Uznać można to za niezwykłe wydarzenie z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że słynny głos Dartha Vadera – jako jedna z nielicznych gwiazd – zaprzyjaźnia się z Sheldonem. Widać w tym epizodzie także dystans, jaki posiada do siebie Jones. Zazwyczaj aktorzy nie lubią być szufladkowani, a jego raczej cieszy ten fakt, co widać już w pierwszej scenie sitcomu, w której się pojawia. Druga ciekawostka jest taka, że na planie Teorii wielkiego podrywu po raz pierwszy księżniczka Leia spotkała się z głosem swego filmowego ojca. Wydaje się dość nieprawdopodobne, ale to prawda, potwierdzili to sami twórcy serialu. Takie historie pokazują, iż dzieło, którego głównym pomysłodawcą jest Chuck Lorre, samo w sobie stanowi popkulturowy fenomen.

Warto wspomnieć również epizod zatytułowany The Opening Night Excitation. Dochodzi w nim do dwóch ważnych wydarzeń w życiu bohaterów. Na pierwszym planie jest premiera Przebudzenia Mocy, podczas której zresztą rozgrywa się inne, długo oczekiwane przez fanów. Ludzie odpowiedzialni za serial mogą mówić, co chcą, ale rekord oglądalności pobity w tej odsłonie zawdzięczają bardziej gwiezdnemu uniwersum niż relacji Sheldona z Amy.

Żyjcie długo i pomyślnie

Twórcy Teorii… o dziwo nie przedstawili w produkcji wydumanej walki fanów Gwiezdnych wojen i Star Treka. Każdy z czterech męskich bohaterów uwielbia obydwa uniwersa. W przypadku Sheldona nawet nie jestem pewny, czy te stworzone przez Gene’a Roddenberry’ego nie wiedzie prymu, jeżeli chodzi o kult i uwielbienie. W tym wypadku ciekawe jest odejście od schematu, o którym wspominałem na początku. Bohaterowie mają trochę odmienne zdanie od większości widzów, gdyż Leonard i Sheldon wolą Oryginalną serię od Następnego pokolenia, a co więcej doktor Cooper uznaje wyższość czwartego filmu nad drugim. W tej kwestii nie zgadza się z nim m.in. Raj. Każdy z czwórki naukowców mówi płynnym kligońskim, co pozwala im komunikować się tylko między sobą, gdy wymaga tego sytuacja.

Scenarzyści Teorii… o wiele swobodniej czują się w przypadku nawiązywania do Star Treka niż do jakiejkolwiek innej produkcji. Dosłownie wszyscy bohaterowie w jakiś sposób zostali wciągnięci do odgrywania roli z tego uniwersum. Pomijając już oczywistą czwórkę warto wspomnieć, że Priya ubrała się w przebranie porucznik Uhury, Amy udawała lekarza z gwiezdnej floty, a Penny w jednym z odcinków grała Spocka, z którym to doktor Cooper utożsamiał się jako dziecko. W końcu słynna serwetka z DNA Leonarda Nimoya nie bez przyczyny jest największym skarbem posiadanym przez naukowca.

Przez Teorię… przewinęło się sporo aktorów grających w którejś z produkcji sygnowanej logiem Star Treka, ale teraz chciałbym się skupić na jednym. Oczywiście myślę o Wilu Wheatonie, pojawiającym się regularnie w filmie o aspołecznych geniuszach. Gwiazda Następnego pokolenia ma dość zagmatwaną relację z Sheldonem, co przejawia się w paru – naprawdę – udanych żartach. Jednym z nich jest nawiązanie do Gniewu Khana i słynnego krzyku (rzecz jasna, w komedii zamiast słynnego Khan! Cooper krzyczy Wheaton!). Odtwórca roli Wesleya Crushera zostaje też nazwany Jar Jar Binksem uniwersum Star Treka, co jest świetnym dowodem na to, że scenarzyści nie zawsze sztywną trzymają się nawiązań do jednej produkcji, bawiąc się popkulturą, jak mogą.

Świetnym rozumieniem uniwersum wykazali się poprzez nawiązanie do gry kamień-papier-nożyce-jaszczurka-Spock. Tak, naprawdę istnieje taki twór i został on stworzony przez jednego z fanów Star Treka. Myślę, że nie pomylę się, gdy powiem, że Teoria… rozsławiła tę wariację – wszystkim dobrze znanej zasady – na cały świat, chociaż pewnie większość uważała ją za wymysł twórców serialu. Nawiązań do przygód członków gwiezdnej floty można znaleźć zatrzęsienie. Chłopaki najczęściej starają się wytłumaczyć dziewczynom, odwołując się do któregoś z odcinków serii (Sheldon, co nieraz udowadniał, że zna wszystkie epizody na pamięć) albo do reguł określonych w tym świecie (Leonard używający metafory neutralnej strefy, by przespać się z Penny).

Co ciekawe, Star Trek nie pojawiał się tak wyraziście jako temat przewodni odcinków Teorii wielkiego podrywu, jak saga stworzona przez George’a Lucasa. Jedyny epizod, który przychodzi mi do głowy – w związku z przygodami załogi gwiezdnej floty –nakręcono w dziewiątym sezonie. Pojawiał się w nim Adam Nimoy, syn Leonarda. Była to odsłona upamiętniająca zmarłego odtwórcę roli Spocka, który nie pojawił się w produkcji przed kamerą, choć ludzie odpowiedzialni za przygody ekscentrycznych naukowców zapraszali go nieraz. Na pocieszenie fani otrzymali jedynie mały, głosowy, gościnny występ aktora. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Niestety, tego samego powiedzenia nie można użyć w odniesieniu do oddania hołdu starszej z gwiezdnych serii. Sam w recenzjach narzekałem na brak uczczenia pięćdziesięciolecia Star Treka w 2016 roku.

Marvel kontra DC

Trzecią miłością naukowców zakochanych w popkulturze są komiksy. Szczególnie na początku poznawania nietypowej paczki przyjaciół, chłopaki bardzo często rozmawiali o superbohaterach. W przypadku historii obrazkowych znów nie ma tutaj zwyczajowej wojny Marvel czy DC, bo naukowcy kochają postacie z obydwu wydawnictw, choć sądząc po ilości cosplayów można wysnuć wniosek, że jednak wolą tych zrzeszonych pod nazwą Liga Sprawiedliwości. Zaś do ulubionych postaci można zaliczyć Flasha oraz Zieloną Latarnię. Rzadziej wspominany jest, choćby Batman. Śmiało można jednak założyć, że (jak wcześniej pisałem) nikt nie lubi Aquamana, a ulubionym herosem Leonarda jest Superman. Świadczy o tym wspomniana niegdyś ilość ponad dwóch tysięcy posiadanych przez niego komiksów z tą postacią oraz używanie hasła Kal-El.

Oczywiście poza tym sporą część akcji serialu bohaterowie spędzają w sklepie z komiksami, gdzie często dochodzi do nietypowych konwersacji (głównie za sprawą Raja), ale tutaj trzeba oddać, że zdarzył się odcinek, w którym dziewczyny zainteresowały się komiksami, próbując rozwiązać problem związany z podnoszeniem młota Thora. To właśnie przez takie dyskusje ludzie pokochali zarówno Teorię…, jak i komiksy. Co ciekawe – prawdopodobnie przez zmianę nieco „punktu ciężkości” serialu – nie przypominam sobie żadnego nawiązania do kinowych uniwersów tych dwóch zasłużonych wydawnictw. Zdarzały się za to epizody bardziej skupione właśnie na komiksowym hobby chłopaków, a jest nim na przykład The Excelsior Acquisition, w którym to pojawia się Stan Lee, a wielu fanów Marvela zyskało do rozwiązania trudną zagadkę, która dotyczy imion postaci pojawiających się w tytułach tworzonych przez legendarnego scenarzystę historii obrazkowych.

Gry

W Teorii… bohaterowie często grają w różnego rodzaju gry, poczynając od komputerowych gier sieciowych na czele z World of Warcraft. Parę epizodów związanych ze światem Azeroth naprawdę nieźle wyszło scenarzystom, jak chociażby obrabowanie Sheldona. Bohaterowie grali również w inne tytuły. O sieciowym Star Wars: The Old Republic już wspominałem, ale o wiele, wiele wcześniej, w zamierzchłej historii sitcomu zdarzył się epizod o Age of Conan i była to jedna z fajniejszych odsłon Teorii…  Uzależniona od MMO Penny śmieszy zresztą do tej pory, więc szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na ukazanie tej strony postaci jeszcze przy jakiejś okazji – a tych nie brakowało, ponieważ okazuje się, że blondynka świetnie odnajduje się w wirtualnej rywalizacji, będąc w Halo lepsza nawet od Sheldona. Sam doktor Cooper, gdy chciał zalać swe smutki alkoholem wybierał się do knajpy Red Dead Redemption. Leonard wraz ze współlokatorem mieli bardzo pokaźną kolekcję konsol oraz gier. Poza elektroniczną rozgrywką chłopaki bawili się również przy karciankach, planszówkach oraz Dungeons and Dragons.

Co tam, panie, z innych produkcji?

Jednak Teoria wielkiego podrywu to o wiele więcej nawiązań do popkultury. Zapewne Amy zepsuła Poszukiwaczy zaginionej Arki wielu fanom Indiany Jonesa, chociaż ten epizod był pokazem zrozumienia tematu przez scenarzystów tego długowiecznego sitcomu. Zresztą z tym kultowym archeologiem łączy się jeszcze jeden z najciekawszych motywów w historii serialu. W jednym z odcinków czwartej serii, chłopaki uciekają z pierwszą częścią kultowej trylogii z dodatkowym, dwudziestojednosekundowym, niewidzianym nigdy wcześniej materiałem w stylu przywołującym jeden z najbardziej kultowych momentów w całym filmie, zresztą zobaczcie sami:

Parę razy zdarzyły się też nawiązania do uwielbianej dzisiaj na cały świecie Gry o tron. W jednym z odcinków Sheldon i Leonard kupują replikę miecza Jona Snowa, dając tym samym początek ich kolekcji. Innym razem Penny stwierdza, że lubi produkcję HBO, bo ma smoki oraz sex, co w zasadzie świetnie podsumowuje powody popularności serialu wśród ludzi, którzy nie przepadają zazwyczaj za epizodycznymi tworami.

Jeszcze w czasach, gdy serial stawiał swoje pierwsze kroki twórcy zdecydowali się nakręcić odcinek poświęcony w całości Wehikułowi czasu. Mam tu na myśli zarówno maszynę użytą w filmie, jak i same nawiązania do niego. Chociaż wspominanie innych produkcji również miało miejsce podczas wspomnianego epizodu.

Quo vadis, Teorio?

Poza omówionymi nawiązaniami Teoria wielkiego podrywu mogłaby pochwalić się jeszcze listą pokaźnej długości. Znalazłoby się miejsce i dla Doctora Who, Firefly, Powrotu do przeszłości, Władcy Pierścieni lub wielu, wielu innych tytułów filmowych, serialowych czy nawet książkowych. Bohaterowie zaznajomieni są w końcu również z Harrym Potterem.

Odświeżając sobie nieco serial przy okazji pisania tego artykułu, łatwo zauważyłem spadek w ilości nawiązań popkulturowych wraz z trwaniem produkcji. Niestety, zdaje się, że odcinki takie, jak ten o wehikule czasu albo ten, w którym chłopaki wybierają się na jakiś podrzędny konwent komiksowy nie powtórzą się za szybko. A szkoda, bo kiedyś dialogi nawiązujące do ulubionych dzieł popkultury umilały seans w ogromnym stopniu. To był znak rozpoznawalny tego serialu i część jego tożsamości. Teraz zresztą też cieszą, tyle że z innego powodu. Bardziej docenia się ich obecność niż jakość. Kiedyś z jednym i drugim seria nie miała problemu. Ograniczenie nawiązań do innych tytułów nie spotkało się z akceptacją wszystkich fanów, a wielu z nich nie mogąc pogodzić się ze zmianami, porzuciło oglądanie przygód nietuzinkowych naukowców i ich dziewczyn. Nie zawsze też decyzje scenarzystów są trafione. Zapewne nigdy nie dowiemy się, co kierowało ludźmi odpowiedzialnymi za napisanie roli dla Christophera Lloyda, w której aktor z kultowego Powrotu do przeszłości (przecież chłopaki go kochają) wciela się nie w samego siebie, a bezdomnego. To był jeden z tych występów symbolizujący zmianę w prowadzeniu produkcji. Jakby ludzie odpowiedzialni za Teorię wielkiego podrywu stracili wyczucie popkulturowego, którym świetnie potrafili się bawić przez lata.

Mimo to jeżeli jest się wielbicielem wyszukiwania takich „mrugnięć” w stronę widza, to Teoria wielkiego podrywu nadal się do tego nadaje. Zarówno nowe, jak i stare sezony. W tle da się znaleźć o wiele więcej ciekawostek, ale to jeszcze większy temat, nadający się na równie długi artykuł, lecz kierowany już głównie dla zapaleńców kochających wyszukiwać najmniejsze detale w każdym tytule.


11. sezon serialu Teoria wielkiego podrywu jest emitowany w Polsce w każdą sobotę o 21:00 na antenie Comedy Central.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Najlepsze z 24h

Michał Kujawiński
-

Bohaterowie seriali animowanych wybierają się na…

Wielu studia ma już dawno za sobą, jedni są w ich trakcie, a jeszcze inni…

Piotr Piskozub
-

Takiej tonacji w DCEU jeszcze nie…

W sieci pojawiło się kolejne oficjalne zdjęcie z filmu Shazam!, dzięki któremu możemy jeszcze lepiej…

Piotr Piskozub
-

Zapewne znamy już skład filmowych Birds…

W sieci pojawiły się nowe szczegóły na temat filmu Birds of Prey - wygląda na…

Norbert Zaskórski
-

Król Atlantydy na pierwszym plakacie filmu…

Warner Bros zaprezentowało pierwszy, oficjalny plakat promujący tegoroczne widowisku DCEU o morskim herosie. Premiera w…

Piotr Piskozub
-

Raven, Starfire i Beast Boy –…

W sieci pojawiło się zdjęcie, na którym możemy zobaczyć postacie Raven, Starfire i Beast Boya…

Michał Kujawiński
-

Coś się zbliża… do Hawkins! Zobacz…

Do sieci trafił pierwszy teaser 3. sezonu serialu Stranger Things. Nie pokazuje on scen z…

Co o tym sądzisz?