MCU kontra Martin Scorsese - o co chodzi wielkiemu reżyserowi?

MCU kontra Martin Scorsese - o co chodzi wielkiemu reżyserowi? MCU kontra Martin Scorsese - o co chodzi wielkiemu reżyserowi?

Każda ze stron powiedziała już to, co zamierzała przekazać. Kurz opada, więc to dobry moment, żeby podsumować wydarzenia, które „wstrząsnęły popkulturą”. Martin Scorsese versus Marvel – rundę finałową czas zacząć.

Martin Scorsese wypowiedział wojnę Marvelowi. Razem z kilkoma przyjaciółmi, których nikomu nie trzeba przedstawiać, wsiadł do czołgu i wycelował lufę w MCU. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie, podczas której wszystkie ciosy są dozwolone. Tak przynajmniej chcą widzieć toczącą się dyskusję media, polujące na chwytliwe tytuły i nagłówki. W rzeczywistości mamy tu do czynienia nie tyle z burzą w szklance wody, ile z przemyślaną strategią, na której zyskują, jak i tracą obie strony.

Z pewnością część z was pamięta dyskurs, który rozpoczął Steven Spielberg na początku bieżącego roku. Wszyscy byli zszokowani i oburzeni faktem, że człowiek o tak nieposzlakowanej opinii uderza w medium ugruntowujące kulturę w XXI wieku. „Spielberg chce, żeby było tak, jak było”, grzmieli opiniotwórczy komentatorzy. Czas zweryfikował ówczesne wydarzenia. O żadnym monopolu Netflixa dzisiaj nie ma mowy, a Spielberg nie stracił nic ze swojej artystycznej renomy. Zasygnalizował jednak problem i rozpoczął dyskusję. Zbliżające się wielkimi krokami rozdanie Oscarów nie zostanie zdominowane przez produkcje telewizyjne. Mówiąc szczerze, mała liczba liczących się w wyścigu filmów wyprodukowanych przez platformy VOD może stanowić pewien zawód. Irlandczyk, Historia małżeńska i być może Król – nic więcej nie powinno znacząco zaakcentować swojej obecności na gali rozdania nagród Akademii Filmowej.

Jedna z grup interesu w Hollywood rzuciła światło na problem przy pomocy pióra Stevena Spielberga. Twórca został wybrany, ponieważ dzięki swojej renomie jest w stanie wypowiedzieć się dobitnie i słyszalnie nawet w najdalszych zakątkach świata. Będąc gigantyczną tubą, dotarł tam, gdzie trzeba. Jego wypowiedź nie miała zamiaru wywołać rewolucji, jedynie postawić kontrapunkt w toczącej się wówczas dyskusji na temat Romy i jej wielkiego wpływu na zmiany zachodzące w kinie. Jak pamiętamy, media branżowe ze znamienną sobie skłonnością do przesady, zwiastowały koniec tradycyjnej kinematografii i permanentną dominację Netflixa. Hollywoodzcy twórcy, którzy na filmowej rozrywce zjedli zęby, powiedzieli po prostu donośne „nie”. Gdyby głos zabrał jeden z producentów lub – co gorsza – rzecznik prasowy, odbiór mógłby być jednoznacznie negatywny. Ze Stevenem Spielbergiem dużo trudniej dyskutować. Powtórzmy więc, że reżyserowi nie chodziło o zniszczenie rynku VOD, a jedynie zabranie głosu w dyskursie, który przecież również go dotyczy.

Spróbujmy teraz w podobny sposób spojrzeć na niedawny „wyskok” Martina Scorsese. Mamy modę, która zapewne wcześniej lub później przeminie. Mamy również reżysera wprowadzającego na mały ekran swój kolejny i wszystko na to wskazuje, doskonały film. Media, odpowiadające w dużej mierze za marketing w branży rozrywkowej, są jednak zainteresowane innymi trendami. Obecnie obowiązująca tendencja nie ma nic wspólnego z kinem tworzonym przez panów Scorsese czy Coppola. Dyskusja toczy się jednak na temat dla nich istotny, więc nic dziwnego, że zdecydowano się zabrać głos. Dzięki temu owczy pęd masowej widowni został na chwilę zatrzymany. Przystanąć, przeczytać do końca, pomyśleć. A może te dwa dziadki mówią całkiem do rzeczy? Stąd ostry, wręcz demagogiczny ton w komentarzu. Bierzemy udział w pewnego rodzaju rozgrywce politycznej. Gdyby reżyser Taksówkarza wypowiedział się bardziej dyplomatycznie, jego myśl zginęłaby w natłoku tabloidowych nagłówków. Ostrzejszy charakter zagwarantował mu uwagę całego świata i pewien procent widowni, która w przyszłości wybierze inne kino niż superbohaterskie.

Absolutnie nie jest tak, że Scorsese i Coppola nienawidzą estetyki fantasy/science fiction. Panowie rozpoczynali swoje kariery wraz z Georgem Lucasem i Stevenem Spielbergiem. W latach młodzieńczego rozkwitu znali się bardzo dobrze. Wymieniali się pomysłami, inspirowali nawzajem, tworzyli wspólnie ówczesną kinematografię. Jak wiemy, George Lucas odpowiedzialny jest za powstanie Gwiezdnych Wojen – marki, która na stałe zawładnęła świadomością kolejnych pokoleń. Scorsese może tylko pomarzyć sobie o produkcji o takiej popkulturowej renomie, choć wielkich zasług nie można mu oczywiście odebrać. Czemu wypowiadający się artyści nigdy nie celowali w Gwiezdne Wojny? Opowieść o wojownikach Jedi od dawna króluje w popkulturze, a przecież pod względem fabularnym ma z MCU wiele punktów wspólnych. Dlaczego w kwestii Marvela głosu nie zabrali Spielberg i Lucas? Każda gra toczy się o pewną stawkę. Czasem jednak jest tak, że niektóre relacje są ważniejsze niż prowadzone interesy. Z drugiej strony nie ma sensu angażować się w dyskusje, gdy nie wpływa ona na bieżące biznesy. Zdecydowany sąd zawsze ciągnie za sobą pewne reperkusje i tak jest i tym razem. Czasem po prostu warto zachować neutralność.

W polityce radykalny ton wypowiedzi wpływa zarówno na pozytywny, jak i negatywny elektorat. Ludzie na ogół lubią, gdy mówca zaznacza dobitnie swoje zdanie. Nie bez kozery w internecie prym wiodą kolejne „masakracje”, podczas których jedna ze stron sprowadza drugą do parteru. Martin Scorsese, używając konkretnych słów w swojej pierwszej wypowiedzi, musiał mieć świadomość, że duża część fanów Marvela zacznie go nienawidzić. Francis Ford Coppola pozwolił sobie na jeszcze więcej. Mamy więc tutaj do czynienia z dwoma ciosami – pierwszy ogłuszył przeciwnika, drugi miał w zamiarze go znokautować. Być może była to zaplanowana strategia, jednak niosąca za sobą koszty. Twórcy musieli pogodzić się z negatywnymi odczuciami szczególnie młodej widowni, która słysząc tak brzydkie słowa o swoich idolach, zaczęła mówić o paranoi starych dziadków, oderwaniu od rzeczywistości, zazdrości czy nienawiści do superbohaterów.

Scorsese, Coppola, Lucas, Spielbergfot. Hollywood Reporter / Lucasfilm

Być może rzeczeni twórcy nie są fanami kina superbohaterskiego i sami nigdy nie byliby zainteresowani zrobieniem filmu w tej konwencji. Nie można jednak oskarżać ich o nieogarnięcie w kwestiach mechanizmów rządzących kinem. Panowie są zbyt wrażliwymi i świadomymi twórcami, żeby pod wpływem chwilowych emocji pozwolić sobie na gorączkową wypowiedź. Obaj byli przy tym, gdy kolejne mody w kinie zaczynały się i kończyły. Byli świadkami wielu rewolucji i trudno przypuszczać, że teraz, widząc, jak młodzi i starsi wybierają się całymi rodzinami na filmy MCU, postanowili położyć na szali swoją reputację i obrazić się na nowoczesność. Scorsese, Coppola i pozostali, podobnie jak niegdyś Spielberg przy Netfliksie, zaznaczają swoją obecność. Mówią: Jesteśmy tutaj, a na ekranach telewizorów wkrótce zobaczycie coś znacznie lepszego od Avengersów. Sprawdźcie, a przekonacie się, że filmowa rzeczywistość nie musi być czarno-biała.

Akcja Scorsese nie jest oczywiście jedynie skoordynowanym eventem marketingowym. Twórca robi to również dla idei kina. Jeśli nawet się z nim nie zgadzamy, trzeba uznać jego intencje w działaniu dla dobra X muzy. Młodzi widzowie niewiele wiedzą o Ojcu Chrzestnym, Taksówkarzu czy Chłopakach z ferajny. Nie znają tak wielkich filmów, jak: Czas Apokalipsy, Wściekły byk czy Rozmowa. Opowieści, którymi się fascynują, wpływają na ich poczucie estetyki. O ile starsi powracają do MCU wiedzeni nostalgią czy zainteresowani spójnym uniwersum, ci najmłodsi rzeczywiście mogą myśleć, że świat jest tak zero-jedynkowy. Scorsese i pozostali przeciwstawiają się tej tendencji, licząc, że młodzi dostrzegą również odmienne odcienie szarości. Inna sprawa, że filmografie obu panów obfitują w wątpliwe moralnie przekazy. Przykładowo, Wilk z Wall Street do dziś jest obiektem akademickich dyskusji. Według niektórych film kultywuje czysty hedonizm, serwując widzom nihilistyczne przesłanie. To oczywiście ważna i ciekawa lekcja, ale dla dużo starszych widzów. Przy młodych odbiorcach wydaje się to jeszcze bardziej szkodliwe niż marvelowskie historyjki o walce dobra i zła.

Martin Scorsese w swoim ostatnim felietonie złagodził ton i zamknął dyskusję. Piłka znajduje się teraz po stronie Marvela i naprawdę byłoby nieodpowiedzialne ze strony potentata nie wyciągnięcie wniosków z tego, co się wydarzyło. Co prawda najbliższe fazy MCU są już zaplanowane, ale w szerszej perspektywie zmiana kursu jest jak najbardziej wskazana. Oczywiście nikt nie marzy o tym, że Martin Scorsese wyreżyseruje opowieść superbohaterską. Nikt nie chce również, żeby kinowy Marvel przemienił się nagle w Watchmen czy The Boys. Warto jednak stopniowo relatywizować rzeczywistość naszych herosów. Wprowadzać urozmaicenia, zadawać mniej oczywiste pytania. Mając tak wielką władzę nad umysłami i sercami młodych widzów, nie można pozwolić sobie na lekkomyślność. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność. Nadchodzące lata będą kluczowe, ponieważ zobaczymy ile Marvel naprawdę jest wart.

Żeby skutecznie odbić piłeczkę, Kevin Feige musi więc zmienić MCU. Ewolucja będzie nie tylko celną ripostą, ale drogą we właściwą stronę. Martin Scorsese powinien natomiast udowodnić młodej widowni, że nie jest z niego taki stary dziad, jak niektórzy obecnie myślą. Tezy o braku emocji w kinie superbohaterskim były odważne, choć oczywiście nieprawdziwe. Teraz musi udowodnić, że wie, w jaki sposób zaangażować widza, który we współczesnym kinie szuka ściśle określonych rzeczy. Obie strony stoją więc w bardzo ważnych miejscach. Scorsese, jeśli nie poprze swoich wywodów faktami, może odejść w niepamięć i stać się kolejnym Francisem Fordem Coppolą, który od dawna nie stworzył praktycznie nic. MCU natomiast musi udowodnić, że nie tylko wyciągnęło wnioski ze słów Scorsese, ale też poszło jeszcze dalej o otwieraniu granic zarówno społecznych, jak i mentalnych. Ciekawe czasy przed miłośnikami kina, choć tym razem żadnej rewolucji nie będzie.

Źródło: zdjęcie główne: materiały promocyjne/Marvel

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV