Hubert Kuberski

Hubert Kuberski

Tagi:  weekend 

Prawda czasu - (nie)prawda ekranu

Prawda czasu - (nie)prawda ekranu Prawda czasu - (nie)prawda ekranu

Traktowanie historii w polskim kinie nie zmieniło się znacząco od czasów kręcenia Misia. Stanisław Bareja ukazał w krzywym zwierciadle nie tylko PRL-owską rzeczywistość, ale sportretował też nadprzyrodzone umiejętności kolegów po fachu, umiejących przemienić w jednej chwili „dziedzica pruskiego” w dziedzica o nazwisku Pruski. Ten quasi-profesjonalizm ma się nieźle nad Wisłą i możliwe, że będzie obecny następne dekady.

Jak to w Polsce bywa – jednocześnie powstają filmy o podobnej tematyce. Przed prawie dekadą dwa filmy o wojnie 1920 roku, obecnie dwie fabuły poruszające podobną tematykę, choć z innej perspektywy. Coraz bardziej doświadczone szefowe pionów kostiumograficznych i scenograficznych uważają, że nie ma przed nimi żadnych tajemnic, szczególnie po otrzymaniu licznych Orłów i Lwów. Te nagrody zwodzą reżyserów, których wiedza historyczna obejmuje przeczytanie 2-3 książek na zadany temat i to wszystko.

Piłsudski Michała Rosy jest filmem rozgrywającym się między latami 1901 a 1918. Początkowo wydawało mi się, że to całkiem dobrze zrobiony film, choć spokojnie mógł zakończyć się na wymarszu "kadrówki" z Oleandrów. Dawał się odczuć niski budżet filmu i epizodycznie przedstawiona biografia Józefa Piłsudskiego. Trzeba jednak pamiętać, że fascynujące życie "Ziuka" nadaje się na kilka osobnych fabuł, jak ucieczka z petersburskiej szpitala psychiatrycznego czy ekspropriacja w Bezdanach. Wspomniane majstersztyki organizacyjne zostały sprowadzone do kilkuminutowych epizodów, a mogły stać się pasjonującymi filmami sensacyjnymi. Może obecnie jest wymagana tego typu lapidarność, choć chciałoby się obejrzeć te epizody jako pełnometrażowe fabuły.

fot. Jarosław Sosiński

Zdumiewające było wyznanie Michała Rosy (dr hab. na Uniwersytecie Śląskim), że o brawurowym opuszczeniu psychuszki dowiedział się nie z biografii Piłsudskiego, a z kopii ilustrowanego kartonika z batonika Milky Way, wydrukowanego latach 20. XX wieku. To zdumiewająca szczerość profesora wyższej uczelni. I rzeczywiście jego fabuła okazuje się takim przypadkowym połączeniem epizodów, choć przy zachowaniu porządku chronologicznego. Najjaskrawiej to wygląda w sekwencji z lawiną śnieżną –  Piłsudski po zasypaniu, nawet nie otrzepując się, przeskakuje o kilka lat do chwili formowania Pierwszej Kadrowej.

Z filmu Piłsudski nie dowiemy się nic o podróży „Ziuka” do Japonii, o rywalizacji z Romanem Dmowskim o jego pierwszą wybrankę, jak i również o przychylność japońskiego wywiadu. Film nie wyjaśnia przyczyn podziału PPS na dwie części: Lewicę i Frakcję Rewolucyjną – w filmie nie widać w ogóle Róży Luksemburg, nie wspomina się o bratobójczym zwalczaniu pepeesiaków przez narodowców.

Nie przekonuje gra aktorska ani pierwszoplanowego Borysa Szyca, nieumiejącego wypowiadać się śpiewnie po kresowemu, ani aktorów drugoplanowych czy epizodycznych. Brak umiejętności posługiwania się bronią staje się szczególnie widoczny podczas filmowych ćwiczeń z Browningami i rewolwerami – aktorzy nie umieli nawet dobrze celować, a lufy rozchodziły się w różne strony (co odnosiło się do późniejszej sceny z dwoma pistoletami w rękach filmowej Aleksandry). Po prostu zabrało treningów na strzelnicy, gdyż szkolenia aktorskie ograniczają się tylko do jazdy konnej (a czasami fechtunku).

Oczywiście wspomniane zastrzeżenia można zrzucić na niski budżet, który ograniczał Piłsudskiego do lokalizacji łódzkich oraz wspomnianych skoków chronologicznych. Jakby nie można było pokazać zaokrętowania tow. „Wiktora” z Tytusem Filipowiczem na pokład parowca w Londynie – komputery potrafią obecnie wyczarować plany totalne z minionej przeszłości. W filmie Rosy animacje ograniczały się w zasadzie do plansz pomiędzy poszczególnymi epizodami oraz „wskrzeszeniem” warszawskiego placu Grzybowskiego.

Tymczasem Legiony Dariusza Gajewskiego były superprodukcją w porównaniu z Piłsudskim. Jednak i w tym wypadku reżyser poległ, starając się zaprezentować czytankę w wariancie unisex. Podczas gdy unisex sprawdza się jedynie w przypadku perfum. Próba zaspokojenia wymagań publiczności kobiecej i męskiej poniosła klęskę, choć krytycy reprezentujący oba zwalczające się współczesne „plemiona” prześcigali się w zachwytach i gromach rzucanych na oba filmy – tańszy wyprodukowany przez "Gazetę Wyborczą" i droższy przygotowany przez producentów związanych z „dyktaturą”.

Filmowa konwencja unisex wymagała pojawienia się scen miłosnych, które wydłużały czas projekcji o niepotrzebne (czy wręcz błędne przy ówczesnych obyczajach) "migdalenie się". Po prostu Gajewski et consortes nie umieli zrealizować wojennych masakr, związanych z rozstrzeliwaniem (znikaniem) całych kompanii i batalionów w ciągu kilkunastu minut w ogniu cekaemów – bo to ocierałoby się o filmowy pacyfizm. Z drugiej strony nikt nie wpadł na pomysł zaprezentowania pasjonującej opowieści o kobietach szpiegach z POW, na których opierała się ta wspaniała organizacja, szczególnie na dalekim zapleczu rosyjskiego (a później bolszewickiego) imperium. Dzięki temu czterech scenarzystów naprawiało po sobie narrację, co doprowadziło do powstania typowej fabuły dla nikogo, choć spełniającej formułę filmowego bryku dla generacji „face-down”, nie umiejącej przeczytać nawet kilkudziesięciostronicowej broszury o legionach, nie mówiąc już 370 stronach popularnonaukowej książki prof. Andrzeja Chwalby Legiony Polskie 1914-W zasadzie można się zgodzić, że mundury wypożyczone z Łódzkiego Centrum Filmowego są w porządku, choć rozgwiazda filmowej kostiumografii polskiej nie umiała dopilnować zapiętych pod szyję uniformów (zapewne chodziło o emisję głosu aktorów) czy maciejówek wciśniętych na głowy jak "kuchary", a także pasów głównych zapinanych po macoszemu, nie wspominając o owijaczach czy halsztukach – bo to przecież szczegóły. Tymczasem środowisko może uznać po raz trzeci nieudolną kostiumografkę za godną otrzymania kolejnego Orła, mimo oczywistych błędów, które przemyca, a którymi wcześniej upstrzyła Obławę i Miasto 44. W polskiej kinematografii liczy się tylko „doświadczenie” i miła atmosfera na planie. Nie uświadczy się drobiazgowości, jak podczas przygotowań do kręcenia Rana, które trwały ponad dwa lata, co pozwoliło na osiągnięcie perfekcji w uszytych kostiumach. Jednak te czasy minęły bezpowrotnie.

Legiony Foto: Jacek Piotrowski/Picaresque

Jeszcze gorzej przedstawiała filmowa broń – tylko 8 mm kb/kbk Mannlichery M95 były w porządku, choć maszerująca pierwsza kompania kadrowa posiadała zarówno karabiny piechoty, jak i karabinki kawaleryjskie. Jednocześnie zabrakło powszechniejszych 11,15 mm karabinów jednostrzałowych Werndel M1873/77, bo Legiony nie były elitarnymi oddziałami, a w zasadzie pospolitym ruszeniem, należącym do obrony krajowej (Landwehry), która była drugorzutową formacją. Filmowcy nie zwrócili uwagi, że używają 7,62 mm karabinów/ karabinków Mosin M91/30 czy 7,62 mm cekaemów Maxim M10/30 - w obu wypadkach w filmie zostały zastosowane wersje produkowane długo po I WŚ – możliwe do rozpoznania po osłonie muszki czy wklęsłościach chłodnicy lufy z otworem do napełniania wody. Drugim poprawnym uzbrojeniem było wykorzystanie 76,2 mm armat polowych M02 (tzw. „prawosławnych”/ Putiłowek). Niestety scenografowie nie umieli ustawić widocznej w kadrze półbaterii w jednej linii i faktycznie tylne armaty rozsiekłyby kartaczami przedni działon. Poza tym pozycje działonów zostały zrobione nieprofesjonalne, co sprowadzało się do kilku worków z piaskiem. Broń biała (szable i pałasze) to tragedia – w pojedynku oficera rosyjskiego Złotnickiego (Grzegorz Małecki) i dezertera z armii rosyjskiej Stanisława "Króla" Kaszubskiego (Mirosław Baka) nie było kozackich szaszek. Dojmujący jest epizod Jana Frycza jako Józefa Piłsudskiego w jednej kilkudziesięciosekundowej scenie. Deprymująca jest gra tych samych aktorów w „Legionach” i „Piłsudskim” – wszędzie Szyc, wszędzie Małecki, jakby nie było setek aktorów, daremnie czekających na swoją szansę. Zawiedli drudzy reżyserzy (biurowi), co potwierdza tylko istniejącą regułę "mód aktorskich".

Logiki również brakło w filmie - szczególnie gdy bohatera trafiały pociski, to konsekwencją nie były zakrwawione koszule. Odłamki nie trafiały bohaterów. Polscy kawalerzyści pod Rokitną siekli z konia metrowym szablami sołdatów skulonych w okopach, choć nie schylali się z koni. Już sam główny bohater Józek "Wieża" (zagrany przez Sebastiana Fabijańskiego) zaskakuje swoimi motywacjami i logiką postępowania. Widz ma prawo podejrzewać, że ucieka z Kongresówki przez „kordon graniczny” jak wielu jego rówieśników, ale to złudna nadzieja. Logika postępowania nakazuje Józkowi uciekać na południe, aby potem uporczywie kierować do Łodzi, gdzie pragnie dokonać ni mniej ni więcej skoku na kasę pancerną. Później mimo trafienia przez „silny” nabój 7,62 × 54 mm, bohater wcale nie krwawi, przeżywa kilkunastogodzinne leżenie w śniegu oraz spotkanie z wilkiem, którego wcale nie interesuje łatwa krwawiące zdobycz. Podobne rozwiązania były widoczne w widowiskowo sfilmowanej szarży pod Rokitną, gdy jednego z ułanów powala dopiero trzecie trafienie z tej samej broni co Józka „Wieżę”.

Ogólnie Legiony Gajewskiego to całkowicie nieprzemyślany film z licznymi błędami. To kolejny obok Piłsudskiego przykład, jak nie robić filmowych bryków dla szkół. Zamiast skupić się na niewspomnianej epopei walk w Karpatach lub samej Rokitnej – powstała opowieść o szczęku oręża przemieszana z uniesieniami uczuciowymi bohaterów. Już w przypadku samej Kostiuchniówki mogło dojść do zrealizowania znakomitej batalistyki. Mimo krwawych i niepotrzebnych strat w rękach Rosjan pozostawało dominujące nad Kostiuchnówką wzgórze Cegielniane. Komenda Legionów rozkazała 4 listopada bezwzględne zdobycie wzgórza. Na Wołyniu nikt nie dyskutował z rozkazem, a kpt. Zygmunt Czechna-Tarkowski poprowadził dwie kompanie z 3. pułku piechoty Legionów („śląską” i „góralską”), pluton karabinów maszynowych, wspierany przez część I batalionu 2. pp Leg.

Legiony Foto: Jacek Piotrowski/Picaresque

Komendant Legionów, generał podporucznik (Feldmarschalleutnant) Karol Durski-Trzaska, nie dorósł do świadomości, że szybkostrzelność karabinów maszynowych przewyższa możliwości prześcignięcia śmiercionośnych cekaemów Hirama Maxima przez żołnierzy. Podtrzymał w całej rozciągłości rozkaz, mimo ostrzeżeń o przewadze Rosjan. Polska tyraliera zasłała o świcie 5 listopada ciałami przedpole wzgórza, gdzie poległo około 60 żołnierzy, a ze stu kilkudziesięciu rannych liczni zmarli w szpitalach polowych. Było to 50 proc. stanu osobowego pododdziałów użytych w bezsensownym ataku. Podobnie nie udało drugie natarcie niemieckich i austro-węgierskich oddziałów. Dopiero 10 listopada po ostrzale artyleryjskim 5-6 baterii z pagórka wycofali się Rosjanie bez walki. W uznaniu waleczności poległych legionistów podczas pierwszego szturmu legionistów Niemcy nazwali wzgórze – „Polenberg” (Polską Górą). Od połowy listopada wojna nabrała charakteru pozycyjnego, znanego z frontu zachodniego, choć pasu bagien strzegły drewniano-ziemne forty bronione przez Jagdkommanda.

Tymczasem reżyser Gajewski zrealizował mizerną "czytankę" z dwóch lat istnienia Legionów. Nie zawiedli obaj operatorzy obrazu, bo sposób filmowania, szczególnie szarży pod Rokitną, został zrealizowany z rozmachem. I gdyby nie te błędy reżyserskie, kostiumograficzne czy scenograficzne, to Legiony mogłyby zasłużyć na lepszą ocenę. Jednak od Kubrickowych Ścieżek chwały czy Jeunetowych (o dziwo znakomitego filmu unisex) Bardzo długich zaręczyn polską fabułę dzieli galaktyczna przepaść.

Źródło: zdjęcie główne: . Jacek Piotrowski

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV