Andrzej Groch

Andrzej Groch

Tagi:  weekend 

Strach ma zielone włosy - Ameryka kontra Joker

Strach ma zielone włosy - Ameryka kontra Joker Strach ma zielone włosy - Ameryka kontra Joker

Joker jeszcze przed swoją kinową premierą musiał mierzyć się ze zbiorową nagonką - niektórzy odbiorcy dostrzegli w nim źródło potencjalnego zła. Powstaje jednak pytanie, czy tego typu głosy są zasadne?

Premiera Jokera za nami. W kinach na całym świecie słychać już jego maniakalny śmiech. Złoczyńca uśmiecha się do nas z plakatów ulicznych i billboardów, patrzy z reklam, gdy przeglądamy Internet, a towarzyszy mu cała gama cytatów wyciągniętych z często nieprzychylnych recenzji, które twórcy filmu sprytnie odwracają, wykorzystując marketingowo na swoją korzyść. Joker, zdobywca Złotego Lwa na Festiwalu w Wenecji, który bez żadnych zaskoczeń jeszcze przed premierą podzielił społeczeństwo na dwie grupy: zwolenników i przeciwników. Tych drugich najwięcej przypadło na Stany Zjednoczone i grupa ta od wielu miesięcy stawała się coraz głośniejsza i liczniejsza, a jej członkom nie przeszkadzał fakt, że praktycznie żaden z nich nie widział jeszcze dzieła Todda Phillipsa. Kości zostały rzucone i już raczej nic, nawet ewentualny seans filmu, nie zmieni zdania największych sceptyków i krytyków obrazu. Ich werdykt jest stanowczy – Joker to produkcja zła, szkodliwa, gloryfikująca przemoc, niepotrzebna i niebezpieczna dla dzieci. Może doprowadzić do tragedii i zainspirować szaleńców do zbrodni. Te zarzuty brzmią bardzo poważnie; czy jednak faktycznie jest się czego obawiać? Czy też to normalna sytuacja, która zdarza się przed premierą każdego obfitującego w przemoc filmu?

Jeśli zestawić opinie krytyków Jokera z danymi statystycznymi dotyczącymi incydentów z bronią palną na terenie Stanów Zjednoczonych, można zrozumieć te obawy. Według Gun Violence Archive, organizacji non-profit zajmującej się badaniem przestępstw z użyciem broni palnej w USA, w samym 2019 roku do 30 września było więcej masowych strzelanin niż dni – ponad 316. GVA klasyfikuje strzelaninę jako masową, jeśli rannych w niej zostanie powyżej 4 osób. Napastników takich strzelanin nazywa się masowymi mordercami, których nie należy mylić z mordercami seryjnymi; to dwie osobne kategorie, które odróżnia typ aktu przemocy. Mordercy seryjni dokonują zbrodni w odstępach czasu (tygodnie, miesiące, nawet lata), mordercy masowi zaś atakują duże grupy ludzi w pojedynczych incydentach. FBI uznaje mordercę za masowego, jeśli w takim incydencie pozbawi życia przynajmniej 3 osoby. GVA szacuje, że w tym roku padnie rekordowa liczba masowych strzelanin, sięgająca pod koniec roku nawet 425 incydentów.

fot. Warner Bros.

Przez lata najgłośniejszą masową strzelaniną była ta z roku 1999, mająca miejsce w szkole w Columbine, w której dwóch licealistów uzbrojonych w wojskowe karabiny maszynowe, pozbawiło życia 13 uczniów. O tragedii powstały liczne dokumenty, w tym najbardziej znany Zabawy z bronią autorstwa Michaela Moore’a, jak i fabularny Słoń od Gusa Van Santa, pokazujący ostatnie 24 godziny z życia napastników, zaraz przed zbrodnią. Od tamtego czasu liczba masowych strzelanin w USA wzrasta, a słynne Columbine w liczbie zabitych osób znajduje się na 14. miejscu. Niechlubną pierwszą pozycję zajmuje masakra do jakiej doszło dwa lata temu podczas festiwalu muzycznego w Las Vegas, gdzie zginęło łącznie 58 osób, a rannych zostało kolejne 527. W tym samym roku w Sutherland Springs w stanie Texas inny szaleniec pozbawił życia 26 osób podczas zamachu w kościele. W roku 2016 w klubie nocnym w Orlando samotny napastnik zastrzelił 49 osób. W tym roku w USA miały miejsce 3 strzelaniny, w których śmierć poniosło ponad 10 osób; najkrwawszą była ta w El Paso, gdy do supermarketu wszedł morderca uzbrojony w AK-47, zabijając 22 ludzi. Ameryka nie radzi sobie z tymi tragicznymi sytuacjami. Zbrodni z użyciem broni palnej jest coraz więcej – rocznie na terenie USA ginie w ten sposób ponad 10 tysięcy ludzi, a potrzebne otrzeźwienie wśród tamtejszych polityków nie przychodzi. Lobby zwolenników broni, jej producentów i słynnej organizacji NRA (National Rifle Association) jest zbyt silne, by Ameryka wyciągnęła wnioski i rozbroiła własne społeczeństwo lub wprowadziła niezbędne, rygorystyczne środki ostrożności, by zapobiegać podobnym incydentom w przyszłości. Od lat też toczy się tam debata na temat przyczyn tej eksplozji przemocy, której uczestnicy zamiast spojrzeć prawdzie w oczy i uznać samą broń palną, jej ilość i łatwość dostępu do niej za problem, idą drogą najłatwiejszą, zwalając winę na gry komputerowe, muzykę i filmy takie jak Joker.

Jeśli chodzi o krytykę, sprzeciwy i protesty, wchodzący właśnie do polskich kin obraz o najbardziej znanym przeciwniku Batmana nie jest żadnym wyjątkiem. W zasadzie odkąd w filmach pojawiła się przemoc, pojawiła się też narracja, że będzie miała ona negatywny wpływ na społeczeństwo, szczególnie na jego najmłodszych członków. Pokazywanie na dużym ekranie wszelkiej maści psychopatów i morderców zawsze wiązało się z protestami, paniką zaniepokojonych rodziców, krytyką części recenzentów filmowych i podziałem widzów na dwie rywalizujące ze sobą grupy. Kontrowersje wywoływał zarówno Człowiek z blizną z roku 1932, jak i jego remake z 1983. Bonnie i Clyde był filmem równie niebezpiecznym w roku 1967, co w roku 1994 Urodzeni mordercy. Podziemny krąg w roku 1999 był źródłem podobnej paniki co dziś, 20 lat później, Joker, włącznie z nazywaniem go szkodliwym, niepotrzebnym i wróżeniem, że doprowadzi do anarchii. To nieodłączny stygmat, jaki towarzyszy każdemu twórcy filmowemu, który próbuje dokonać wiwisekcji naszej fascynacji przemocą i złem. Niektórzy filmowcy, jak choćby Quentin Tarantino, noszą swój krzyż od samego początku kariery, wdając się w niekończące się dyskusje o wpływie brutalności na widzów; Tarantino do tego stopnia jest zmęczony ową debatą, że nawet przestał odpowiadać na pytania o przemoc w jego filmach. Martin Scorsese, artysta wszechstronny, który w swoim dorobku ma ponad 27 filmów fabularnych, do tego seriale, dokumenty i teledyski, kojarzony jest głównie z gangsterskim kinem i bardzo krwawymi scenami z Kasyna i Chłopców z ferajny; przylgnęła do niego łatka twórcy brutalnego i wulgarnego. Krytycy Davida Finchera poszli jeszcze dalej, przypisując mu niegdyś winę za rozpropagowanie nurtu znanego jako torture porn, uznając twórcę Siedem za ojca chrzestnego takich późniejszych horrorów jak Piła czy Hostel. W tym świetle Joker nie różni się niczym od innych filmów zawierających przemoc, ale jego sytuacja jest w pewien sposób wyjątkowa, ze względu na wydarzenia, które miały miejsce w roku 2012.

Wtedy to w mieście Aurora w stanie Colorado uzbrojony po zęby James Holmes wszedł do kina, gdzie odbywał się nocny pokaz filmu Mroczny Rycerz Powstaje i otworzył ogień do obecnych na sali widzów, pozbawiając życia 12 osób i raniąc ponad 70. Po tragedii amerykańskie media szybko obiegła informacja, jakoby Holmes w swoim zbrodniczym akcie inspirował się postacią Jokera odgrywaną przez Heatha Ledgera; z pomalowanymi na pomarańczowo włosami miał ponoć nawet nazywać siebie przydomkiem słynnego komiksowego złoczyńcy - tę informację po latach zdementował Daniel Oates, szef policji miasta Aurora, który brał udział w przesłuchaniu mordercy. Według niego Holmes nigdy nie nazywał siebie Jokerem. Wtóruje mu jego oskarżyciel George Brauchler, który w 2015 roku, zapytany przez gazetę Denver Post o powiązania Holmesa z Jokerem, odparł: „To nieprawda i niedorzeczność”, dodając, że to plotki, które poprzez powielanie ich przez liczne źródła zaczynają być traktowane jako prawdziwe. Morderca został uznany za chorego psychicznie i skazany na dożywocie, a podczas rozprawy sądowej wyszły też na światło dzienne fakty z jego życia, dowodzące, że zmagał się on z problemami natury psychicznej od bardzo dawna i przyznawał się znajomym do chęci zabijania ludzi. Holmes był chodzącą bombą, która prędzej czy później by wybuchła, niezależnie od tego czy Christopher Nolan nakręciłby Mrocznego Rycerza czy nie – jego film nie był powodem tej straszliwej zbrodni. Na nim jednak skupiła się pierwsza fala krytyki.

Joker - zdjęcia z filmufot. Warner Bros.

Echa tej debaty powróciły, gdy rodzice ofiar masakry w Aurorze wystosowali list do szefowej studia Warner Bros, Ann Sarnof, w którym wyrazili swoje obawy w związku z premierą Jokera. „Nie muszę widzieć zdjęcia Holmesa, wystarczy, że obejrzę trailer Jokera i widzę zdjęcie mordercy” – mówiła Sandy Phillips, matka jednej z zabitych w kinie ofiar. „To jak policzek w twarz” - dodała, przyznając, że boi się naśladowców, osób, które mogą żyć na krawędzi załamania, i dla których film Todda Phillipsa będzie inspiracją do popełnienia zbrodni. Twórcy listu nie domagali się usunięcia filmu, chcieli aby Warner Bros. jako firma poczuła się do odpowiedzialności i włączyła się do kampanii próbującej zmienić reguły dotyczące broni palnej w USA. Filmowy gigant odpowiedział, wydając oświadczenie, w którym można przeczytać, że Joker jest postacią fikcyjną, a film nie ma na celu ukazania go jako bohatera i nie jest odzwierciedleniem prawdziwych zbrodni, wyjaśniając też strategię firmy w jej działaniach charytatywnych. Joker nie zostanie też wyświetlony w kinie w Aurorze, w którym doszło do morderstw, nie tylko ze względu na szacunek i pamięć ofiar, ale też ze względu na traumę, jaką może wywołać w widzach w tym konkretnym miejscu.

Nie wszyscy członkowie rodzin ofiar są zaniepokojeni Jokerem. Mike Senecal twierdzi, że jego córka potrafiła odróżnić fikcję filmową od prawdziwego życia i nie poparłaby listu wystosowanego do Warner Bros. Według niego brutalni ludzie istnieją i będą istnieć, bez względu na to, czy Joker wyjdzie, czy zostanie wycofany. Tom Sullivan, który stracił w Aurorze syna, nie wierzy w to, że produkcja może popchnąć kogoś do podobnej zbrodni. Dla niego to tylko film. Z kolei Pierce O’Farril, który przeżył masakrę z licznymi ranami postrzałowymi, przyznał, że choć seans kinowy mógłby wywołać w nim atak paniki związany ze stresem pourazowym, nadal chce obejrzeć Jokera i twierdzi, że Warner Bros. ma prawo kręcić takie filmy, jakie uzna za stosowne i nie popiera cenzury. W tym samym czasie żołnierze armii amerykańskiej otrzymali informacje o potencjalnej próbie zamachu podczas jednego z pokazów Jokera, instruujące, jak reagować w sytuacji, gdyby do owego zamachu doszło. Ostrzeżenie wysłane drogą mailową powstało na skutek aktywności w social mediach radykalnej grupy „incel”, która rzekomo podziwia atak Holmesa w Aurorze, jak i samą postać Jokera, i której członkowie mogą próbować dokonać podobnej zbrodni. W obliczu tych informacji, policja z Los Angeles postanowiła wzmocnić środki ostrożności podczas oficjalnej, uroczystej premiery Jokera i zwiększyć widoczność służb porządkowych. Z kolei sieć kinowa Landmark Theatres zabroniła wstępu na seanse widzom przebranym w kostiumy.

Wszystko to stworzyło atmosferę strachu i podwyższonego ryzyka. To już nie jedynie kontrowersje związane z filmem, to jawny sygnał płynący z mediów, które wytwarzają panikę, bardzo często wyraźnie sugerując, że Joker faktycznie doprowadzi do tragedii. Należy zastanowić się, co jest bardziej niebezpieczne – film o fikcyjnej postaci rodem z komiksu, która w masowej popkulturze istnieje od 80 lat i była portretowana przez kilku aktorów Hollywoodzkich, czy medialna nagonka uprzedzająca fakty, podsycająca grozę i demonizująca film fabularny? Sytuacja zaczęła robić się groteskowa, gdy w zasadzie niektórzy dziennikarze i krytycy byli święcie przekonani, że Joker popchnie kogoś do morderstwa. To jak samospełniająca się przepowiednia i jeśli – odpukać – naprawdę zdarzy się w związku z filmem jakaś tragedia, kto wtedy będzie winny? Joker jako postać? Joaquin Phoenix i Todd Phillips jako twórcy? A może ci, którzy na potęgę pisali artykuły prasowe, podsycając często narcystyczne zapędy psychopatów, do których od miesięcy płynie tylko jeden przekaz? To bardzo niebezpieczna i nieodpowiedzialna gra ze strony mediów, w dodatku podszyta hipokryzją.

Strony:
  • 1 (current)
  • 2

Źródło: Zdjęcie główne: Warner Bros.

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV