Poddałem się filmowej charakteryzacji. Jak to jest usiąść na fotelu i przejść metamorfozę?
27 sierpnia odbył się dzień prasowy w Warszawskiej Szkole Filmowej z okazji startu nowego kierunku – charakteryzacji i wizażu. Zaproszeni dziennikarze zostali poddani metamorfozom wykonanym przez profesjonalistów, którzy będą wykładać na tym kierunku.
Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest poddać się filmowej charakteryzacji? Widzimy ją niemal w każdej produkcji! Począwszy od jakichś małych, teoretycznie prostych rzeczy – np. blizn czy niewielkich ran, skończywszy na ogromnych metamorfozach w stylu filmów Marvela, ale nie tylko!
Weźmy na przykład Gary'ego Oldmana, który przeobraził się w Winstona Churchilla w filmie Czas mroku. Ta wymagająca charakteryzacja trwała 3 godziny i 45 minut – i tak każdego dnia! Efektem była realistyczna przemiana w postać i Oscar za charakteryzację. Sam Gary Oldman zdobył statuetkę za swoją kreację aktorską.
Gdy efekty komputerowe zaczęły dominować w kinie, pojawiały się głosy, że to koniec epoki charakteryzacji, bo CGI wyprze ją z łask. Nic bardziej mylnego! To nadal jest ważne i potrzebne. Bez tego trudno sobie wyobrazić współczesne kino. Efekty komputerowe nie są lekiem na wszystko. Pamiętajmy, że charakteryzacja to jednak niełatwa rzecz!
Fotel charakteryzatorów, czyli tu dzieje się magia
Udając się na dzień prasowy do Warszawskiej Szkoły Filmowej, miałem świadomość, że usiądę na fotelu charakteryzatorów i coś ze mną zrobią, ale nie wiedziałem, co dokładnie. Zajęli się mną Filip Zagórski (również wykładowca na tym kierunku), który pracował między innymi przy filmach Pokolenie Ikea oraz Apokawixa, oraz Karolina Adamiec (pełniła funkcję asystentki charakteryzatora przy takich tytułach jak Apokawixa czy Forst).
Na wstępie dowiedziałem się, że będę mieć zagojone oparzenia na pół twarzy! Ekscytujące! Poniekąd trzeba było więc zrobić to, co robią przy filmach o Deadpoolu – gdy Ryan Reynolds zdejmuje maskę superbohatera, ma całą głowę i twarz w zagojonych oparzeniach. Karolina wyjaśniła mi, że podczas procesu nakładania oparzeń korzysta się ze specjalnej substancji do odlewu na bazie kleju charakteryzatorskiego. Przygotowuje się go wcześniej – w zależności od wielkości to są dni lub tygodnie. Dlatego też praca specjalisty nie zaczyna się w momencie nakładania, ale z dużym wyprzedzeniem, by w odpowiednim czasie mieć już dostępne narzędzia. Plastry z oparzeniami były po kolei nakładane na lewą stronę mojej twarzy. Co ciekawe, jest to tak zrobione, że nakleja się to na wodę, podobnie jak tatuaż. Jest to jedna z metod naklejania trójwymiarowych elementów charakteryzatorskich. Po jakimś czasie podszedł do nas Cezary Kostrzewski (również jeden z wykładowców – główny charakteryzator filmu Apokawixa) i zaproponował Filipowi, by na drugą stronę twarzy dodać rozciętą ranę, z której leci krew.
Obie rzeczy wydają się proste na pierwszy rzut oka, prawda? W końcu to tylko oparzenia i jakaś rana na pół twarzy. Nic bardziej mylnego! W tym właśnie leży klucz do zrozumienia pracy charakteryzatorów: aby coś teoretycznie zwyczajnego wyglądało realistycznie, potrzeba wiedzy i niezwykłego podejścia do szczegółów. Każdy charakteryzator czy asystent charakteryzatora musi zrobić research, by wiedzieć, jak takie oparzenia wyglądają. Dzięki temu dopracowuje detale i zachowuje realizm. Naklejanie tego na moją twarz trwało około 20 minut, a kolejne pół godziny zajęła praca z pędzelkiem, aby kolorystycznie dopasować oparzenia do reszty skóry. Efekt musi być naturalny – tak, by osoba przechodząca obok mnie, bez wiedzy o tym, że to charakteryzacja, myślała, że tak po prostu wyglądam. Tak samo było z raną, którą również przygotowano wcześniej, a na miejscu dopasowano do koloru twarzy. Krew wylewająca się z rany podbiła efekt. Coś niesamowitego!
Wiemy, że te rozbudowane charakteryzacje znane z kinowego ekranu zajmują średnio 4–5 godzin. W moim przypadku zamknęliśmy się mniej więcej w godzinie. Cały proces przypominał trochę współpracę z malarzami. Na fotelu charakteryzatorów stajesz się dla nich płótnem. Wszystko wygląda tak, jak na filmach zza kulis: specjalne wygodne krzesło na podwyższeniu, stolik z narzędziami oraz lustro, w którym możecie patrzeć, co się dzieje i jak powoli, krok po kroku, powstaje finalny efekt. Bardzo specyficzne doświadczenie, bo widzicie, jak się zmieniacie. Wyobraźcie to sobie – patrzycie w lustro i macie ranę z krwią na pół twarzy. Nietypowe uczucie. A gdy Filip z Karoliną rozmawiali ze sobą branżowym językiem, czułem się tak, jakbym słuchał tajemnych zaklęć w pradawnym języku elfów, których znaczenia nie znam. Dosłownie!
Realizm charakteryzacji, czyli test na placu boju
Gdy Filip i Karolina skończyli swoje dzieło, mogłem przyjrzeć się efektom. Nie kryłem zdumienia. To doświadczenie pozwala docenić ich starania, bo nawet pozornie najprostsza praca wymaga czasu, niezwykłej precyzji i szczególnych umiejętności. Każdy w Warszawskiej Szkole Filmowej wiedział, że to charakteryzacja, ale trudno było niektórym osobom ukryć zaskoczenie, jak dobrze i realistycznie wyszła. A co, jeśli zderzyłbym się z kimś, kto nie wie, że to nie jest prawdziwe?
W trakcie wydarzenia miałem umówiony wywiad w pobliskiej kawiarni. Postanowiłem udać się na niego w pełnej charakteryzacji, by przy okazji zobaczyć reakcje ludzi. Początkowo szedłem tak, że zakrywałem ranę. Oparzenia na pół twarzy spotykały się ze zdumionymi spojrzeniami przechodniów. Nawet obsługa przywitała mnie zdziwionym spojrzeniem i za bardzo nie wiedziała, jak zareagować. Oczywiście wyjaśniłem szybko, co i jak. Aktorka, z którą miałem wywiad, też trochę przestraszyła się mojej aparycji – zastanawiała się, co się stało! To było dla wszystkich dziwne doświadczenie. Widzieli koszmar, krew i jednocześnie uśmiechniętego, wesołego człowieka. Coś tu nie grało! Ten test pokazuje, jak realizm charakteryzacji działa poza ekranem kina. Filmowa magia sprawiła, że nikt nie wiedział, że to nie jest prawdziwe!
Nigdy nie sądziłem, że będę mógł przeżyć coś takiego. Doświadczenie bycia płótnem dla charakteryzatorów to naprawdę coś wyjątkowego i pozwalającego docenić ich pracę jeszcze bardziej. Proces zdejmowania trwał prawie pół godziny, więc nic nie jest takie szybkie i proste. Efekt zawsze wymaga czasu. Tak tworzy się filmowa iluzja.


