Zapomniany film Christophera Nolana. Sam nazwał go swoją najbardziej niedocenioną produkcją
Christopher Nolan przyzwyczaił widzów do pewnego stylu, jednak jego pierwszy duży film zupełnie do niego nie pasuje. Oto wspomnienie pewnej produkcji z 2002 roku, którą trudno połączyć z nazwiskiem słynnego reżysera.
Jaki jest styl Christophera Nolana? Na tak zadane pytanie nie ma prostej odpowiedzi, ale i tak spróbuję swoich sił. Przede wszystkim znakomita większość filmów tego twórcy to wielkie widowiska – komiksowe (wspaniała trylogia Batmana), science-fiction (Incepcja, Interstellar, Tenet, do tego gatunku zaliczyłbym także nieco bardziej kameralny Prestiż) i historyczne (Dunkierka, Oppenheimer). Wszystkie te produkcje łączy fakt wykorzystania praktycznych efektów specjalnych, bogactwa wspaniałych kostiumów i charakteryzacji. To wielkie kino i w większości blockbustery działające na wyobraźnię.
Christopher Nolan przyzwyczaił nas też do znajomych twarzy, które niemal zawsze pojawiają się na ekranie w jego filmach. Sztandarowy przykład to Cillian Murphy, ale można też w tym miejscu wymienić takie nazwiska jak Michael Caine, Tom Hardy czy Christian Bale. Brytyjski twórca przywiązuje się do znanych nazwisk i lubi kontynuować raz nawiązaną współpracę. Ostatnio upatrzył sobie Matta Damona: aktor najpierw zagrał w Oppenheimerze, a teraz dostał główną rolę w nadchodzącej Odysei. Nie ma nic dziwnego w tym, że reżyser lubi działać z konkretnymi osobami. Tim Burton miał Johnny'ego Deppa i Helenę Bonham Carter. Robert Zemeckis uwielbia pracować z Tomem Hanksem. I tak dalej, i tak dalej.
Christopher Nolan ma już sprawdzoną gwardię, ale tak się składa, że w swojej późniejszej karierze ani razu nie współpracował z nikim obsadzonym w swoim pierwszym naprawdę dużym filmie. Filmie, który sam twórca nazwał najbardziej niedocenioną produkcją w swojej karierze.

Zapomniany film Christophera Nolana: Bezsenność
Robin Williams, Hilary Swank i wielki Al Pacino trafiają na Alaskę, gdzie trwa obecnie dzień polarny. Nie będę wdawał się w szczegóły, żeby nie spoilerować ostatecznych rozwiązań, ale Bezsenność z 2002 roku to naprawdę gęsta, fajna i skomplikowana historia. Widać w niej dużą inspirację skandynawskim kryminałem. Film jest w końcu remakiem norweskiej produkcji z 1997 roku ze Stellanem Skarsgardem w roli głównej.
Dlaczego lubię Bezsenność? Po pierwsze, to chyba najlepsza rola Ala Pacino w XXI wieku, może obok Rekruta. Wizualnie film zachwyca: mamy wspaniałe widoki, doskonałą pracę kamery i zdjęcia. Scenariusz także został świetnie napisany i nie czuć w nim sztuczności. Dialogi są płynne, nie ma momentów ekranowej nudy. Nolanowi udało się opowiedzieć historię, która nie potrzebuje fajerwerków i wybuchów, by wciągnąć widza – która broni się na wielu płaszczyznach nie efektownością, a efektywnością i sposobem, w jaki potrafi grać na emocjach. Twórcy udało się także pokazać w idealny sposób silną, ale nie przerysowaną postać kobiecą, co w dzisiejszym kinie nie jest wcale standardem.
Nolan stworzył kameralny i niemal niszowy obraz. Niestety dzisiaj prawie nikt nie zestawia ze sobą nazwiska reżysera i tego tytułu. Dlaczego? Wydaje mi się, że o wiele więcej osób pamięta jego wcześniejsze Memento niż Bezsenność. Być może wynika to z faktu, że produkcja z 2002 roku nie zaskakuje żadnym nowatorskim rozwiązaniem – wydaje się robotą solidnego rzemieślnika, a nie obdarzonego ogromną wyobraźnią wizjonera. A nie da się ukryć, że Christophera Nolana współcześnie kojarzymy raczej z tym drugim. Poza tym warto pamiętać, że filmowiec nie brał udziału w pisaniu scenariusza do Bezsenności, co może wyjaśniać fakt, dlaczego struktura opowieści nie przypomina jego późniejszych, o wiele bardziej dynamicznych dzieł.

Bezsenność: dlaczego warto dać filmowi szansę?
Osobiście jednak uważam, że mówiąc o dorobku Christophera Nolana, nie możemy zapomnieć o tym tytule. Bezsenność potrafi poruszyć naprawdę ciekawe tematy, takie jak poczucie honoru, próbę uciszenia własnego sumienia czy ludzkie bestialstwo. I robi to na najwyższym możliwym poziomie. Temu filmowi niczego nie brakuje. Nolan Bezsennością nie odkrywa Ameryki, ale tworzy obraz pozbawiony nawet drobnych wad. Przypomina, że da się robić wielkie kino bez wybuchów, kosmicznej technologii, miliona wystrzałów i bomby atomowej. Tu chodzi o zbudowanie klimatu, o współodczuwanie zmęczenia z głównym bohaterem, o dzielenie z nim presji i niedogodności.
Bezsenność to film wielki właśnie dzięki temu, że do uzyskania maksymalnie intensywnego przekazu użyto tak niewielu środków. Szkoda, że Christopher Nolan nie nawiązał po tym filmie kolejnej współpracy z Alem Pacino, który na początku XXI wieku był w naprawdę dobrej formie, ale jakby kompletnie tego nie wykorzystał i rozmienił się na drobne. Przejawem geniuszu Nolana było także obsadzenie Robina Williamsa w takiej, a nie innej roli. Człowiek kojarzony głównie z komediami lub bohaterami melancholijnymi tutaj... nie będę Wam zdradzać, musicie sami zobaczyć, jeśli jeszcze tego filmu nie znacie.
Z całego serca polecam Wam film Bezsenność. Mogę się założyć, że po seansie będziecie delikatnie skonfundowani. Nie uwierzycie, że twórcą tego filmu jest ten sam Christopher Nolan od Incepcji czy Interstellar. Odbiega nieco od tego, do czego przyzwyczaił nas reżyser, ale właśnie dzięki temu pokazuje wachlarz jego możliwości.

Co sam Christopher Nolan uważa o Bezsenności?
Na początku napisałem, że sam Christopher Nolan uważa Bezsenność za jeden ze swoich najbardziej niedocenionych filmów. Przypominam więc jego słowa, pochodzące z książki The Nolan Variations autorstwa Toma Shone'a (cytat opublikowało @NolanAnalyst na X):
W sumie nie mnie to oceniać, ale od czasu do czasu, gdy spotykam jakiegoś filmowca, to jest produkcja, którą są zainteresowani albo o której chcą ze mną porozmawiać. Więc tak, jestem z niego bardzo dumny.

