Śmierć i zmartwychwstanie kina superbohaterskiego

Kino superbohaterskie powoli wchodzi w okres dorosłości, o czym najlepiej świadczą filmy Deadpool i Logan: Wolverine. W tym tekście stawiamy odważną diagnozę: cały gatunek już umarł. I... odrodził się na nowo.

A gdy otworzył pieczęć czwartą, usłyszałem głos czwartego Zwierzęcia mówiącego: Przyjdź!
I ujrzałem: oto koń trupio blady, a imię siedzącego na nim Śmierć, i Otchłań mu towarzyszyła. (Ap 6: 7-8)

Większość znawców tematu za początek współczesnego kina superbohaterskiego uznaje film X-Men z 2000 roku. Niektórych fanów gatunku jeszcze wtedy nie było na świecie, inni z kolei zatracali się w ekranowych popisach Tsubasy czy innego członka Power Rangers. Z biegiem lat jednak filmowi trykociarze dojrzewali, a ich coraz liczniejsi miłośnicy wraz z nimi. W międzyczasie powstawały wielkie Kinowe Uniwersa, zmieniali się aktorzy wcielający się w role konkretnych bohaterów, dochodziło do przeróżnych restartów franczyz – ot, swoiste tango zmieniającej się rzeczywistości i nieustannie rosnącej popularności komiksowych herosów. Wszystko po to, by odpowiedzieć sobie na pytanie fundamentalne: kim dla współczesnego widza właściwie jest superbohater? Nie ma więc żadnego przypadku w tym, że wraca ono do nas jak bumerang. Zwłaszcza teraz, gdy cały gatunek w odmienionej formie zbliża się do świętowania swoich osiemnastych urodzin. Siłą rzeczy czeka już na niego egzamin dojrzałości; niesforny dzieciak z początku XXI wieku w mgnieniu oka wyrósł nam na nastolatka, który wciąż i wciąż chce postawić krok w kierunku dorosłości. Sęk w tym, że by tak się stało, kino superbohaterskie najpierw musi umrzeć i potem odrodzić się na nowo.

Na początku był chaos

Przed 2000 rokiem cały gatunek radził sobie różnie. Richard Donner w Supermanie z 1978 roku za punkt honoru postawił sobie przekonanie widzów, że człowiek w majtkach na kalesonach potrafi latać, a cuda na tym świecie i tak się zdarzają – czy tego chcemy, czy nie. Marlon Brando po latach wyznał jednak w jednym z wywiadów, że nigdy w życiu nie czuł się tak upokorzony, jak właśnie na planie tego filmu. Legendarny aktor miał wielki problem z „debilizmem” scenariusza i jego „oderwaniem od rzeczywistości”. Zdaje się, że te słowa musiał słyszeć Tim Burton, który w obu częściach swojego Batmana z uporem maniaka korzystał z estetyki neogotyckiego mroku. Ten zabieg pozwolił mu lepiej oddać naturalizm dzieła. Co więcej, udało mu się to już wtedy, gdy twórcy komiksów dopiero co zaczęli eksperymentować z poważniejszą perspektywą w opowiadaniu historii o herosach. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że Burton był tu tylko wyjątkiem od pewnej reguły: w końcu jego Arcymrocznemu Rycerzowi, gdy tylko spuścił go z oczu, na kostiumie zaczęły wyrastać sutki. To było echo kampu z komiksów lat 60. XX wieku; estetyka kiczu, symbolizowana bodajże najlepiej przez pamiętny batspray na rekiny, która z niejasnych przyczyn determinowała podejście do herosów w Hollywood przez długie lata. Dość powiedzieć, że w niezrealizowanym filmie Superman Lives tytułowy bohater w trzecim akcie miał walczyć z… gigantycznym pająkiem. Dziś będziemy patrzeć na tego typu zabiegi fabularne z uśmiechem politowania; jeszcze dwie dekady temu były one jednak papierkiem lakmusowym tego, jak X Muza chce prowadzić dialog z komiksami superbohaterskimi. Patowa sytuacja ktoś musiał tę absurdalny pociąg zatrzymać.

Pierwsza i ostatnia wieczerza trykociarzy

Rękawicę podniósł Bryan Singer we wspomnianym już filmie X-Men. W gruncie rzeczy pokazał on, że możliwe jest stworzenie poważnego spektaklu o superbohaterach, w dodatku osadzonego w wiarygodnym i realistycznym świecie. Niemal wszystko, co powstało w obrębie gatunku później – od Spider-Manów Sama Raimiego przez zagłębienie się w duszę Mrocznego Rycerza w trylogii Christophera Nolana po gwałtownie rozrastające się pop opery Kinowych Uniwersów Marvela i DC – mniej lub bardziej korzystało ze zbudowanego przez Singera modelu. Co więcej, reżyser pierwszego filmu o mutantach postawił przed światem początku XXI wieku coś na kształt zwierciadła. Nie ma więc żadnego zbiegu okoliczności w tym, że z biegiem lat kino superbohaterskie zaczęło pretendować do miana doskonałej symulacji współczesnej cywilizacji Zachodu. Moralne przypowiastki rozpisywane pod dyktando kultury masowej, podwójne tożsamości, mroczne tajemnice, proroctwa o bliżej nieokreślonej apokalipsie, przelotne romanse, triumf indywidualizmu, wreszcie zmieniające się wzorce poprawności politycznej. Herosi z obiektu weekendowej rozrywki w mgnieniu oka stawali się trybunami ludowymi: zaczęli pytać o wartości moralne, skomplikowany taniec dobra i zła, porządek społeczny, prawdę i rolę USA we współczesnym świecie. Oczywiście mieliśmy tu do czynienia z wytrawnym kamuflażem: to, co poważne, było widzom serwowane pod płaszczykiem (czy raczej peleryną) czystej rozrywki, ot – kolokwialnego „odmóżdżenia”.

Ostatnia wieczerza - superbohaterowie
Źródło: Inviverse

Nie miało więc specjalnego znaczenia, czy twórcy filmów o herosach bawią się konwencją, zabierając widzów w czasy II wojny światowej, rozwiązując zagadki detektywistyczne na modłę kina noir, snując teorie spiskowe, latając przez nieskończone połacie kosmosu czy serwując nam ocierające się o psychodelię doznania. Wszystko jest dozwolone, byleby nie majstrować przy sprawdzonej recepturze, która w cudowny sposób doprowadza do odpływu pieniędzy z portfeli fanów i zupełnych laików w kwestii trykociarzy. Nawet Mroczny Rycerz, uznawany przez niektórych za opus magnum gatunku, gdzieś na najgłębszym poziomie myśli jajogłowych studia Warner Bros. miał jeden podstawowy cel: pokazać, że mrok i posępność są dzisiaj „cool”, „w dechę”, „trendy” i Bóg wie co tam jeszcze. Jakiż to zastanawiający zbieg okoliczności, że Bruce Wayne z trylogii Nolana de facto musiał zachowywać się jak John Wayne w większości swoich filmów – ostatni sprawiedliwy, samotny jeździec w krainie chaosu, balansujący gdzieś na cienkiej granicy prawa i przestępstwa. Ten przepis na kino superbohaterskie sprawdzał się wyśmienicie, jednak chyba nikt nie miał wątpliwości, że w perspektywie długofalowej będzie musiał zostać wyparty i nie ma szans na to, by tę samą opowiastkę w nieskończenie wielu formach wciąż i wciąż serwować widzom na nowo. Cały gatunek zaczął powoli dochodzić do ściany; by ją przebić, należało najpierw pokazać, że herosi mają faktycznie COŚ do powiedzenia.

Źródło: Zdjęcie główne: 20th Century Fox
Strony: 12

Najlepsze z 24h

Adam Siennica
0 -

Nowa Trylogia Gwiezdnych Wojen: o czym…

Lucasfilm oficjalnie ogłosił nową trylogię Gwiezdnych Wojen, która nie będzie związana fabularnie z Sagą Skywalkerów.…

Piotr Piskozub
0 -

Przypominamy obsadę niezrealizowanego Justice League Mortal.…

Liga Sprawiedliwości spotkała się z chłodnym przyjęciem - wiele portali wykorzystuje ten fakt do przypomnienia…

Piotr Piskozub
0 -

Liga Sprawiedliwości morduje Avengers i X-Men…

W jednym z chińskich kin pojawił się nietypowy plakat promujący film Liga Sprawiedliwości.

Piotr Piskozub
0 -

Brett Ratner miał brać udział w…

Dziennikarze Los Angeles Times opisali, w jaki sposób w 1991 roku Brett Ratner i Russell…

Michalina Reda
0 -

Oto zwiastun 5. sezonu serialu Agenci…

Po klipach i zdjęciach promocyjnych, w sieci pojawił się pełny zwiastun nadchodzącego sezonu serialu Agenci…

Michalina Reda
0 -

Superbohaterowie łączą siły. Zobacz pełny zwiastun…

Stacja The CW udostępniła rozszerzony zwiastun crossovera seriali Supergirl, Flash, Arrow i Legends of Tomorrow.…

Co o tym sądzisz?