Współcześnie efekty specjalne kojarzone są głównie z komputerowo generowaną rzeczywistością, którą masowo możemy zaobserwować, oglądając hollywoodzkie blockbustery. Należy zaznaczyć, że efekty specjalne to nie tylko cyfrowa iluzja. To także charakteryzacja, inscenizacja, pirotechnika i inne rzeczy tworzone bezpośrednio przed kamerą, które w polskim kinie pojawiały się bardzo często. Zobaczmy, jak wyglądały efekty specjalne w polskich filmach na przestrzeni lat.

W miarę rozwoju efektów specjalnych na świecie, stopniowo zaczęto posługiwać się nimi i w Polsce. Jednym z pierwszych efektów w filmach była tzw. tylna projekcja. Metoda ta polegała na odgrywaniu scen na tle ekranu, na którym wyświetlane były nagrane wcześniej plenerowe sceny. Pozwoliło to uniknąć kłopotów z nagraniem dźwięku, który w plenerze sprawiałby wtedy problem. Najczęściej stosowano tę metodę przy kręceniu scen jazdy samochodem, gdzie tylna projekcja wyświetlana była na tylnej szybie samochodu. W Polsce efekt ten możemy zobaczyć, nie w samochodzie, ale w Pociąg Jerzego Kawalerowicza z 1959 roku. Pokazuje to fragment po 30. sekundzie poniższego filmu:

Dekadę później, czyli w latach 70., twórcy rozwinęli tę metodę, filmując samochody ustawione na lawetach. Te jeździły już po rzeczywistym plenerze, a filmowany samochód sprawiał wrażenie, że aktorzy naprawdę go prowadzą.

Wyostrzając kontrast między kinem a rzeczywistością

Cofnijmy się jednak odrobinę w czasie, do lat 60., bo to czas, w którym mogliśmy zobaczyć jeden z pierwszych polskich filmów fantasy. Sam gatunek wskazuje, że w filmie może (a nawet powinno) pojawić się coś nierealnego. I tak też było z filmem O dwóch takich, co ukradli księżyc z 1962 roku, w którym pojawia się gadające drzewo. Najintensywniejszym okresem dla takich kreatur w kinie były lata 80. Był to czas, w którym tworzyli dwaj „specjaliści od niezwykłości”, czyli Janusz Król i Marek Piestrak. Twórcy ci pracowali przy filmach, które w Polsce nie miały jeszcze racji bytu. Mimo nieprzychylnych ocen krytyków, tworzyli własne kino przepełnione fantastycznymi istotami. I oglądając te właśnie fantastyczne istoty, możemy zobaczyć ówczesne efekty specjalne, polegające na tworzeniu kostiumów, kukieł czy papierowych makiet. Tytułowa kreatura z filmu Biały Smok (1986) to jeden z tego przykładów, bo filmowy smok to w rzeczywistości dwumetrowa kukła z ażurowym szkieletem, pokryta na zewnątrz lekkimi materiałami i pianką do uszczelniania lodówek:

źródło: mat. prasowe

Smok poruszał się dzięki dwóm operatorom, znajdującym się w jego wnętrzu. Inny przykład ówczesnych efektów to Trzeci Khuman z filmu Klątwa Doliny Węży (1987). Jest to wężopodobny potwór zrobiony ze sztywnej makiety, który w założeniu miał być ruchliwym i oślizgłym potworem.
Przy tworzeniu tych wszystkich efektów nie obywało się bez trudności – w końcu twórcy mieli ograniczone możliwości techniczne. Wszystkie metody, które stosowali, były jeszcze niesprawdzone i przede wszystkim pracochłonne. Mimo tego nie zrezygnowali ze swojej pasji i dali nam kino przepełnione fantazją i grozą. Klątwa Doliny Węży zawiera jeszcze jedną fantastyczną kreaturę, czyli postać Martina Breechera. Jest to dyrektor tajemniczej organizacji, który wskutek zakażenia jakąś kosmiczną substancją zmienia się w cyklopa-mutanta. Metamorfoza postaci została osiągnięta za pomocą animacji poklatkowej, w której stopniowo, na każdej klatce, nakładano na twarz aktora charakteryzację.

Brak wzorców i studia od efektów

Są też filmy, których twórcy postawili na cudzoziemców w temacie efektów specjalnych. Być może było to spowodowane tym, że w Polsce nie było żadnej wytwórni zajmującej się wyłącznie efektami specjalnymi połączonymi ze zdjęciami trickowymi.
W filmie Kingsajz (1988) Juliusza Machulskiego widzimy Jacka Chmielnika, który spaceruje po nagiej Katarzynie Figurze. W rzeczywistości aktorzy się nawet nie spotkali, a ich ujęcia różni nie tylko odstęp czasowy, ale także miejsce, w którym byli nagrywani. Figura w hali wytwórni w Łodzi, zaś Chmielnik chodził po wyciętych styropianowych kształtach aktorki w Barrandov Studio w Czechach i to Czesi połączyli oba negatywy. Był to kolejny rodzaj efektów specjalnych w Polsce, który możemy zobaczyć w 52. sekundzie zwiastuna filmu. W zwiastunie pojawiają się też inne sceny ze zmniejszonym Chmielnikiem:

W Ogniem i mieczem (1999) Jerzego Hoffmana także pojawiają się efekty, nad którymi pracowali obcokrajowcy. W scenie, w której Longinus Podbipięta ścina za jednym zamachem trzy głowy, widać jeden z nich. Scenę tę zrealizowano za pomocą sztucznych torsów, które zaczęły wypompowywać sztuczną krew po ścięciu głów. Pracowało nad tym studio Machine Shop Special Effect z Londynu. W filmie zaczęto też cyfrowo usuwać elementy z obrazów (wspomniane ścięte głowy spadały prowadzone na tyczkach, które potem usunięto) i cyfrowe efekty to coś, co pojawiało się coraz częściej w polskim kinie.
Mariusz Rokicki, współtwórca efektów specjalnych w polskich filmach, twierdził, że początki komputerowej modyfikacji obrazu były trudne i że nie miały one wiele wspólnego z komputerowymi sposobami na zrobienie efektów, które stosuje się obecnie. Ówczesne efekty polegały na pisaniu przez programistów linijek kodu komputerowego, który dopiero następnie modyfikował obraz. Rezultaty tego można było zobaczyć dopiero po wywołaniu negatywu, co jak można się domyślić, wymagało wielokrotnego powtarzania tej czynności. Jednak użycie komputera uzasadniał bardzo często brak dostępu do np. scenerii czy rekwizytów. Z czasem stało się to o wiele prostsze.

Kończąc z zasadą realności

Do końca lat 90. efekty w filmie w większości podporządkowane były zasadzie realności – filmować to, co widać. Rozwój technologii pozwolił jednak na coraz łatwiejsze uzyskanie wspomnianych modyfikacji komputerowych. Największą zaletą tego było zmniejszanie się np. kosztów zatrudniania statystów, bo można było przecież ich komputerowo pomnożyć i uzyskać tym sposobem tłum ludzi. Przykładem tego jest film Quo vadis (2001), w którym użyto tego sposobu do zapełnienia rzymskiego amfiteatru.
Koniec z zasadą realności świadczył też o tym, że fantastyczne istoty nie musiały być papierowymi makietami czy kostiumami. W Wiedźmin (2001) zobaczyć możemy już nie tylko komputerowe modyfikacje, ale cyfrowo wygenerowane istoty. Mimo iż różnica w efektach z lat 80. była bardzo duża, to cały czas miała z nimi coś wspólnego. A mianowicie brak opatentowanych sposobów. Twórcy efektów z Wiedźmina wszystkiego musieli nauczyć się sami, a przy pracy brakowało chociaż jednej doświadczonej osoby. Udało im się jednak osiągnąć coś, czego jeszcze w Polsce nie było, a jedna z ich kreatur prezentowała się tak jak widać na ilustracji otwierającej tekst:

Janusz Bocian, jeden z twórców wiedźmińskich potworów, stwierdził, że podstawowym problemem przy efektach specjalnych był niski poziom wizualny twórców filmów, którzy nie byli w stanie wyobrazić sobie wielu scen i efektów. Poza Wiedźminem Janusz Bocian pracował m.in. przy filmie Mała Matura 1947 (2010) i ów brak wyobraźni widać na przykładzie sceny, w której tłum wziął samochód na plecy i przeniósł go przez cały plac. Scena ta w rzeczywistości powstała poprzez umieszczenie samochodu na linach, które później w postprodukcji trzeba było cyfrowo usunąć. Na tle kościelnej architektury nie było to proste. Całe tło należało odtworzyć od zera i odciąć wszystkich ludzi machających rękoma i flagami. Najprościej samochód ten można było umieścić na podnośniku, który zasłoniliby ludzie. Jednak to nic, w porównaniu z tym, że efekty specjalne po tych kilku latach były już niemalże niezauważalne. Zwłaszcza w produkcjach historycznych czy wojennych.

Budując atmosferę, osiągając realizm

Cel obecnych efektów specjalnych jest trochę inny niż wcześniej. Bo gdy wcześniej efekty wykorzystywano do tworzenia przedziwnych kreatur, to obecnie zaczęto wykorzystywać je do osiągania realizmu danego miejsca w filmie. W Karbali (2015) wykorzystano ok. 260 ujęć efektowych. Za pomocą obróbki cyfrowej stworzono tam meczety, ulice czy budynki:

Realizm miejsca i czasu został też komputerowo stworzony w Ostatnia rodzina i Wołyń. Choć z pozoru nie wydaje się, by w pierwszym filmie efektów specjalnych było dużo, to w rzeczywistości wszystkie osiedla zostały zrobione za ich pomocą. Problemem było znalezienie prawdziwych, podobnych osiedli, a twórcom zależało na jak najwierniejszym odwzorowaniu PRL-owskiej rzeczywistości. Materiały z realizacji efektów możecie zobaczyć poniżej:

Drugi film, czyli Wołyń, również osiąga swój czasowy realizm. W filmie możemy zobaczyć efekty pirotechniczne (szczególne dla filmów historycznych), a także efekty sprawiające, że wszystkie brutalne sceny filmu stają się rzeczywiste.

Wyostrzając kontrast między kinem a rzeczywistością [2]

Miniony rok, oprócz Wołynia i Ostatniej Rodziny, przyniósł nam także Za niebieskimi drzwiami. W przeciwieństwie do odwzorowania czasów tutaj wracamy z powrotem do filmów fantasy. Dysponujemy już technologią i możemy zrobić coś więcej niż w latach 80. Film ten jest po brzegi wypełniony wizualnymi efektami (składa się z nich praktycznie połowa filmu – około 690 ujęć). Jedna z postaci, ciotka Agata (Ewa Błaszczyk), w jednej scenie staje się potworem chodzącym po ścianie. Scenę tę nakręcono za pomocą odwróconego ruchu kamery (motion control). W filmie możemy zobaczyć również komputerowo zrobionego Krwawca. Poniżej możecie obejrzeć materiał wideo zza kulis powstawania filmu:

Jak to się wszystko zmienia...

Olbiński, twórca efektów mechanicznych i pirotechnicznych w polskim kinie, pracujący m.in.: z Patrykiem Vegą, podkreśla, jak obecnie tradycyjne efekty specjalne wypierane są przez te cyfrowe. Mówi, że gdy w PitBull (2005) jeszcze miał co robić, tak już w Służby specjalne (2014) niekoniecznie. W rzeczywistości pracował tylko przy jednej scenie – scenie rozbicia pięścią szyby w samochodzie, w którym znajdowała się Olga Bołądź. Gdy w Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć (2012) efekty pirotechniczne były jeszcze nagrywane (na greenscreenie i bez udziału aktorów – ale jeszcze nagrywane), tak w Służbach Specjalnych już nie.
Zmieniła się też świadomość twórców filmów i ich wyobrażenie co do efektów specjalnych. Jakub Knapik z Platige Image twierdzi, że kiedyś reżyserzy czy operatorzy nie zadawali pytań i oddawali całe pole do pracy osobie nadzorującej efekty specjalne, a obecnie ich praca coraz bardziej polega na współpracy i rozmowie o poszczególnych elementach filmu.
Twórcy filmowi upodobali sobie efekty specjalne chociażby ze względu na fakt, że za ich pomocą mogą dać widzom to, co w rzeczywistości jest nieosiągalne, a współczesne kino udowodniło już, że można w nim osiągnąć wszystko. Obecnie trwa produkcja nowego Wiedźmina w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Za efekty w filmie odpowiadać będzie Platige Image, która już w Legendach Polskich Allegro (również w reżyserii Bagińskiego) pokazała, na jak wysokim są poziomie, jeśli chodzi o efekty wizualne. Pozostaje nam więc czekać i bacznie obserwować, jak efekty specjalne w polskich filmach będą się jeszcze na przestrzeni lat rozwijać.

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV