Belzebub (2017)

Belzebuth

Belzebub

Na granicy Meksyku z USA dochodzi do serii dzieciobójstw. Agent EMMANUEL RITTER, prowadząc śledztwo w tej sprawie odkrywa, że tajemnicze zbrodnie są prawdopodobnie związane z nadejściem dawnego demona, Belzebuba. Aby powstrzymać falę krwawych morderstw i skonfrontować się ze złem w najczystszej postaci, RITTER będzie musiał najpierw stawić czoła samemu sobie. [opis dystrybutora kino]

Najnowsza recenzja redakcji

Obiecanki Emilio Portesa wywołują zamierzony efekt: intrygują. Jest bowiem Meksyk miejscem, które aż pęka od ogromu potencjału, jeśli chodzi o umiejscowienie tam akcji kina grozy. Meksyk przecież, w swej rządzonej kartelową pięścią codzienności, widzieć się może obcokrajowcom jako świat przerażający, do tej pory żaden współczesny twórca nie zaczął go jednak porządnie eksploatować. Pojawiła się zatem nadzieja: oto ktoś wykorzysta to miejsce w swojej narracji, by stworzyć horror, być może nieudany, ale świeży, straszący w inny sposób, oparty o ciężar zupełnie innego klimatu.

Ta nadzieja nie umiera przez pierwszą połowę filmu, która wydaje się bardziej kryminałem niż straszakiem, umiarkowanie wciągającym i mrocznym (w skrócie: Ritter, specjalny agent, prowadzi śledztwo w sprawie serii dzieciobójstw. Na swej drodze do wstrzymania fali morderstw agent dociera do tropu, który wiąże je z bytem metafizycznym – demonem). Niestety, Meksyk jako miejsce akcji nie pełni tu żadnej odświeżającej funkcji, a twórców nie interesują nawet kwestie społeczne (serio, żadna ze scen nie korzysta z jakiegokolwiek kontekstu; z żadnej z nich nie wynika absolutnie nic ponad to, czym wali po twarzy scenariusz). Dość szybko orientujemy się, że zostaliśmy zrobieni w balona, a Portes ściągnął z taśmy kolejny pozbawiony szczypty oryginalności horror, który od drugiej połowy absolutnie przestaje angażować, rozpoczynając festiwal pod tytułem „widzieliśmy to już setki razy”. Klisze, wrzaski, a do tego – niczym ponury żart i szydercze potwierdzenie powyższych słów – Tobin Bell.

Nie uświadczymy tu też choćby nieudanych prób zaczepienia problematyki nieco mniej oczywistej, a choć film odnosi się do historii chrześcijaństwa, przewija się przezeń polemika z instytucją kościoła, a bohaterowie, powiedzmy, przechodzą przemianę, to wszystko jest tylko i wyłącznie kaskadą utartych etapów, które stanowią obowiązkowy budulec wszystkich innych bliźniaczych horrorów z wrzeszczącymi demonami w tle. Koniec końców, przez spokojniejszy pierwszy akt i zupełnie do niego niepasującą resztę, zawiedzeni poczują się wszyscy – zarówno ci, którzy chętnie by sobie pooglądali więcej krwi i jumpscare’ów, jak i tacy, którym zależy na narracji. Nie wspominając o tym, że od strony technicznej film również nie prezentuje się najlepiej.

Najsmutniejsze w Belzebubieie jest to, że czuć tu pomysł, który – wydaje się – został porzucony w trakcie pisania scenariusza. Wygląda to tak, jakby w obawie przed skonstruowaniem tworu zbyt autorskiego, Portes, zamiast sięgnąć po pewne klasyczne tropy, by się nimi wspomóc, postanowił oprzeć na nich zdecydowaną większość produkcji. I szkoda, bo niesmak pozostał ogromny. Choć nie na tyle, by nie dać reżyserowi szansy w przyszłości. Trzeba mu tylko więcej odwagi. Czego życzę z całego serca.

Co o tym sądzisz?

Zobacz w kinach

Znajdź najbliższe
Brak emisji w tym mieście

Zobacz pełen repertuar >

naEKRANIE Poleca

Dzisiaj urodziny obchodzą

Mark Gatiss

Mark Gatiss

ur. 1966, kończy 53 lat

Max Irons

Max Irons

ur. 1985, kończy 34 lat

Michael McKean

Michael McKean

ur. 1947, kończy 72 lat

Chris Lowell

Chris Lowell

ur. 1984, kończy 35 lat

Rob Marshall

Rob Marshall

ur. 1960, kończy 59 lat

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV