Wojownicze Żółwie Ninja: Bodycount (1996)

Wojownicze Żółwie Ninja: Bodycount

Zainspirowani magazynem „Heavy Metal” i filmami Johna Woo, Kevin Eastman i Simon Bisley prezentują mroczniejszą wersję Wojowniczych Żółwi Ninja. Spodziewajcie się krwawej jatki, mistrzowskich rysunków i nieustającego terkotu absurdalnie wielkich karabinów maszynowych. W użyciu będą też noże, miecze, granaty ręczne, nabijane gwoździami pałki i kij hokejowy. Kałabanga!

Najnowsza recenzja redakcji

Jeśli ktoś spodziewa się przemyślanej, spójnej fabuły i wartościowego przesłania, to srogo się rozczaruje. Wielbiciele frywolnych przygód uczniów Splitnera (znanych, choćby z kreskówki z lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku) także nie mają tu czego szukać. Bodycount to bowiem nieskrępowana, zakazana jazda bez trzymaki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Recenzowane dzieło należy postrzegać jako opowieść dla dorosłych czytelników, których nie zszokują sceny brutalnych mordów i wulgarne słownictwo. Rzecz jasna, nie należy brać powyższych słów jako zarzutu. W końcu mamy do czynienia z historią nieposkromionego duetu Eastman/Bisley.

Fabuła komiksu jest prosta, żeby nie powiedzieć prostacka. Wszystko zaczyna się od chaotycznej bijatyki w podrzędnej knajpie, w której uczestniczy zahartowany kumpel Żółwi Ninja, były hokeista, Casey Jones. Samozwańczy mściciel spotyka piękną nieznajomą, ściganą przez groźnych przestępców. Oprychami przewodzi doświadczony płatny morderca, Johnny Woo Woo. Czarnowłosa dama, o jakże odpowiednim do jej charakteru imieniu Midnight, pracowała dla mafii. Po niefortunnym zdarzeniu została skazana na śmierć przez swych mocodawców. Do akcji niemal natychmiast wkracza Raphael – najlepszy kumpel Caseya, a zarazem najbardziej nieprzewidywalny z czwórki żółwi.

Para wojownik pomaga Midnight dotrzeć do bezpiecznej przystani dla nieszczęśników, zwanej azylem. Mimo niechęci Rapha, bohaterowie postanawiają wesprzeć seksowną damę w potrzebie. Zaczyna się morderczy wyścig z czasem, w którym trup ściele się gęsto, krew wypływa z ciał hektolitrami, a dzieło zniszczenia na ulicach Nowego Jorku rozprzestrzenia się z każdym kolejnym kadrem. Rzeczony album ociera się o granicę smaku. Trójka wyrzutków dociera do azylu, który znajduje się w opuszczonym kościele, a przywódca tego przybytku uważa się za mesjasza. W tej scenie Eastman wyśmiewa religię chrześcijańską, piętnując psychopatów w przebraniu proroka. Ciekawie wypadają bohaterowie opowieści, zwłaszcza: wyzywająca Midnight, morderczy Johhny Woo Woo o metalowych ramionach i przebiegły detektyw Choy. Wisienką na torcie jest ostateczna konfrontacja Midnight z Woo Woo oraz elektryzująca relacja Raphaela z Casey Jonesem.

Bodycount to przede wszystkim popis talentu Simon Bisleya. Brytyjski artysta ma niesamowitą smykałkę w ilustrowaniu scen bijatyk, dzikich strzelanin i zaciętych starć rasowych morderców. Brytyjczyk słynie z rysowania umięśnionych męskich ciał, ociekających seksapilem, pięknych kobiet oraz wszelakiej maści degeneratów i wykolejeńców. W niniejszym woluminie po mistrzowsku naszkicował Raphaela; podobne zdanie można powiedzieć o kreacji jego walecznego kompana. Warto także wyróżnić żywą kolorystykę, całostronicowe, dopieszczone kadry oraz galerię szkiców i okładek.

Recenzowany komiks to smakowite i apetyczne danie typu fast food, z wszystkimi możliwymi składnikami. Dla wielbicieli dzikich komiksów Bisleya (kłaniają się albumy z łebskim Lobo), uniwersum Żółwi Ninja i  twórczości Kevina Eastmana rzecz obowiązkowa. Krwawa draka w doskonałej oprawie graficznej. Raph i Casey Jones wymiatają!

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV