Menu
Reklama
Reklama

Recenzja filmu: Assassin's Creed

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!
Ocena recenzenta:6/10

Assassin’s Creed – recenzja spoilerowa

Assassin's Creed to nowy film oparty na serii popularnych gier. W recenzji poznacie opinię z perspektywy fana gry.

Negatywne oceny krytyków nie powodują u mnie efektu odrzucenia. Wręcz przeciwnie. Jestem jeszcze bardziej zmotywowany, by przekonać się czy rzeczywiście produkcja ta jest tak zła, jak ją opisują. Zachowuję się tak przeważnie przy filmach co do których, pokładane są wielkie nadzieje, oczekiwania są ogromne, a hype nieustannie rośnie.

Wielokrotnie zawiodłem się już na opiniach krytyków, dlatego od dłuższego czasu nie sugeruję się nimi. Z podobną sytuacją spotkałem się odnośnie Batman v Superman: Świt sprawiedliwości i Warcraft: Początek. Oczywiście z wieloma argumentami przeciwko tym tytułom w zupełności się zgadzam, jednak mimo wszystko oglądając obydwa te filmy bawiłem się świetnie. Stąd też do pierwszych ocen Assassin’s Creed podszedłem z wielkim dystansem.

Filmowy Assassin’s Creed zapowiadał się na projekt, który jako adaptacja popularnej serii gier może się naprawdę udać. Pomimo niezbyt zachęcającego pierwszego zwiastuna, w którym tragicznie dobrano podkład muzyczny (fani szybko zareagowali podmieniając go na utwór z gry), kolejne materiały promocyjne napawały większym optymizmem. Trailer nie ostudził mojego zapału jednak miałem nadzieję, że opadnie mi szczęka, jak w przypadku, niektórych zajawek z gier. Z czasem napływały kolejne informacje, z których dowiedzieliśmy się, że wątek współczesny ma zajmować zdecydowanie więcej czasu ekranowego niż wspomnienia przodka. W pewnym sensie ucieszyłem się z takiego przebiegu zdarzeń. Prawdopodobnie jestem jedną z niewielu osób, którym motyw ten przypadł do gustu w grach. Jest on spoiwem łączącym wszystkie części tej sagi i bardzo żałuję, że w ostatnich odsłonach potraktowany został po macoszemu.

Dla osób nie zaznajomionych z grami fabuła może okazać się niezrozumiała. Twórcy starają się jak tylko mogą żeby wyjaśnić wszystko w najprostszy możliwy sposób. Niestety do scenariusza wkradło się kilka niejasności. Zdecydowano się opowiedzieć historię zupełnie nowego bohatera, wykreowanego na potrzeby filmu, który wbrew swojej woli przetrzymywany jest w Abstergo (laboratorium badawczym). Sam koncept Animusa czyli maszyny dzięki, której bohater może się znaleźć w skórze Aguilara – swojego przodka, asasyna żyjącego w XV-wiecznej Hiszpanii został trochę zmodyfikowany w stosunku do gier. Scenariusz jest niedopracowany przez co nawet zagorzali fani mogą pogubić się na jaką koncepcję w końcu postawiono. Głównie chodzi o odnalezienie tajemniczego artefaktu „rajskiego jabłka”, przez współczesnych templariuszy, a gdzie się ono znajduje wiedział tylko Aguilar. Maszyna w grach odczytywała wspomnienia zapisane w kodzie genetycznym. W filmie zamysł jest podobny i w sumie całkiem ciekawie przedstawiono w jaki sposób główny bohater – Callum Lynch (Michael Fassbender) ich doświadcza. Można rzec, że wciela się on dosłownie w swojego protoplastę i jego oczami uczestniczy w całej tej przygodzie. Wraz z rozwojem fabuły przypięty do maszyny (coś na wzór wielkiego ramienia zakończonego uchwytem przypominającym szczypce) nabywa nowe umiejętności posiadane przez swojego przodka. Przez większość czasu towarzyszy mu Sofia (Marion Cotillard) ta dobra wśród tych złych, którą jako jedyną interesują losy Lyncha, a na pierwszym miejscu stawia naukę, a nie cele stawiane przez jej ojca (Jeremy Irons).

Koncept zmodyfikowania Animusa względem gier jest ciekawy, jednak ostatecznie wolałem podstawowy zamysł (na zasadzie łóżka, leżaka). Nie do końca wyjaśniono też w jaki sposób współcześni templariusze obserwują te wydarzenia. Wiele razy odniosłem wrażenie, że dostrzegają oni niemal to samo co główny protagonista. Natomiast w praktyce widzieć powinni tylko Calluma przypiętego do maszyny odtwarzającego ruchy przodka. Wprawdzie pojawia się scena, w której Sofia zadaje pytanie pracownikowi w jakim dokładnie punkcie znajduje się główny pacjent w przeszłości. W tym momencie zostaje pokazany nam wygenerowany na monitorze obraz przestawiający zarys tego miejsca. Tak naprawdę do końca nie wiemy czy tylko w ten sposób są oni w stanie zobaczyć wydarzenia z przeszłości.

Nie wszystko jest tu natomiast złe. Kilka sekwencji w przeszłości naprawdę daje radę, a poświęcę im w tekście adekwatnie tyle uwagi ile poświęcono im w filmie. Zatem będzie krótko. Wiele ładnych ujęć okraszonych bardzo dobrą muzyką. Kilka dobrze rozegranych akcji, pościgi konne, parkour oraz sceny walki wyszły całkiem przekonująco. Od razu widać, że reżyser Justin Kurzel (Makbet) bardzo dobrze czuje się w historycznej scenografii, którą odwzorowano perfekcyjnie. Fabuły oczywiście jest tu jak na lekarstwo, jednak w tym przypadku się to sprawdziło, gdyż po dość nudnym wątku współczesnym cieszyłem się z każdej widowiskowej akcji. Efekty nie rażą sztucznością, a fanom może podobać się wiele nawiązań do gier, takich jak latający orzeł czy skok wiary, który został moim zdaniem całkiem sprytnie zakamuflowany. Przed samym końcem przerwano połączenie i resztę pozostawiono własnej interpretacji. Wielu osobom takie rozwiązanie może się jednak nie spodobać, lecz ciężko sobie wyobrazić w jaki sposób bohater miałby przeżyć upadek do stogu siana z tak dużej wysokości.

Odniosłem również wrażenie, że nawet kiedy pojawia się wątek w przeszłości, co chwilę pokazywano nam jak współcześnie Callum odzwierciedla wszystkie ruchy Aguilara (w obie postacie wciela się Michael Fassbender). Dobrze, że zdecydowano się na tego typu zabieg, ale z jego częstotliwością zdecydowanie przesadzono burząc przez to imersję i zabierając czas ekranowy przeznaczony na retrospekcje, których i tak jest bardzo mało.

Postacie są jednowymiarowe, a widza za bardzo nie interesują losy bohaterów. Nie jesteśmy w stanie się z nikim utożsamić. Wszyscy zagrali dobrze, przynajmniej na tyle na ile pozwolił im scenariusz. Niestety nawet tak dobra obsada, także drugoplanowa jak Brendan Gleeson i Michael Kenneth Williams nie byli w stanie nic zrobić. Film ten bardzo ciężko zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii, gdyż dla osób nieznających uniwersum gry będzie on raczej mało atrakcyjny, a dla fanów może okazać się przerysowany.

Assassin’s Creed nie jest aż tak zły, jak wynika to z przedpremierowych recenzji. Z pewnością fani i tak wybiorą się do kina, pozostali powinni wybrać inny seans, gdyż tylko niektóre udane sekwencje z przeszłości, nie są wystarczającym powodem, aby skusić się na ten spektakl. Do tego dochodzi brak jakiegokolwiek twistu fabularnego oraz banalne zakończenie. Zdecydowanie lepiej byłoby gdyby film zakończył się nieco wcześniej w momencie, w którym to inni przetrzymywani asasyni uciekają z Abstergo, a główny bohater zrozumiał jakie jest jego prawdziwe przeznaczenie.

Źródło: fot. materiały prasowe
Przejdź do komentarzy (0)
Komentarze