Preacher: sezon 2, odcinek 13 (finał sezonu) – recenzja

Mimo, że finał drugiego sezonu Preachera obfitował w zaskakujące wydarzenia, które zakończyły parę wątków, to sam odcinek nie można określić mianem porywającego. Epizod był dobry, ale pozostawił niedosyt, ponieważ oczekiwania były znacznie większe.

Ocena recenzenta:
7/10

Mimo, że finał drugiego sezonu Preachera obfitował w zaskakujące wydarzenia, które zakończyły parę wątków, to sam odcinek nie można określić mianem porywającego. Epizod był dobry, ale pozostawił niedosyt, ponieważ oczekiwania były znacznie większe.

Magda Muszyńska
Magda Muszyńska
Tagi:  finał sezonu 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Finał drugiego sezonu Preacher rozpoczął się od retrospekcji Jessego jako nastolatka. W końcu dowiedzieliśmy się czegoś bardziej konkretnego o Angelville oraz o rodzinnym biznesie, który coraz bardziej intryguje. Jednak wciąż wszystkie twarze są trzymane w tajemnicy, co już zaczęło irytować, a nie wzbudzać ciekawość. Jedynie fani komiksu mogą poczuć trochę satysfakcji, ponieważ serial w dobrym stylu nawiązuje do materiału źródłowego. Nawet obecność kurczaka nie jest tutaj przypadkowa, choć bardziej służy uzmysłowieniu widzom, że babcia L'Angelle najprawdopodobniej potrafiła go wskrzesić. Trzeba też pochwalić Willa Kindrachuka, który znakomicie wczuł się w rolę młodego Jessego. Oby podobnie było z mieszkańcami Angelville, kiedy pojawią się w pełnej krasie w możliwym trzecim sezonie.

Jak na finałowy odcinek przystało nie zabrakło w nim porządnie zmontowanej walki, w której wiodącą rolę odgrywał Jesse. Pomijając fakt, że cała akcja rozgrywała się w szkole podstawowej, a napad terrorystów był ustawiony, aby dostali łomot, to wyglądała ona bardzo widowiskowo i imponująco. A piosenka My Sweet Lord George’a Harrisona grająca w tle dodawała nieco pozytywnych wibracji tej pod pewnymi względami zabawnej scenie. Szkoda tylko, że Starr musiał usunąć się na bok, aby gwiazda Jessego mogła rozbłysnąć nawet, kiedy nie mógł użyć swojej mocy. Ten bohater już tak nie fascynuje, jak na początku, ale wciąż emanuje swoim niepowtarzalnym urokiem.

O ile ta walka była godna finału sezonu, tak zawiodły niestety efekty specjalne przy śmierci Denisa, gdzie można było odczuć niedobory w budżecie serialu. Od początku ta postać była kulą u nogi nie tylko fabuły drugiego sezonu, ale też samego Cassidy’ego, który w końcu zdał sobie sprawę, że popełnił błąd zamieniając go w nieprzewidywalnego wampira. Dużo czasu w tym odcinku poświęcono pogrążającemu się w smutku Cassowi, a Joseph Gilgun całkiem nieźle odnalazł się w tej dramatycznej roli. Mimo wszystko jego rozterki mocno spowalniały bieg wydarzeń tego epizodu, a przez to wkradało się lekkie znużenie. Nie czuć było narastającego napięcia, które miałoby spowodować, że widz przejąłby się losem Denisa. Nie powinno to tak wyglądać w finale sezonu.

Przez to, że Jesse działał w terenie, budując swoją pozycję nowego Mesjasza, twórcy mieli okazję pogłębić relacje między Cassidym, a Tulip. Różnie to się między nimi układało, ale to wampir często przejawiał silne uczucia względem dziewczyny kaznodziei. Mimo to chyba nikt nie dał się nabrać na to, że nie pohamował głodu i wbił zęby w szyję Tulip. Raczej chodziło o przypomnienie widzom o prawdziwej naturze tego bohatera. Te sceny pomogły też zbudować dramatyczną atmosferę pod końcówkę odcinka, gdzie Cassidy był na tyle zdesperowany widząc umierającą Tulip, że nie zawahałby się jej przemienić, aby ratować jej życie. Dlatego też szarpanina z Jessem miała bardzo burzliwy charakter, nie wspominając, że została solidnie nakręcona, a także zagrana z uczuciem.

Jednak o ile retrospekcje udanie otwierały ostatni odcinek sezonu, tak niestety też nieco zabiły emocje w końcówce, kiedy widzowie powinni zbierać szczękę z ziemi z szoku wywołanego widokiem martwej głównej bohaterki, która wykrwawiła się na śmierć. Podejrzanie spokojna reakcja Jessego na te wydarzenia sugerują dość wyraźnie, że jeszcze nie musimy się żegnać z Tulip, bo w Angelville prawdopodobnie w jakiś sposób zostanie wskrzeszona. A to w pewnym sensie nawiązuje do komiksu. A jeśli już jesteśmy w temacie materiału źródłowego to cieszy, że Bóg został pokazany w serialu w bardzo podobnym stylu, jaki objawiał się postaciom, czyli w poświacie światła. Ale twórcy przecież mogą pójść o krok dalej, aby znowu wykazać się własną pokręconą kreatywnością, jak to już oglądaliśmy w przypadku chociażby przebrania Go za perwersyjnego psa.

Do tych wszystkich wydarzeń zupełnie nie pasował wątek Piekła, który znalazł w końcu swoje rozwiązanie. Przynajmniej w nim nie zabrakło szczypty humoru, który dostarczył Śmierć pilnujący przeprawy do świata żywych. Jego normalny głos i zwyczajne zachowanie w zabawny sposób kontrastowały z tymi upiornymi szatami. Również Hitler okazał się, jakkolwiek by to nie brzmiało, pozytywnym bohaterem, który pomógł Eugene’owi wydostać się z Piekła. Komicznie wyglądali w zwykłych ubraniach, kiedy korzystali z komunikacji miejskiej. Jeszcze śmieszniej by było gdyby to Hitler miał na sobie tą żółtą koszulkę z pacyfą, ale może byłoby to już zbyt wiele. W końcu Fuhrer nie okazał się tak dobrym przyjacielem za jakiego miał go Eugene, skoro przy pierwszej nadarzającej się okazji po prostu wziął nogi za pas. A to może być początkiem kolejnego absurdalnego wątku.

Finałowy odcinek drugiego sezonu Preacher raczej nie spełnił wysokich oczekiwań widzów. Ale trzeba docenić to, że twórcy z dbałością, krok po kroku, bez pośpiechu rozwijali i domykali wszystkie wątki, w których jednak zabrakło większych emocji w kulminacyjnych momentach. Może nawet zbyt wolno toczyły się wydarzenia, jak na ostatni odcinek serii, który powinien jednak wciskać w fotel i pozostawić po sobie dobre wrażenie oraz poczucie satysfakcji.

Z kolei cały drugi sezon też rozczarował pod kilkoma względami. Pierwsze odcinki rozbudziły nadzieję na szaloną jazdę bez trzymanki w klimacie gore, przyprawionym soczystym czarnym humorem. Nie brakowało takich momentów, ale było ich zdecydowanie za mało. Czasem też wkradała się nuda, a niektóre wątki jak choćby ten z Denisem nie wypaliły. Na szczęście Preacher wzbogacił się o kapitalne i wyraziste postacie, takie jak Święty od Morderców i Herr Starr, które dostarczyły sporo rozrywki. Dość niekonwencjonalnym dodatkiem do całości okazał się Hitler i wizja Piekła, a ponadto sympatycznie historię uzupełnili Featherstone i Hoover. Twórcy śmielej wykorzystywali motywy z komiksu niż w poprzedniej serii, ale i tak czuje się niedosyt, nawet jeśli sami wymyślili parę własnych szalonych i kontrowersyjnych pomysłów. Najważniejsze, że przygotowali sobie dobry grunt pod ewentualny trzeci sezon, gdzie niewątpliwie poznamy więcej szczegółów z przeszłości Jessego, która już teraz prezentuje się interesująco, a zarazem niepokojąco. Zdecydowanie jest to wątek warty rozwinięcia, a sam komiks ma w zanadrzu jeszcze mnóstwo innych zwariowanych historii, które tylko czekają na przeniesienie ich na ekrany telewizorów, o ile twórcy dostaną jeszcze jedną szansę, aby po nie sięgnąć. Oby tak się stało!

Źródło: zdjęcie główne: AMC

The End of the Road

Co o tym sądzisz?

naEKRANIE Poleca

naEKRANIE poleca
naEKRANIE poleca
naEKRANIE poleca

Dzisiaj urodziny obchodzą

Kevin Alejandro

Kevin Alejandro

ur. 1976, kończy 44 lat

Russell Crowe

Russell Crowe

ur. 1964, kończy 56 lat

Jackie Chan

Jackie Chan

ur. 1954, kończy 66 lat

Francis Ford Coppola

Francis Ford Coppola

ur. 1939, kończy 81 lat

Clarke Peters

Clarke Peters

ur. 1952, kończy 68 lat

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV