Tacy jesteśmy: sezon 4, odcinek 12 - recenzja

W drugiej odsłonie trzyczęściowej historii rodzeństwa Pearsonów skupiamy się na postaci Kevina. W odcinku nie brakowało pokrzepiającej atmosfery, jak i wzruszeń w obliczu tragedii, która spotkała jedną z bohaterek Tacy jesteśmy.

Ocena recenzenta:
7/10

W drugiej odsłonie trzyczęściowej historii rodzeństwa Pearsonów skupiamy się na postaci Kevina. W odcinku nie brakowało pokrzepiającej atmosfery, jak i wzruszeń w obliczu tragedii, która spotkała jedną z bohaterek Tacy jesteśmy.

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

This is Us nie byłby sobą, gdyby któraś z postaci nie umarła w danym sezonie. I za każdym razem w największym zagrożeniu są rodzice bohaterów. Tym razem padło na matkę Sophie, która zmarła po długiej chorobie. Co ciekawe, ta postać pojawiła się nam na ekranie po raz pierwszy podczas tego najnowszego odcinka, a poznajemy ją bliżej poprzez retrospekcje Kevina. To całkiem nieźle koresponduje z tym, co Sophie powiedziała o swoim narzeczonym, który nie znał Claire, gdy ta była w pełni zdrowa. Gdyby nie flashbacki, nasza perspektywa byłaby bardzo podobna do tej Granta. A będąc już przy tej postaci, ciekawi to, dlaczego twórcy postanowili nie pokazywać nam jego twarzy. Gdyby nie pierścionek zaręczynowy na palcu byłej żony Pearsona, to można by mieć nawet wątpliwości, czy ta osoba w ogóle istnieje w tym serialu. Jest to dziwny zabieg, jak na This is Us.

Jennifer Westfeldt wcielająca się w Claire może nie była aż tak „niemożliwa”, jak to mogliśmy sobie wyobrażać z opisu Sophie, ale udało się uchwycić jej pozytywną energię i żywotnością. Jednak po This is Us można było się spodziewać nieco lepszego castingowego wyboru. Ważne, że sama postać matki wzbudzała sympatię, nawet wtedy, gdy odmówiła Kevinowi. Jako widzowie jesteśmy mądrzejsi, bo wiemy, że Pearson faktycznie nie zasłużył na ten pierścionek, zdradzając w późniejszych latach żonę. Więc Claire zyskała w naszych oczach szacunek, że wolała się wstrzymać z tym znaczący prezentem.

Z kolei Alexandra Breckenridge, która wciela się w Sophie, pokazała kawał dobrego aktorstwa w tym odcinku. Zaimponowała szczególnie w scenie podczas przemowy pogrzebowej, gdy jej bohaterka była bliska płaczu, ale widząc Kevina, pozbierała się w sobie. Można powiedzieć, że ten smutek był w tym wypadku oszczędny, bo łzy nie lały się z jej oczu niczym wodospad. Ale właśnie to balansowanie na granicy załamania, a opanowania emocji po stracie najbliższej osoby tak poruszało. Breckenridge tak dobrze odgrywa swoją rolę, że Amanda Leighton, która wciela się w młodszą wersję tej postaci, wypada przy niej bardzo nijako. O ile Logan Shroyer, jako nastoletni Kevin, jest do zaakceptowania, choć nie grzeszy warsztatem aktorskim, tak ta aktorka w żaden sposób ani się nie wyróżnia, ani nie przypomina dorosłej Sophie. Niestety, ale młodzi aktorzy powodowali dysonans całej historii.

Choć odcinek krąży wokół tematu pogrzebu, smutku i żałoby, to tak naprawdę opowiada o pierwszej miłości, która nigdy nie rdzewieje. Trudno w tym wypadku nazwać epizod romantycznym, ale nie można zaprzeczyć, że coś jest na rzeczy. Ilość głębokich spojrzeń między Kevinem i Sophie świadczy o ich niegasnącym uczuciu i zrozumieniu. A wszystko to dzięki wyczuwalnej chemii między aktorami, zupełnie jak w przypadku Milo Ventimiglia i Mandy Moore. Aż można powiedzieć, że nie były potrzebne retrospekcje z nastoletnich czasów tej pary, aby uwierzyć w tą wielką, niegasnącą miłość. A przewijający się motyw dokończenia fabuły z Buntownika z wyboru tylko wzmacniał to poczucie, a do tego było to żartobliwe. Warto powiedzieć, że w tym odcinku nie brakowało humoru. Na przykład ten powrót Kevina po swoje zdjęcie z grobu Claire rozbawiał, ale także niektóre żarty słowne potrafiły rozśmieszyć i rozładować sytuację.

Również ten epizod This is Us opowiada o miłości bardziej uniwersalnie. W retrospekcjach mały Kevin tęsknił za swoimi owieczkami, a Jack delikatnie starał się mu wytłumaczyć, że czasem trzeba pogodzić się ze stratą. A także ruszyć do przodu, gdzie pojawią się nowe obiekty, które obdarzymy uczuciami. Trzeba przyznać, że te sceny ociekały słodkością, bo ten mały aktor jest przeuroczy. A także dobrze wpasowywały się w historię Kevina, który w teraźniejszości niejako zamknął rozdział w życiu związany z Sophie. Takie zamknięcie wątku jest bardzo satysfakcjonujące, pomimo że serce podpowiada, że ich ponowne zejście przyniosłoby widzom wiele radości. Ale nigdy nic nie wiadomo z twórcami This is Us, którzy mają głowę pełną pomysłów i potrafią zawsze zaskoczyć. Więc nie ma co spisywać jeszcze tego romansu na straty!

Ponadto temu odcinkowi udało się również znakomicie uchwycić to, jak dużą przemianę przeszedł nasz główny bohater. Jak stał się dojrzałym człowiekiem, który rzeczywiście panuje nad własnym życiem. Widzimy to zarówno w rozmowie z Sophie w lesie, a także, gdy przyszedł nad grób jej matki. Aż chciałoby się mu wręczyć ten babciny pierścionek, na który w końcu sobie zasłużył. Cieszy taki rozwój postaci, co jest zawsze wartościowe dla fabuły serialu.

I nie możemy zapomnieć o tym, że rozwiązano zagadkę z tajemniczą kochanką Kevina, którą okazała się Madison. Z logicznego punktu widzenia tylko ona, Cassidy oraz Sophie były realnymi kandydatkami na narzeczeństwo z Pearsonem. Trudno sobie wyobrazić, aby miał się oświadczyć nowo poznanej kobiecie, którą zna od zaledwie ponad miesiąca skoro z niego jest taki romantyk. Mimo wszystko lekkie zaskoczenie osiągnięto, gdy to Madison trafiła do łóżka z Kevinem. Oczywiście to dalej niczego nie oznacza – twórcy mogą znowu tylko podpuszczać widzów. Ale zgodnie z ich planem zaintrygowali, a przez kolejne tygodnie fani będą mieć rozrywkę w postaci wymyślania teorii, jak dalej potoczy się ten wątek i jakie będą konsekwencje tego romansu.

Druga część trylogii Pearsonów miała bardziej romantyczny wymiar niż jej pierwsza odsłona, ale i tak historia potrafiła całkowicie pochłonąć uwagę widzów. Ponowne cameo w serialu zaliczył M. Night Shyamalan, ale raczej szybko o nim zapomnimy. Mimo wszystko wciąż miło było go zobaczyć grającego siebie. Twórcy jak zwykle imponują pod względem budowy scenariusza. Idealnie potrafią połączyć smutne sceny z bardziej intymnymi i jeszcze dorzucić do nich szczyptę humoru. Tylko oglądanie ponownie tych samych urywków z randallowego odcinka powodowało małe zgrzyty pomimo, że zostały rozszerzone o dodatkowe dialogi. Dzięki nim przechodzimy płynnie do ostatniej części historii rodzeństwa, wiedząc, że małżeństwo Kate stoi na skraju rozpadu, a w przeszłości również sytuacja nie wygląda kolorowo. W każdym razie wątki rozwijają się interesująco, ale nie aż tak, aby wyczekiwać na nie z zapartym tchem. Co nie zmienia faktu, że twórcy mogą szykować nam kolejne niespodzianki! Na to liczymy.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Tacy jesteśmy

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV