Ty: sezon 2 – recenzja

Joe Goldberg powraca. A raczej ucieka, w kierunku najbardziej znienawidzonego przez siebie miasta. Los Angeles, stolica obłudy, ma pozwolić mu uciec od nękających go demonów. Nie wie jednak, że w Mieście Aniołów czeka go więcej złego, niż mogłoby mu się wydawać. Oceniamy drugi sezon serialu Ty.

Ocena recenzenta:
8/10

Joe Goldberg powraca. A raczej ucieka, w kierunku najbardziej znienawidzonego przez siebie miasta. Los Angeles, stolica obłudy, ma pozwolić mu uciec od nękających go demonów. Nie wie jednak, że w Mieście Aniołów czeka go więcej złego, niż mogłoby mu się wydawać. Oceniamy drugi sezon serialu Ty.

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Cześć, ty - mówi Joe, witając nas, a także następną przygodę. Po zobaczeniu Candance uciekł jak najszybciej z ukochanego przez siebie Nowego Jorku. Teraz, pod nowym imieniem Will, próbuje, choć na chwilę, uniknąć goniącej go przeszłości. Czy jednak może oprzeć się uczuciu do pięknej dziewczyny o imieniu Love? I czy naprawdę jest w stanie być godnym jej miłości?

Cześć, ty, słyszymy już w pierwszym odcinku i wiemy, co będzie dalej. Zwłaszcza gdy na ekranie pojawia się przepiękna drobna kobieta, grana przez Victorię Pedretti. Jednak Joe szybko ucieka, próbuje oprzeć się pokusom. Tylko czy jest w stanie uniknąć przeznaczenia, które po prostu pcha go w ramiona tej nowej wybranki? I gdy już myślimy, że Joe zmądrzał, próbuje być lepszy, na koniec okazuje się, że nic z tego. I ten cały los to znowu jego gra i manipulacja, która ma doprowadzić do szczęśliwego i wymarzonego dla niego zakończenia. Tyle że Joe nie wie, iż jego gra i manipulacja już nie wystarczą.

Sezon 2 Ty jest bardzo mieszany. Z jednej strony samo prowadzenie postaci Joego i głos spoza kadru Penna Badgleya to czyste złoto. My wciąż chcemy wierzyć temu zbrodniarzowi. Nie, inaczej – my nie chcemy mu wierzyć czy kibicować. Ale wciąż się na to łapiemy. A widać, że Joe się rozwija, a przynajmniej próbuje, bo wie, że powinien. Bo nadal widzi siebie jako rycerza w lśniącej zbroi, który po prostu robi błędy. I tych błędów próbuje uniknąć, jednak wciąż w nie wpada. I tu nie można powiedzieć złego słowa o tworzeniu tego bohatera.

Bardzo dobrze radzą sobie nowe postaci, zwłaszcza rodzeństwo Quinnów. Love jest zupełnym przeciwieństwem Beck, pełnej wad, która mogła irytować z powodu swoich kłamstw i manipulacji. Love nie patrzy na nikogo z wyższością, próbuje pomóc wszystkim, zwłaszcza bratu, jak sama w pewnym momencie się określa, „idealnie nieidealna dziewczyna”. Joe kocha ją, lubi jej przyjaciół. I to, że na koniec Love okazuje się tak pokręconą postacią, jest naprawdę świetnym pomysłem, który dla niektórych mógł być ogromnym zaskoczeniem, dla innych – czymś, co było od początku sugerowane. Jednak właśnie te przeróżne opinie i to, że od samego początku mieliśmy tylko poszlaki, świadczą o tym, jak dobrze ta postać została poprowadzona. Love jest jednocześnie świetną odpowiedzią dla wszystkich fanek serialu, które wybielały postać mężczyzny. Tak jak one, Love widzi jego działania jako oznaki miłości i widziała Beck jako zbyt zwyczajną dziewczynę dla jego osobowości. Jednocześnie Love nie jest przerysowaną ironią showrunnerów w stronę tego typu fanek, a pełną postacią, która ma swoje wady. Obok niej mamy przedstawionego Forty’ego, jej brata bliźniaka. Dobry czy zły? Głupi czy szalony? Podły czy zbyt delikatny? Trudno dokładnie określić, kim jest Forty i mimo że wiele zabawnych scen mamy właśnie z jego udziałem, on wychodzi poza schematy zwykłego comic relief.

Obok nich mamy jeszcze przedstawione rodzeństwo, Delilah i Ellie, których charaktery nie są już tak mroczne, jednak to postaci nadal bardzo ważne i ściśle związane z fabułą. Ellie służy tu jako następne dziecko, którym musi się zająć Joe. Delilah za to mocno jest związana, zwłaszcza na początku, z całą sprawą, jaka gryzie Hollywood od 2017 roku. #MeToo wpływa również na ten serial, mówiąc głośno o mężczyznach wykorzystujących młode (zwłaszcza za młode kobiety). I tak jak na początku ten wątek mnie przestraszył – eksplorowany już przecież od jakiegoś czasu, jakby hollywoodzkie seriale musiały się wypowiedzieć na ten temat – to cieszę się, że szybko został połączony z resztą fabuły i pomógł w ukazaniu Joego z zupełnie nowej perspektywy. Takiej, w której on, ratujący następną dziewczynę przed atakiem gwałciciela, musi się zmierzyć z tym, że wcale się od tego gwałciciela nie różni.

Szkoda, że przy tym wszystkim traci Candance. Gdy ta postać pojawiła się w ostatnim odcinku pierwszego sezonu, chyba wszystkim dech zapierał w piersiach. Widzowie czekali na zemstę byłej ukochanej Joego, która jest gotowa na wszystko, za odarcie jej z niewinności. Jak sprytna musiała być, skoro udało jej się go przechytrzyć? Otóż, okazuje się, że wcale. A sama Candance, której zabrano pazura, chyba tylko dlatego, by uwypuklić bardziej Love, wałęsa się raz po raz w kadrze, grożąc tylko Joemu, co mu zrobi. Zero fajerwerków, zero charakteru. Szkoda, bo miała naprawdę możliwość namieszać.

Sama fabuła jest przemyślana. Jasne, nadal w serialu znajdują się pewnego rodzaju głupotki (jak zupełny brak kamer… gdziekolwiek) jednak wszystkie wątki idealnie się dopełniają i łączą ze sobą. Tak jak wspomniałam wyżej, cały wątek pedofila służy tak naprawdę ukazaniu, że Joe jest takim samym potworem. Przyjaźń z młodziutką Ellie nie tylko doprowadza go do ciągłych kłopotów, ale również pokazuje zmianę w tej postaci, która wcześniej długo nie chciała się wtrącać jak Paco działa się krzywda. To, że musi brać udział w tworzeniu filmu na podstawie książki Beck to świetny pomysł, nie tylko dlatego, że jeszcze lepiej ukazuje jego perspektywę, ale także jest prawdziwą ironią losu i karą. A mówiąc o karze – cały drugi sezon jest o tym. Jest zbrodnia, musi być kara. Mówi o tym nie tylko nawiązanie do Dostojewskiego, ale również krótka scena w finale z Dr Nickym – za swoje czyny trzeba odpokutować. Joe uważa, że właśnie odpokutowuje, w pięknym domu  z Love, której już nie kocha. Pytanie tylko, czy to on będzie odpokutowywał w trzecim sezonie. Zwłaszcza że mogliśmy w końcu poznać w retrospekcjach rodziców Joego. Czy wspomniana w ostatniej scenie sąsiadka to jego matka, która będzie musiała odpowiedzieć za pozostawienie go? Mam nadzieję, bo wydaje mi się to najlepszą fanowską teorią. Jednak wszystkiego dowiemy się w trzecim sezonie, jeśli powstanie.

Perełką tego sezonu, jeśli chodzi o grę, jest Victoria Pedretti. Nieważne, co robi jej Love, jak się zachowuje i tak jej wierzymy. Z tego powodu trochę żałowałam, że nie ona jest tym razem główną bohaterką. Zwłaszcza że tak jak głos Penna Badgleya „robi robotę”, to jego gra pogorszyła się. Miałam wrażenie, że całe zniuansowanie jego gry przepadło, a Penn gra tylko wytrzeszczem i obrzydzoną miną. Szkoda. Reszta postaci jest w porządku – Forty jest odpowiednio szalony i sympatyczno-niesympatyczny, Ellie zbuntowana, a Delilah dzielna i silna. Trochę przy tym wszystkim traci aktorka grająca Candance. Miałam wrażenie, że sama straciła na zapale, widząc, co scenarzyści robią z jej postacią i z odcinka na odcinek gra z coraz mniejszą energią. Jednak czy można jej się dziwić?

Drugi sezon Ty w wielu aspektach jest lepszy i słabszy w porównaniu do pierwszego. Niestety, najbardziej traci przez Badgleya, który chyba zapomniał, że Plotkara się dawno skończyła, a on jednak udowodnił, że potrafi grać. Oby sobie przypomniał. Bo jeśli sezon trzeci powstanie, może nas czekać jeszcze szybsza jazda bez trzymanki.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Ty

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV