Przeczytaj w weekend

Życie z samym sobą: sezon 1 - recenzja

Życie z samym sobą to stworzony przez Timothy’ego Greenberga serial komediowy Netflixa. Czy twórcy wykorzystali potencjał, jaki dla fabuły niesie temat klonowania i sobowtóra? Przeczytajcie w recenzji.

Ocena recenzenta:
5/10

Życie z samym sobą to stworzony przez Timothy’ego Greenberga serial komediowy Netflixa. Czy twórcy wykorzystali potencjał, jaki dla fabuły niesie temat klonowania i sobowtóra? Przeczytajcie w recenzji.

Pamela Jakiel
Pamela Jakiel
Tagi:  recenzja 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Milesa (Paul Rudd), głównego bohatera serialu Życie z samym sobą poznajemy w nie najlepszym momencie jego życia. Nie powodzi mu się w pracy, jego małżeństwo przeżywa kryzys, a starania o dziecko nie przynoszą żadnych efektów. Rozwiązaniem wszystkich problemów ma być wizyta w spa prowadzonym przez Azjatów, którzy obiecują, że bohater stanie się swoim „idealnym ja”. Chociaż serial wychodzi od popularnego obecnie nurtu wellness i mindfulness, to przemiana, której poddany zostaje Miles, okazuje się nie mieć nic wspólnego ze wschodnią mądrością. Przeprowadzane w spa praktyki są bowiem oszustwem opartym na… klonowaniu! A w skutek komplikacji podczas zabiegu przy życiu zostaje nie tylko nowy, idealny Miles, lecz także ten stary.

Sam koncept serialu wydaje się interesujący. Motyw klona/sobowtóra fascynuje przecież od zawsze i wielokrotnie mięliśmy okazję spotkać go zarówno w literaturze, jak i w kinie - wystarczy wspomnieć o Doktorze Jekyll i panu Hyde. Zazwyczaj sobowtór przejawia jednak ciemną, mroczną stronę osobowości, a więc przełamanie tej zasady działa dla serialu na plus. Twórcy odchodzą także od kolejnej kliszy, a przynajmniej bardzo popularnego rozwiązania fabularnego, w którym za podwojenie bohatera zazwyczaj odpowiada rozdwojenie jaźni lub choroba psychiczna. Pierwsze dwa odcinki, skupiające się na głównym wątku, dotyczącym rzeczonego podwojenia postaci na „zwykłego” i „idealnego” Milesa są całkiem ciekawe i wciągające.

Im dalej, tym gorzej. Poziom odcinków boleśnie spada. W połowie mamy już do czynienia z bardzo przeciętnym serialem. Nietrafione jest odstępowanie od głównego, interesującego wątku podwojonego bohatera, co nastąpiło najpewniej z powodu braku pomysłu na jego rozwinięcie. Zupełnie nieciekawe są retrospekcje skupiające się na żonie głównego bohatera, które w dużej mierze obrazują to, co wcześniej i tak już wiedzieliśmy, a odchodzenie od sedna opowieści tylko zniechęca do binge-watching. Pod koniec sezonu serial trochę przyspiesza, lecz w całym sezonie zwrotów akcji jest zdecydowanie zbyt mało, by zainteresować i zdobyć zaangażowanie widzów. Finalnie twórcy mogą liczyć jedynie na obojętność odbiorcy – jest nam szczerze obojętne to, kto wygra finałową konfrontację.

Nużącą historię autorzy serialu chcieli zamaskować, zaburzając chronologię wydarzeń, lecz i ten zabieg okazał się nieskuteczny. Twórcy lubują się także w przedstawianiu tych samych wydarzeń kilkakrotnie, (pozornie) z perspektyw różnych bohaterów. O ile takie rozwiązanie w serialu The Affair ma sens (jego celem jest bowiem ukazanie względności pamięci, wspomnień czy różnic w postrzeganiu danych faktów), tak w przypadku Życia z samym sobą jest ono nieuzasadnione i kompletnie nic nie wnosi - bywa za to nużące i niepotrzebne. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, iż jedynym celem tego zabiegu było „wypełnienie” odcinków, a nie ukazania „różnic w zeznaniach”.

Netflix kategoryzuje Życie z samym sobą jako serial komediowy. I tu pojawia się kolejny problem. Podczas oglądania ani razu nie udało mi się roześmiać, nie było nawet blisko. Dialogi bywają dość żenujące, a projektowane na zabawne sceny nie bawią, są nijakie. Chociaż na Paula Rudda patrzy się naprawdę przyjemnie i jego obsadzenie w tej roli można uznać za dobry wybór.  Mimo wszystko nie jest to kreacja, w której od samego patrzenia na aktora chce nam się śmiać (jak ma to ma miejsce np. w przypadku Richarda czy Jareda z Doliny Krzemowej).

Jeśli chodzi o jakiś szerszy kontekst, serial mógłby wpisywać się w dyskusję dotyczącą obecnego we współczesnym świecie wymogu ciągłego progresu, rozwoju, dążenia do ideału. Te wymagania sprawiają, że czujemy się niewystarczający, nigdy dość dobrzy, czujemy presję stawania się „lepszymi wersjami samego siebie”. Miles (i „stary”, i „nowy”) wydaje się być ofiarą takiego właśnie nacisku. Serial jest jednak trochę zbyt powierzchowny, by zabrać w tej kwestii znaczący głos. Przynosi dość oczywiste wnioski, że ideał tylko pozornie jest doskonały, a piękno i wartość możemy odnaleźć także w niedoskonałościach oraz to, że we wszystkim potrzebny jest złoty środek. Te wnioski wywodzimy jednak z dość słabej historii, nie mają one więc specjalnej siły oddziaływania i pozostają truizmami.

Życie z samym sobą nie jest oczywiście czymś nieoglądalnym, nie jest nawet czymś szczególnie złym. Trzeba jednak przyznać, że serial rozczarowuje, nie wykorzystuje w odpowiedni sposób ciekawego konceptu. Jeśli jednak podejdziemy do niego bez wielkich oczekiwań, to z pewnością pomoże nam „zabić czas”.

Życie z samym sobą

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV