Sequel poszukiwany. Gry, na których kontynuacje czekamy

Era kontynuacji trwa w najlepsze. Rynek gier jest zalewany kolejnymi częściami marek wyżymanych są do granic możliwości, które rozrastają się w gry z powiększaną numeracją w tytule i rozgałęziają w różnego rodzaju spin-offy. Kolejne odsłony największych tytułów elektryzują branżę, a zestawienia finansowe i raporty sprzedażowe przyprawiają nieraz o zawrót głowy.

Era kontynuacji trwa w najlepsze. Rynek gier jest zalewany kolejnymi częściami marek wyżymanych są do granic możliwości, które rozrastają się w gry z powiększaną numeracją w tytule i rozgałęziają w różnego rodzaju spin-offy. Kolejne odsłony największych tytułów elektryzują branżę, a zestawienia finansowe i raporty sprzedażowe przyprawiają nieraz o zawrót głowy.

W całym tym zamieszaniu wiele tytułów ginie i niknie po wydaniu jednej części, nie mając szans na kontynuację. Historia gier wideo pełna jest "jednostrzałowych" tytułów z potencjałem, które nie do końca spełniły oczekiwania wydawców, jednocześnie spełniając oczekiwania (może węższej grupy) graczy. Zapraszamy do zapoznania się z subiektywną listą tytułów naszym zdaniem zasługujących na kontynuację.

"Warhammer 40,000: Space Marine"

Przygody kapitan Titusa (obdarzonego głosem Marka Stronga) na pierwszy rzut oka nie robią wrażenia. Gra wizualnie nie jest zbyt okazała, modele postaci momentami sprawiają wrażenie tworzonych w pośpiechu, a sterowanie jest toporne i wysublimowane niczym Ork dentysta. Pod tą wierzchnią warstwą kryje się jednak niesamowicie wciągająca historia prowadząca przez zrujnowane miasta, okopy, trzewia fabryk i hangarów. Titus z zakonu Ultramarines mierzy się nie tylko z plądrującą planetę hordą Orków, ale i Imperialną Inkwizycją, siłami Chaosu, zdradą, bohaterstwem i poświęceniem. Ostatnie linie scenariusza zaserwowały również niesamowity cliffhanger, sprawiający, że brak kontynuacji wywołuje ból nie tylko u wiernych synów Imperatora.

"Binary Domain"

W zasadzie ta gra posiada w sobie wszystkie cechy, które powinny działać odstraszająco: słabą fabułę, fatalny voice acting, małe zróżnicowanie przeciwników, nieciekawych bohaterów. Coś jednak sprawia, że prucie ołowiem do androidów jest całkiem przyjemne. Druga część umożliwiłaby poprawienie niedoróbek.

"Dante's Inferno"

"Dante’s Inferno" jest doskonałym połączeniem ambitnego pomysłu z bardzo dobrym wykonaniem. Egranizacja dzieła Dantego Alighieri odznacza się rewelacyjną atmosferą, mrocznym i dusznym klimatem (unikatowym dla każdego z przekraczanych kręgów piekła) oraz nie najgorszym wykonaniem warstwy wizualnej i dźwiękowej. Przy dość wiernym odzwierciedleniu infernalnej trasy bohatera literackiego i zawarciu mnóstwa nawiązań do włoskiego poematu studio Visceral wykonało robotę naprawdę wyjątkową, nie skupiło się bowiem jedynie na dokładnym przenoszeniu „Boskiej Komedii” do świata gier wideo. Visceral dorzuciło od siebie wspaniały system kombosów i finisherów oraz epickie potyczki z wielkimi bossami, czyniąc z "Dante’s Inferno" pierwszorzędnego slashera. Zdaję sobie sprawę, że Alighieri nie napisał „Boskiej Komedii 2”, ale od kiedy to takie drobiazgi stanowią przeszkodę na drodze do stworzenia sequela?

"Bulletstorm"

Zanim People Can Fly, czyli studio założone przez Adriana Chmielarza, wzięło się za "Gears of War: Judgement", stworzyło strzelaninę "Bulletstorm", która poza nieco rynsztokowym humorem charakteryzowała się całkiem fajnym systemem punktowania sposobu, w jaki odstrzeliwujemy kolejnych przeciwników. Skillshoty sprawiały niesamowita frajdę, tym bardziej że nie kończyły się jedynie na określeniu trafienia w daną część wrogiego ciała. Przeciwników można było kopać, dusić, nadziewać na kolce czy rzucać na żer miejscowej faunie. Sposobów na eliminację było wiele - niestety za mało, by zabrano się za drugą część.

"Clive Barker’s Jericho"

"Jericho" zostało skrytykowane przez wiele osób - i w wielu przypadkach dość słusznie. Ten shooter był krótki, toporny i momentami nieco powolny. Pomijając jednak to wszystko, "Jericho" dysponowało kilkoma bardzo niedocenionymi cechami, a fabuła była jedną z nich. Clive Barker stanął na wysokości zadania, tworząc historię grupy specjalnej ds. zjawisk paranormalnych przedzierającej się przez połknięte przez złą siłę fragmenty czasu i przestrzeni. Drużyna, którą prowadzimy (bo mamy możliwość zmiany postaci podczas zabawy), jest również wyjątkowa – każdy z członków oddziału dysponuje inną umiejętnością, dzięki której rozprawia się z napotykanym diabelskim pomiotem. Gra ma również niesamowicie zapadające w pamięć momenty oraz bossów, których z oczywistych przyczyn nie będę wymieniał. Po złożeniu w całość wszystkie te wady i zalety "Jericho" tworzą grę średnią, która miażdży wiele tytułów z pogranicza horroru i SF swoją atmosferą i klimatem.

"WET"

Wielbiciele kina à la Quentin Tarantino powinni docenić "Wet" za klimat ewidentnie wzorowany na dziełach tego reżysera. Główna bohaterka, Rubi, wplątuje się w kryminalną kabałę, z której próbuje się wyplątać sobie znanymi sposobami – giwerami i kataną. Gra poza mordowaniem rzeszy bandziorów oferuje sekcje platformowe, bullet time i mnóstwo kaskaderskich popisów. Wszystko podlane iście tarantinowskimi przerywnikami oraz naprawdę niezłym soundtrackiem. Pojawiały się już plotki o planowanej kontynuacji, niestety nigdy nie nabrały rzeczywistych kształtów.

"Vanquish"

Wydany przez Segę "Vanquish" okazał się być bardzo ciekawą propozycją dla osób łaknących arcade’owego strzelania. O ile dobrze pamiętam, to fabuła jakaś tam była, linie dialogowe i bohaterowie również, ale nie to grało tu pierwsze skrzypce. Wyjątkowo przyznam, że tych elementów mogłoby w "Vanquish" nie być – najbardziej bowiem w pamięci zapadały szalone ślizgi i akrobacje wykonywane podczas nieustannego wypluwania z siebie tysięcy pocisków. To w zasadzie wystarczyło do całkiem przyjemnej i wciągającej zabawy.

"Brutal Legend"

Miłośnicy ciężkich brzmień chwytali czym prędzej za pady na wieść o "Brutal Legend". W tej przygodówce wystąpiła bowiem sama śmietanka metalowego grania – w grze usłyszeć można było Ozzy’ego Osbourne’a, Lemmy’ego Kilmistera czy Roba Halforda. Gra prezentowała się całkiem przyzwoicie, ale upychanie na siłę kilku rozwiązań (zarządzanie armiami, wyścigi) w przygodówkę - a w zasadzie w sandboxa - powodowało pewną schizofrenię gatunkową, która skutecznie psuła zabawę wielu osobom. Jednak humor i świetnie zagrana przez Jacka Blacka główna postać dodawały grze niesamowitego uroku. Gdyby tak dopracować mechanikę, to może w drugiej części magnetyzm nazwisk gwiazd heavy metalu nie musiałby być jedynym przyciągającym do produkcji elementem.

"Alan Wake"

Xboxowy tytuł na wyłączność powstawał dość długo, a historia uczy, że zwykle gry powstające długo nie spełniają nadmuchanych oczekiwań. Dzieje pisarza dręczonego przez upiory z jego dzieła prezentowały się w zapowiedziach nad wyraz interesująco. I choć mroczny klimat robił wrażenie, to gwoździem do trumny okazała się walka serwująca graczom praktycznie identycznych przeciwników przez całą grę. Ciekawy pomysł na wykorzystanie latarki intrygował do pewnego czasu, a właściwie do któregoś z kolei wroga. "Alan Wake" szybko został ochrzczony mianem "Alana Weaka", a marka tworzona przez studio Remedy trafiła do pudła w jakimś magazynie Microsoftu. Oby jednak ktoś odważył się po nią sięgnąć ponownie, bo z rzadko której gry bije taka atmosfera Stephena Kinga.

"Psychonauts"

Przygody psychicznie uzdolnionych dzieciaków przebywających na letnim obozie wyszły (podobnie jak "Brutal Legend") spod ręki Tima Schafera. Przyjemny gameplay, ciekawa fabuła, interesujące postacie – "Psychonauts" mieli w sobie wszystko, co potrzeba, by osiągnąć sukces. I wydawać się mogło, że do brzegu o nazwie “sukces” gra dopłynęła. Ta pełna humoru przygodówka cieszyła się na tyle dużą popularnością, że była portowana z pierwszego Xboxa i PS2 na zabawki siódmej generacji, a w późniejszych latach nawet na systemy Linux i OS X. O drugich "Psychonautach" jednak ani widu, ani słychu. Dlaczego? Trudno powiedzieć.

Powyższa lista oczywiście nie zawiera wszystkich tytułów, które zakończyły żywot swoich marek, wypatrując sukcesorów. Tak już jest, że w krainie biznesowych planów oraz słupków z korporacyjnych prezentacji rzeczy podążające własnymi drogami po prostu toną. Drogi te potrafią być czasem kręte i wyboiste, wymuszając niechciane kompromisy i uproszczenia. To powoduje, że gry tracą na atrakcyjności, co jednak nie przeszkadza w tym, by były wspaniałą okazją do posmakowania czegoś innego, niespotykanego w produkcjach tworzonych głównie z myślą o wynikach sprzedaży. Kierowane do nieco mniejszej publiczności, mogą pozwolić sobie na nieco inne podejście w rożnych aspektach, serwując wiele smaczków.

Których tytułów brakuje na liście? Wpisujcie Waszych faworytów w komentarzach.

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV