„Star Wars” odarte z unikalności

Po zakupie Lucasfilmu i  marki "Star Wars" przez Disneya wszyscy fani z niepokojem czekali na oficjalne informacje dotyczące najważniejszego dla nich elementu - Expanded Universe. Niedawna decyzja Lucasfilmu o porzuceniu stworzonych historii i budowie kanonu od nowa wywołała ogromną burzę i kontrowersje na całym świecie. Czy jednak w tym wszystkim jest jakaś iskra nadziei?

Expanded Universe nigdy nie było tworem doskonałym, gdyż – jak każde ogromne uniwersum – zawiera lepsze i gorsze historie. Jednak prace na nim trwały od ponad 30 lat, a ich efektem było uniwersum rozbudowane o wyjątkowe postacie, ważne i szalenie interesujące opowieści oraz całą społeczną, polityczną i kulturową różnorodność. Filmy są podstawą kanonu i zawsze były stawiane na pierwszym miejscu, co jednak nie oznacza, że EU to fanfiction. Wszystkie opowieści były częścią kanonu, tylko że w hierarchii znajdowały się niżej niż produkcje filmowe oraz telewizyjne. Zawsze były to oficjalne kontynuacje Sagi, które z czasem ją uratowały.

Na początku lat 90. popularność „Gwiezdnych wojen” zaczynała powoli opadać, a cały szał gdzieś zanikał. Ludzie zaczęli żyć własnym życiem, a fandom zaczynał rozpływać się w powietrzu. Gdyby czegoś nie zrobiono, „Gwiezdne wojny” zostałyby tylko klasyką kina i na tym by się skończyło. Zmiana pojawiła się w 1991 roku, kiedy wydano „Dziedzica Imperium” Timothy’ego Zahna. Książka dokonała prawdziwej rewolucji, rozbudziła wyobraźnię ludzi na całym świecie i uratowała markę. Cała Trylogia Thrawna sprzedała się w liczbie ponad 10 mln sztuk i tak naprawdę rozpoczęła wielki boom na rozwój uniwersum, gdyż odnowiła na niespotykanym poziomie zainteresowanie „Gwiezdnymi wojnami”. EU utrzymywało popularność uniwersum po dzień dzisiejszy.

Dotychczas „Star Wars” miało jedno w miarę spójne, ogromnie rozbudowane uniwersum, co stanowiło o całej unikalności marki. Przez hierarchiczność pojawiały się niewielkie sprzeczności oraz retcony, ale na tle innych uniwersów nadal był to wyjątkowy twór. Dokonując rebootu, Lucasfilm porzuca dekady tworzenia jedynego w swoim rodzaju uniwersum. To odarcie „Star Wars” z najważniejszej cechy – unikalności, która stanowiła o tak długim przetrwaniu. Prawdą jest, że filmy to jedynie podstawa kanonu, a dopiero EU nadało mu charakteru, wyjątkowości i formy wyróżniającej się na tle wszystkiego innego w popkulturze. W pewnym sensie mamy tutaj sytuację analogiczną do rebootu serii „Star Trek” z 2009 roku, która spotkała się z wielką krytyką długoletnich fanów. Tyle że w tym przypadku reboot był konieczny, bo marka umierała śmiercią naturalną – ostatnie filmy ponosiły porażki w kinach, a w telewizji od dawna nie było żadnego serialu. Taki ruch był konieczny, aby uratować ten świat i rozbudzić na nowo zainteresowanie nim. Powód ten nie dotyczy uniwersum „Gwiezdnych wojen”, które miało się dobrze. To w pewnym sensie zbliża do siebie rywalizujących ze sobą fanów „Star Treka” i „Star Wars”, którzy obecnie czują się tak samo źle potraktowani. Disney narzuca tutaj wariację modelu Marvela, która w sferze filmowej będzie działać bardzo podobnie, ale zostanie rozbudowana o dodatkowe, spójnie rozwijające się media. 

Wydaje się, że zbudowanie nowego kanonu w zgodności z tym, co stworzono przez ostatnie dekady, nie jest niemożliwe. Uporządkowanie nieścisłości, wywalenie słabszych i niepotrzebnie gmatwających wszystko historii oraz splecenie tego wszystkiego w spójną całość było czymś, czego chcieliby fani. Prawdą jest, że decyzja Disneya była do przewidzenia. Ich zabawa ze „Star Wars” to ambitny plan na niespotykanym wcześniej poziomie, gdzie pod uwagę brane są różne czynniki wpływające na zwrot inwestycji. Przede wszystkim liczba fanów aktywnie interesujących się EU od lat nie jest na tyle duża, aby miała jakieś znaczenie w porównaniu do osób, które zainteresują się tematem podczas emisji Star Wars: Episode VII w kinach. Tylko tutaj też pojawia się problem, bo to fanatycy uniwersum przez dekady wydawali pieniądze na wszytko z nim związane, a nie zwykli widzowie. Procent nowych fanów po premierze nie będzie tak duży jak tych lojalnych od wielu lat. Zatem jak Disney/Lucasfilm chcą zarabiać pieniądze z EU i innych produktów, skoro tą decyzją w pewnym sensie odcinają się od osób kupujących? Ważnym aspektem jest też krytyka Expanded Universe, w której podkreślano nie najlepszą jakość literacką, czasem absurdalne pomysły i zbyt duże zagmatwanie. Niby to wszystko przy nakładzie sił i środków dałoby się doprowadzić do stanu używalności, ale być może chodzi też o to, że rzekomy panujący w tym bałagan był naprawdę zbyt wielki. Zauważmy, że film ma datę premiery ustaloną na koniec 2015 roku, więc Lucasfilm Story Group miało określony czas na dokonanie analizy EU i podjęcie decyzji. Do tego dochodzi kluczowy argument – George Lucas nie traktował EU jako części swojej historii, ale czerpał z książek różne elementy. Biorąc pod uwagę pierwsze informacje prasowe Disneya, gdzie podkreślano brak ekranizacji historii z książek, można założyć, że wówczas jeszcze taki pomysł na kanon nie powstał. 

Plan Disneya, czyli stworzenie na poważnie spójnego uniwersum łączącego wszystkie media, jest ambitny i wart zachodu. Po raz pierwszy od lat fani będą mogli dostać oficjalną ciągłość, która jednocześnie może być związana z jakością i nikt nie będzie mówić, że coś jest ważne i ważniejsze. Disney/Lucasfilm raczej są świadomi, że oferując produkt przeciętnej jakości, nie osiągną planowanych zysków. Muszą dbać o to, by wszystko prezentowało poziom satysfakcjonujący dla przeciętnego widza, nowego fana oraz starszych wielbicieli. Tylko że w tym też leży istotny problem – czy ktoś da fanom gwarancję, że przez najbliższe lata wszystko będzie najwyższej próby? Za 20 lat nowo powstałe EU będzie raczej w podobnym stanie co oryginalne – znajdziemy w nim lepsze i słabsze historie, gdyż tworzyć je będą bardziej i mniej utalentowani pisarze. 

Z punktu widzenia kreacji chęć zaspokojenia oczekiwań fanów mogłaby być zgubna. Trzeba znaleźć złoty środek, by odtworzyć magię uniwersum przy jednoczesnym zachowaniu jego ram. Oparcie na EU mogłoby doprowadzić do zbyt wielkiego fabularnego zamieszania z uwagi na ogromne rozbudowanie tego okresu. Prawdopodobnie jest to jeden z ważniejszych czynników – EU po ROTJ tak bardzo się rozrosło, że sensowne wpasowanie tutaj nowej historii mogło już być niemożliwe z perspektywy twórców. Nie zapominajmy także o krewkich fanach, którzy analizowaliby każdą klatkę i przy ewentualnych błędach mogliby robić negatywny PR (choć obecne kontrowersje to chyba jeszcze większe zło). A teraz producenci prawdopodobnie liczą na to, że emocje do 2015 roku opadną i większość rozczarowanych fanów może dać szansę nowemu kanonowi. Nie jest przecież powiedziane, że nie powstanie coś wyjątkowego, co sprawi, że wszyscy zapomną o animozjach i ponownie wciągną się w opowieść.

Dla wielkich i oddanych fanów „Gwiezdnych wojen” decyzja o tworzeniu nowego kanonu jest równoznaczna z jego rebootem. To tak, jakby wielbicielowi samych filmowych „Star Wars” powiedziano o rezygnacji z istnienia Oryginalnej Trylogii. To wywołuje tak silne emocje. Musimy jednak pamiętać o najważniejszym aspekcie ogłoszenia: Expanded Universe nie idzie do kosza, ale będzie materiałem źródłowym dla nowego kanonu. To prawdopodobnie kompromis, na jaki starsi fani „Star Wars” mogli liczyć – kompletnie nowe historie ze znanymi z EU elementami. Można śmiało założyć, że w filmie zobaczymy sporo ras, technologii, społecznych podziałów i postaci znanych z książek (chociażby w ramach smaczków na otarcie łez niezadowolonych fanów). Choć ogłoszenie decyzji o rozwoju uniwersum wydaje się brutalne, w Lucasfilmie i Disneyu muszą wiedzieć, że nie mogą całkowicie odciąć się od osób, dla których Star Wars jest nie tylko filmem. I nie chodzi tutaj o niedzielnych fanów, którzy kupią bez zastanowienia wszystko z tytułem „Gwiezdne wojny” (tacy też się znajdą), ale o osoby, które poczuły się aż tak bardzo dotknięte i zdradzone, że słowa Amidali z „Zemsty Sithów”: „Łamiesz mi serce! Podążasz ścieżką, którą ja nie mogę pójść” stają się życiową mantrą. Analizując fora dyskusyjne i media społecznościowe, da się dostrzec, że takich osób nie jest mało.

Największym problemem sytuacji nie są zranione uczucia wielbicieli EU, ale sam fakt zaprzepaszczenia niespotykanej wcześniej szansy z wykorzystaniem pracy setek osób budujących ten świat od dekad. Wpasowanie nowego filmu w tworzone od ponad 30 lat uniwersum dodałoby wyrazu i głębi całej strukturze opowieści, a jednocześnie pozwoliłoby twórcom się wykazać. Wspominana wolność kreatywna jest szalenie ryzykowna, bo wbrew pozorom może pozbawić historii tej magii wynikającej z podstaw uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Kontrowersje i odarcie świata z unikalności zmienia też trochę oczekiwania względem tego, co J.J. Abrams i Lawrence Kasdan stworzą. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że teraz ten projekt przypomina zwyczajną space operę lub sequel kina science fiction, a nie kolejną przygodę w ukochanym przez fanów uniwersum.

Problematyczna w tym wszystkim jest forma przedstawienia przez Lucasfilm swojej taktyki. Zauważmy, że informacja prasowa jest bardzo ogólna i niejasna. Czytamy w niej, że aby dać maksymalną wolność kreatywną twórcom, nie opowiedzą historii z EU po ROTJ, ale nie ma ani słowa o tym, co z opowieściami rozgrywającymi się w trakcie Oryginalnej Trylogii, oraz o tym, co dzieje się w czasach Starej Republiki. Czy one także są wyrzucone z kanonu? W tym miejscu konsternację wywołuje sytuacja z fanpage’a Star Wars Books, gdzie przy zapowiedzi książki „A New Dawn” napisano, że to pierwsza książka w Mrocznych Czasach pomiędzy Epizodami III i IV. Gdyby powieści z tego okresu nie były respektowane, to czy oficjalny fanpage książek na uwagę fana odnośnie kilku tytułów przyznawałby mu rację? Oliwy do ognia dolewa taktyka Disneya/Lucasfilmu w mediach społecznościowych. Od kilku dni trwają tam aktywne protesty z kulturalnym zwracaniem uwagi na bohaterów EU. Wszystkie komentarze setek fanów są kasowane, a ich autorzy – banowani. Jedyną osobą, która wykazała się ludzką reakcją, jest Jennifer Heddle z Lucasbooks, która w dniu ogłoszenia poświęciła wiele godzin, odpowiadając na pytania fanów na Twitterze. Z nich dowiadujemy się tylko jednej bardzo ważnej rzeczy – prawie wszystko, co dotąd zostało wydane, to „Star Wars Legends”, a wszystko, co będzie wydawane, jest częścią budowanego kanonu. Jeszcze większe zdziwienie związane jest z serią książek „Empire and Rebellion”, która składa się z trzech tomów tworzonych w podobnym okresie. Pierwsze dwa zostały już wydane i należą one do „Star Wars Legends”, natomiast trzeci tom ma nowy tytuł: „Heir of the Jedi” i wydany zostanie jako osobna książka należąca do nowego kanonu. Skoro mamy serię trzech powieści o trzech głównych bohaterach Sagi tworzoną jako jedna seria, dlaczego dwie są niekanoniczne, a jedna kanoniczna? Rodzi się wiele wątpliwości, zamieszania i jeszcze więcej niepewności, które z czasem muszą zostać rozwiane przez przedstawicieli Lucasfilmu. 

Szok, emocje i niedowierzanie fanów są ogromne, ale fakt pozostaje – nikt oryginalnego Expanded Universe nie wyrzuca do kosza. Te dobre historie nadal są na półce i można do nich wracać, a tego nikt nie odbierze. Fakt, że nadal są wydawane pod serią „Legends”, daje nadzieję, że jednak starzy fani mogą dostać jakieś zamknięcie. Bycie fanem to nie związek z napisem na ścianie i kawałkiem papieru na półce – polega on na uwielbieniu świata „Gwiezdnych wojen”, które dla wielu nie jest tylko filmem, a stylem życia. Przyszłość zamglona przez Ciemną Stronę Mocy jest, ale to nie oznacza, że nie ma nadziei na lepsze jutro. Co prawda nikt nie daje gwarancji, że za 10-20 lat ktoś ponownie nie zrobi rebootu, i nikt od razu nie zlikwiduje niesmaku, ale prawdą jest, że wielbicieli tego uniwersum czeka świetlana przyszłość jak nigdy dotąd. A na razie najwyraźniej pozostaje nam oduczyć się tego, czego się nauczyliśmy…


Najlepsze z 24h

Adam Siennica
0 -

Gwiezdne Wojny: ostatni Jedi – recenzja…

Rian Johnson to utalentowany filmowiec i fan Gwiezdnej Sagi, który dostał szansę wyreżyserowania filmu Gwiezdne…

Ocena recenzenta:
9
Piotr Piskozub
0 -

Gal Gadot dała wzruszający powód, aby…

Olbrzymią popularnością w sieci cieszy się wideo z Gal Gadot, w którym aktorka spotyka się…

Michał Kujawiński
0 -

Czy Gwiezdne Wojny: ostatni Jedi to…

W sieci pojawiły się już pierwsze recenzje filmu Gwiezdne Wojny: ostatni Jedi, który do polskich…

Michał Kujawiński
0 -

Box Office: Jakie otwarcie filmu Gwiezdne…

Tuż przed premierą filmu Gwiezdne Wojny: ostatni Jedi pojawiły się ostateczne prognozy box office. Czy…

Piotr Piskozub
0 -

Elfy, orkowie i karabiny. Oto ostateczny…

W sieci pojawił się już ostateczny zwiastun Bright, produkcji Netflixa, której reżyserem jest twórca Legionu…

Michalina Reda
0 -

Fani Arrowverse nie chcą zmian w…

Jakiś czas temu stacja The CW ogłosiła, iż seriale Supergirl i Legends of Tomorrow będą…

Co o tym sądzisz?