365 dni – recenzja filmu

Ekranizacja książki autorstwa Blanki Lipińskiej budziła zainteresowanie, zanim jeszcze ekipa weszła na plan. Wszyscy chcieli wiedzieć, czy film będzie równie odważny jak literacki pierwowzór. Jak wyszło? Przeczytajcie naszą recenzję.

Ocena recenzenta:
3/10

Ekranizacja książki autorstwa Blanki Lipińskiej budziła zainteresowanie, zanim jeszcze ekipa weszła na plan. Wszyscy chcieli wiedzieć, czy film będzie równie odważny jak literacki pierwowzór. Jak wyszło? Przeczytajcie naszą recenzję.

Blanka Lipińska napisała erotyczną wersję bajki o Pięknej i Bestii skierowaną do wielbicieli twórczości brytyjskiej autorki E.L. James, która wydała serię książek o Christianie Greyu i Anastasii Steele. Polski odpowiednik opowiada o włoskim gangsterze Massimo Torricellim (Michele Morrone), który zakochuje się w polskiej dziewczynie o imieniu Laura (Anna Maria Sieklucka). Jako że jest samcem alfa, przyzwyczajonym do brania tego, czego zapragnie, uprowadza dziewczynę i postanawia ją więzić przez 365 dni, twierdząc, że po upływie roku ta się w nim zakocha. Facet jest seksoholikiem, który podczas stosunku odreagowuje stres związany ze swoją profesją. I w sumie to by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. Nie ma tutaj praktycznie nic więcej. Niby autorka sugeruje, że gdzieś za kulisami toczy się jakaś zażarta walka pomiędzy wpływowymi sycylijskimi rodzinami mafijnymi, ale niczego takiego nie widzimy na ekranie. Raz czy dwa Massimo pogrozi komuś bronią i tyle. Film ma bardzo ospałe tempo. Bardziej przypomina zbiór teledysków, w których dwójka bardzo atrakcyjnych ludzi uprawia seks, niż film z fabułą. Jak rozumiem, na tym polegał fenomen książki. Autorka z wielką pieczołowitością opisała intensywność aktów seksualnych pomiędzy dwójką bohaterów, pozwalając, by wyobraźnia czytelników sportretowała w ich pamięci to, co się dzieje. Niestety, film nie zostawia takiej możliwości. Tu mamy wszystko podane na tacy. Erotyzm czasami ociera się o pornografię. I o ile pierwsza taka scena może być dla widza zaskoczeniem, bo w polskim kinie faktycznie takiej produkcji nigdy nie było, to przy szóstym czy siódmym powtórzeniu tego samego zabiegu jesteśmy już zmęczeni. A trzeba przyznać, że twórcy się nie ograniczają, chcąc chyba na wejściu pobić rekord śmiałych scen w rodzimym kinie.

Michele Morrone opowiedział nam o roli w filmie. Obejrzyj wywiad

 

Producentami 365 dni są Tomasz Mandes i Ewa Lewandowska, a współproducentem Maciej Kawulski, czyli ekipa odpowiedzialna chociażby za Underdoga czy Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa. Wszystkie te produkcje łączą wspaniałe zdjęcia Bartosza Cierlicy, który ma ogromny talent. Potwierdza to po raz kolejny w tym filmie. O ile fabuła nuży, to zdjęcia zachwycają. Czuć w nich powiew świeżości. Jeśli nawet są to wnętrza, które moglibyśmy kojarzyć z innych produkcji, to zostały one nakręcone tak, że ich nie poznajemy. Dzięki temu mamy poczucie, że twórcy zabierają nas w zupełnie inny świat. 

Barbara Białowąs, która, jak można już śmiało powiedzieć, próbuje wyspecjalizować się w temacie trudnej miłości z psychologicznym i erotycznym akcentem (przypomnijmy jej nieudany Big Love, który pokazywał trudne relacje pomiędzy dwójką kochanków), tym razem odrobiła lekcję i zrealizowała sceny erotyczne z większym polotem. Reżyserka dostała możliwość pracy przy adaptacji scenariusza, więc mogła skroić go pod swoją wizję. I o ile sceny erotyczne są przekonujące, o tyle braku historii nie udało jej się nadrobić. Co z tego, że widz czuje seksualne napięcie pomiędzy głównymi bohaterami, jak w tym filmie nic się nie dzieje. Nie ma dramaturgii, nie ma jakichkolwiek zwrotów akcji. W sumie ten film mógłby się zakończyć w momencie, gdy Laura zakochuje się w swoim porywaczu, czyli mniej więcej w połowie.

365 dni w przeważającej części zostały zrealizowane w języku angielskim, co w wielu rodzimych produkcjach jest problemem, ale akurat w tym wypadku wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania i mówią bardzo naturalnie. Na pochwalę zasługuje Anna Maria Sieklucka, której udało się zgubić polski akcent, ale także Bronisław Wrocławski jako włoski mafioso Mario jest bardzo autentyczny. Sztucznie wypada tylko scena wprowadzająca postać Laury, w której pracownicy polskiego biura prowadzą, z niewiadomych dla mnie przyczyn, spotkanie w języku angielskim.

Kilka plusów nie jest niestety w stanie przykryć licznych wad tej produkcji. Jest nudna, przewidywalna i bez historii. Opowieść, oprócz kilku scen ze świetną Magdaleną Lamparską, jest pozbawiona humoru. Widz od początku wie, jak się skończy, co przy braku miejsca na jakikolwiek suspens odbiera sens oglądania tego filmu. Co z tego, że para głównych kochanków wygląda jak z teledysku, skoro oprócz ładnych sylwetek nie ma nam nic do zaproponowania. I nie twierdzę, że to jest ich wina. Grają jak scenariusz pozwala, a on niestety za dużo możliwości im nie daje. W produkcji zobaczymy wiele znanych twarzy: Nataszę Urbańską, Przemka Sadowskiego, Natalię Janoszek czy Grażynę Szapołowską, które na ekranie pojawiają się jednak na marne 2 minuty, a tym samym ich udział raczej można byłoby zaliczyć jako cameo, bo daleko im do pełnoprawnych ról. Sam scenariusz ma w sobie dużo niekonsekwencji i błędów. Pojawiające się w kolejnych ujęciach postaci nie są widzowi przedstawiane i nagle znikają bez śladu w następnych, a tylko z kontekstu możemy się domyślać, że ich obecność jest istotna. Niestety, większość wprowadzonych wątków jest porzucana tak szybko, jak się pojawiła. Najkrócej można powiedzieć, że ten film to chaos.

null

Źródło: zdjęcie główne: Next Film

365 dni

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV