Emergence: sezon 1, odcinek 6 i 7 - recenzja

Im bliżej końca, tym narracja i serwowanie kolejnych rozwinięć wątków nieco spowalnia, co raczej nie do końca jest pożądane na tym etapie sezonu.

Im bliżej końca, tym narracja i serwowanie kolejnych rozwinięć wątków nieco spowalnia, co raczej nie do końca jest pożądane na tym etapie sezonu.

Michał Kujawiński

Michał Kujawiński

Tagi:  recenzja 

Tym bardziej, że status i role bohaterów w tym świecie zostały już dobrze określone i można było zdynamizować całość lub pokusić się o nowe zwroty akcji. Niekoniecznie takie, jak odkrycie, że Alan wciąż żyje czy mówienie Chrisowi prawdy o Piper, co powinno stać się nieco wcześniej. Zwłaszcza w tym drugim elemencie twórcy za bardzo chcieli być oryginalni i nie budować serialu wokół zdolności dziewczyny. Ostatecznie jednak wyszło mniej interesująco i przez to relacje bohaterów były bardziej przyziemne, a można było oczekiwać nieco więcej.

Kiedy jednak w szóstym odcinku bohaterowie konfrontują się z Alanem, rzeczywiście całość wygląda obiecująco i odkrywane są kolejne elementy bardzo ciekawie pisanej od początku intrygi. Powoli mam mniej przekonania, że po sezonie zostaniemy z uczuciem satysfakcji - dużo zależy od tego, jak wiele zostanie nam powiedziane, a które elementy wciąż będziemy musieli jako widzowie wraz z bohaterami odkrywać. Niemniej, dobrze było mieć poczucie, że twórcy nie zapominają o dawkowaniu emocji i wykładaniu kart.

Wcześniej, pisząc o spowolnieniu historii, miałem na myśli między innymi wątek Piper z Mią. Starsza dziewczyna zafascynowana zdolnościami tej drugiej, postanawia zachęcić ją do próbowania i zwiększenia kontroli nad swoimi mocami. Koniec końców nie było to aż tak potrzebne dla fabuły serialu, ale pokazało te momenty, z których twórcy Emergence mogą być dumni, czyli bardziej przyziemne traktowanie sytuacji, w której dookoła czai się mnóstwo niebezpieczeństw. Jednak rodzinne motywy i relacje pomiędzy bohaterami wciąż stanowią o sile tej produkcji.

To samo kontynuowane jest w siódmym epizodzie, gdyż dochodzi skomplikowana relacja pomiędzy Emily i Piper. Także nieco z bardziej dramatycznej strony zarysowano sytuację Jo i Alexa, który postanowił zabrać do siebie Mię. Jego ruch jest zrozumiały, ale wychodzą też matczyne uczucia u Jo, która jako wysoko postawiona funkcjonariuszka policji, powinna zrozumieć, że bezpieczeństwo przede wszystkim. Utkane i powoli rozwijane dramaty pojawiły się w siódmym odcinku z dużym natężeniem, ale w przeciwieństwie do poprzedniego, była to odpowiednia chwila, aby nieco bardziej poruszyć widzem i mocniej go zaangażować w przedstawianą historię.

Sztuka ta udaje się połowicznie, bowiem twórcy nie zawsze potrafią znaleźć odpowiedni balans i choć z pozoru możemy mieć wrażenie dużej dynamiki i ciekawego rozwoju wydarzeń, to jednak jest to chaotyczna konstrukcja i wywołuje mały niepokój w kontekście zbliżającego się finału.

Dobrze też, że powracamy do Richarda i choć Terry O'Quinn nie ma tutaj możliwości bycia tajemniczym wrogiem z krwi i kości, to jednak jego charyzma budzi pewne emocje i sprawia, że zwyczajnie jesteśmy w stanie w niego uwierzyć. Nawet jeśli w Emergence dzieją się czasem niespodziewane rzeczy, jak było przy okazji zaawansowanej technologicznie broni. Nie ma jednak powodów do narzekań, bo mamy niezwykłe moce i technikalia, które mogą namieszać w głowie bohaterów. Dzieje się.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV