„Krzyk” – sezon 1, odcinek 2 – recenzja

"Slasher jako serial telewizyjny? To nie przejdzie. Seriale lubią rozciągać wydarzenia, a slashery wręcz przeciwnie - muszą palić się szybko i mocno" - pada w pewnym momencie w 1. odcinku serialu "Krzyk".

Ocena recenzenta:
6/10

"Slasher jako serial telewizyjny? To nie przejdzie. Seriale lubią rozciągać wydarzenia, a slashery wręcz przeciwnie - muszą palić się szybko i mocno" - pada w pewnym momencie w 1. odcinku serialu "Krzyk".

Michał Kaczoń
Michał Kaczoń
Tagi:  krzyk 

"Scream" MTV - odwołujący się do słynnej serii slasherów będących jednocześnie doskonałą parodią gatunku - w swoich dwóch pierwszych odcinkach stosuje się do tej zasady prawie co do joty. W przeciągu dwóch epizodów, czyli jakichś 90 minut (czas trwania typowego slashera), w serialu dostaliśmy dopiero trzy ofiary. Serialowa wersja stara się bowiem opowiedzieć także zwyczajne historie dzieciaków z liceum, wplątując w to brutalne morderstwa rozgrywające się gdzieś w tle - po to, by śmierć poszczególnych postaci rzeczywiście robiła na widzu wrażenie. Co niezwykle ciekawe, wszystkie te założenia zostają wypowiedziane wprost z ekranu do widza przez jednego z bohaterów, będącego tegoroczną wariacją na temat oryginalnego Randy’ego (Jamie Kennedy) - bohatera pierwszych dwóch części, który szybko stał się ulubioną postacią wielu widzów. W serialowej wersji to właśnie uwagi Noah (John Karna) przyciągają najwięcej uwagi, stanowią bowiem swego rodzaju przewodnik po meandrach świata przedstawionego.

Seria morderstw sprzed lat, obsesja na punkcie pięknej dziewczyny, człowiek w przerażającej masce, skomplikowane relacje bohaterów, a także ułuda pięknego, bezproblemowego życia, jaką każdy z bohaterów stara się wrzucić do social media, to podwaliny serialowego „Krzyku”. Zagadkowość, mroczna przeszłość, a także komentarz społeczny w jednym.

W serialu zaskakuje przede wszystkim ciekawe osadzenie go w dzisiejszych czasach. Po pierwsze - poprzez pokazanie na ekranie nieprawdziwych wersji znanych aplikacji społecznościowych. Po drugie - poprzez trafne uwagi, charakteryzujące dzisiejsze pokolenie nastolatków („To na pewno jakiś staruch - kto dzisiaj używa Facebooka?”). Po trzecie - poprzez słowne odwołania do dzisiejszej popkultury. W drugim odcinku pada świetne zdanie: „To ten nowy «Terminator»? Z tą laską od smoków z «Game of Thrones»?” Zresztą odwołania do bieżących seriali telewizyjnych są tu częste i gęste. Najwięcej mówi się o produkcjach korzystających z licencji słynnych filmowych serii. W końcu zarówno „Bates Motel”, jak i „Hannibal” stanowią nowoczesne wariacje na temat doskonałych filmów sprzed lat, które wykorzystały znany koncept i spróbowały dodać coś od siebie. Nieco podobnie robi serialowy „Krzyk”. Wykorzystuje słynną serię i miksuje ją z formułą zwyczajnego serialu młodzieżowego, tworząc interesujący wakacyjny produkt. Produkcja MTV jest zresztą sygnowana nazwiskiem samego Kevina Williamsona, czyli scenarzysty większości części serii (a także twórcy takich seriali jak „The Vampire Diaries” czy „The Following”), co daje wiarę, że projekt rozwinie się w dobrym kierunku. Na razie wszystko zdaje się być na miejscu.

Najlepsze fragmenty serialowego „Krzyku” to te, które bezpośrednio odwołują się do pierwowzoru. W dwóch pierwszych odcinkach były to obie końcowe rozmowy telefoniczne, które zabójca przeprowadził z Emmą. Ich przebieg bardzo przypominał wszelkie rozmowy prowadzone przez protagonistki filmowych wersji.

Warte odnotowania są także nawiązania do innych klasyków gatunku. Jezioro, nad którym rozgrywa się akcja w pierwszym odcinku, jest przecież żywo wyciągnięte z „Piątku trzynastego”, innego słynnego horroru sprzed lat. Należy pochylić się też nad maską zabójcy. Informacje prasowe przed premierą wspominały, że serial dostanie swoją wariację na temat oryginalnej maski, odwołującą się do słynnego „Krzyku” Muncha, i że bliżej jej będzie do tej, którą Mike Meyers nosił w „Halloween”. Końcowy efekt rzeczywiście spełnia te obietnice i daje intrygujący efekt na ekranie. Maska jest jeszcze bardziej pokraczna, ale też jeszcze bardziej przerażająca, gdy nagle wyskakuje z ciemności. Do tego rzeczywiście posiada uzasadnienie fabularne. Ciekawe więc, jak rozwinie się jej wątek w przyszłych odcinkach.

Bohaterowie są pewną kalką swoich filmowych poprzedników - w tym znaczeniu, że posiadają podobne cechy. Twórcy jednak inteligentnie grają tym motywem. Jak chociażby w scenie, w której dwóch kumpli skrywa jakąś tajemnicę, z której prawie (przypadkiem) się wygadali. Znając filmowe zdarzenia, od razu zaczynamy widzieć ich w nieco innym świetle. Dobrym pomysłem scenarzystów jest jednak to, że już od początku cień podejrzenia pada na większość postaci. Końcowe sceny pierwszego odcinka zdradzają, że wszyscy posiadają swoje tajemnice i mogą mieć ukryty motyw, by być człowiekiem w pokracznej masce. Aktorzy muszą jeszcze dograć się na ekranie i wyrobić w rolach, gdyż sposób gry niektórych stanowi pewien zgrzyt, jednak pomysł scenarzystów na bohaterów sprawdza się nad wyraz dobrze.

Czytaj również: „Scream” – będzie 2. sezon. Zobacz nowy zwiastun (Comic-Con)

"Scream" zdecydowanie ma potencjał, by stać się czymś niezwykle ciekawym i nie zepsuć dobrej opinii filmowej serii, z której się wywodzi. Oby tak dalej.

Hello, Emma

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV