Legends of Tomorrow: sezon 5, odcinek 4 i 5 - recenzja

Pastiszowy hołd dla filmu Halloween oraz historyczne głupotki z Marią Antoniną w tle – tak w skrócie można podsumować ostatnie epizody Legend.

Ocena recenzenta:
6/10

Pastiszowy hołd dla filmu Halloween oraz historyczne głupotki z Marią Antoniną w tle – tak w skrócie można podsumować ostatnie epizody Legend.

Epizod czwarty to wypisz wymaluj hołd dla serii klasycznych slasherów spod znaku Halloween. Przy czym w Legendach zrobiono go po swojemu, trochę depcząc klasykę, trochę się z niej naśmiewając, a nawet parodiując. Ichniejszy Michael Meyers nazywa się Freddy i jest klasycznym szkolnym pośmiewiskiem, któremu w pewnym momencie pęka żyłka i na balu dokonuje prawdziwej rzezi. Potem jego dusza – po wykonaniu kary śmierci – wraca na ziemię, by zabić tych, których nie udało się kilkanaście lat temu. Finalnie jego historia okazuje się twistem, w którym Freddy jest niesłusznie oskarżony, a za wszystkim stoi jego matka, która nie potrafi go w ogóle odstawić od swojej piersi. Oczywiście metaforycznie.

Legendy, zanim do tego dochodzą, postanawiają odmienić los chłopaka jeszcze zanim dojdzie do tragedii, w czym pomaga im wróżka chrzestna, czyli Nora Dhark. To nie prowadzi co prawda do tragedii, ale do niezłej ilości gagów. Jak już przy tym jesteśmy – śmieszkowanie najlepiej wychodzi temu serialowi. To też rzecz, która coraz mocniej zaczyna przeszkadzać, bo też coraz mniej pasuje  do dość mrocznej linii fabularnej, obranej na ten sezon. Oczywiście taka jest konwencja serialu, ale tak jak wcześniej widać było pewien rozwój i fabularny i bohaterów, tak teraz stanęło to w miejscu. Twórcy ewidentnie starają się odbębnić utarty schemat, czyli ma być przaśnie i wesoło, a reszta jakoś się poukłada. Stąd najciekawiej (nie po raz pierwszy w tym sezonie), dzieje się wokół Johna Constantine'a, który poczuwając się do odpowiedzialności, próbuje na własną rękę załatwić sprawę z piekłem. Obecny Constantine to zaledwie proteza tej samej postaci z solowego serialu, ale jak na ironię – to nadal najlepsza postać w Legends of Tommorow. Jasne – jest przerysowany do granic możliwości (w końcu musi pasować do obranego kierunku serialu), ale przy tym wszystkim jest najbardziej złożoną, a przez to najciekawszą postacią, ale umówmy się – nie ma obecnie żadnej konkurencji. Nawet świetna swego czasu Nora Dhark jest obecnie parodią samej siebie.

Dlatego też w epizodzie „A Hear of Her Time” to, co najlepsze, dzieje się poza resztą Legend, w domowym zaciszu starego domu Constantine'a, który próbuje pokonać demony własnej przeszłości i odkręcić to, co zepsuł. Dzięki temu jest mrocznie i całkiem poważnie, czego nie psuje wszędobylski Gary (swoją drogą, nie rozumiem po co jeszcze jeden pajac w tym serialu). Całkiem nieźle w tym wszystkim wygląda również relacja Johna i Charlie, która jak się okazuje – sama bez winy (jak zawsze zresztą), w tym wszystkim nie jest. A końcowy twist sprawia, że przynajmniej na ten wątek będziemy czekać z niecierpliwością.

A co zresztą? No nie jest najlepiej, zwłaszcza że we wszystko wplatany jest wątek Zari. Dodam – coraz bardziej irytujący. Trudno kupić pomysł na wziętą influencerkę, mającą być lekiem na kolejne perypetie Legend, które tym razem muszą stanąć twarzą w twarz z samą Marią Antoniną. Miejscami nie jest już nawet śmiesznie, a dość żenujące. Tak jak wcześniej można było kupować pomysł na powrót z zaświatów bardzo złych dusz, tak tym razem twórcy trafili z pomysłem jak kulą w płot. W takich sytuacjach można zacząć się zastanawiać, czy scenarzyści czasem nie powinni odstawić tego, co biorą w trakcie pisania scenariusza. Zresztą z odcinka na odcinek Legendy stają się naprawdę coraz mniej interesującymi postaciami, co sprawia, że ma się mniejszą ochotę na ich oglądanie i trudno się powstrzymać od przewijania. Powrót Zari w zupełnie innej wersji miał zapewne ożywić całą drużynę, a tak naprawdę sprawił, że cała ekipa zaczyna szorować po dnie żenady. I to nie jest optymistyczny wniosek przed kolejnymi epizodami, bo też śmiesznie bywało już wielokrotnie, ale ten sam żart powtarzany kilkadziesiąt razy zaczyna być naprawdę męczący.

Podsumowując – Legendy nic nie straciły z tego, czym zachwycały w poprzednich sezonach. Problemem jest to, że jest to już kilkukrotnie powielony schemat. Serialowi coraz mocniej zaczyna brakować świeżości, a sam Constantine tego nie gwarantuje. Niestety, zahamowano również rozwój wielu postaci. Wyjątkiem jak zwykle okazuje się Mick Rory, który nadal potrafi zaskakiwać, ale to w natłoku tego, co dzieje się w serialu, jest zaledwie ułamek. Legendy nadal będą bawić, śmiać się z wielu konwencji, nawiązywać do współczesnej popkultury i pisać historię świata po swojemu. Im dłużej jednak będzie to trwać, im mniej w tym wszystkim będzie świeżości, to serial umrze śmiercią naturalną. Choć znając The CW, nawet jak sięgną siódmego kręgu dna, to i tak to będą nadal kręcić. Tak jak swego czasu Arrow. Ot, takie to uniwersum właśnie.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Legends of Tomorrow

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV