„Mad Max: Na drodze gniewu”: W trzydzieści lat później Max znowu szaleje – recenzja

Ten rok to rok wielkich filmowych powrotów. Jeśli wszystkie będą tak udane jak "Mad Max: Na drodze gniewu", to może być najlepszy rok w historii kina. Oceniamy bez spoilerów.

Ocena recenzenta:
8/10

Ten rok to rok wielkich filmowych powrotów. Jeśli wszystkie będą tak udane jak "Mad Max: Na drodze gniewu", to może być najlepszy rok w historii kina. Oceniamy bez spoilerów.

Przed nami jeszcze nowe „Gwiezdne Wojny”, „Terminator” czy „Jurassic Park”, ale jako pierwszy powrócił cykl, który po raz ostatni widzieliśmy trzydzieści lat temu. To w 1985 roku natapirowana Tina Turner śpiewała „We Don't Need Another Hero”, a Mel Gibson jako tytułowy Mad Max walczył pod Kopułą Gromu. I przeszedł do legendy. Trylogia George'a Millera była twardym australijskim kinem, które stało w kontrze z amerykańskim, znacznie lżejszym Kinem Nowej Przygody (choć trzeba przyznać, że w trzeciej części tapir Turner trochę rzecz złagodził). Ale potem kino złagodniało. Mel Gibson zajął się filmami hollywoodzkimi, George Miller też ciut odpuścił (i kręcił przygody świnki Babe czy animowanych pingwinków). No i minęło te trzydzieści lat.

I oto Max wrócił w filmie "Mad Max: Fury Road". Tom Hardy wzorcowo wręcz wcielił się w postać, do której Mel Gibson jest już zdecydowanie za stary, a George Miller... Miller trzyma się świetnie i kiedy pozwolono mu poszaleć, to zaszalał jak mało kto w historii kina.

Myśleliście, że nic już nie zaskoczy Was w gatunku postapo? Myśleliście, że cykl „Szybcy i wściekli” to szczyt możliwości samochodowej adrenaliny na ekranie? Otóż myliliście się w obu przypadkach. To tu mamy do czynienia z wzorcowym kinowym kinem postapokaliptycznym. To ten film jest tak „szybki i wściekły” jak żaden inny. Twórcy cyklu „Fast and Furious” powinni posypać sobie głowę popiołem i zmienić tytuł.

Czytaj również: Box Office: „Pitch Perfect 2″ bije rekord. Dobry debiut filmu „Mad Max: Na drodze gniewu”

Nowy „Mad Max” to film zbudowany na kontrastach – niby proste i oczywiste rozwiązanie, ale jakże ono świetnie się tu sprawdza! Mamy samotnego bohatera i jeszcze bardziej samotną bohaterkę (rewelacyjna Charlize Theron), mamy pustynię i błoto, mamy gorące dni i mroczne noce, mamy piękne roznegliżowane dziewczyny w białych tunikach i wręcz odhumanizowanych łysych wojowników. A do tego mamy niesamowite tempo, które od pierwszej do ostatniej chwili (może z kilkoma półminutowymi przerwami) wbija widza w fotel. Naprawdę. Tym razem to nie są czcze pochwały recenzenta, a filmowa rzeczywistość. Oni pędzą. Wbrew wszystkiemu, wbrew szansom na przeżycie, wbrew złemu światu, który ich otacza. I nic ich nie powstrzyma. Chyba że koniec seansu, ale jestem dziwnie przekonany, że nowego Mad Maxa zobaczymy jeszcze nie raz. I to szybciej niż za kolejne trzydzieści lat.

Mad Max: Na drodze gniewu

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV