Supergirl: sezon 5, odcinki 10 i 11 - recenzja

W Supergirl ogromne zmiany - wracają dawni bohaterowie, fabuła wywraca się do góry nogami, a bitwy rozgrywają się pod dyktando Eye of the Tiger. Ten statek gdzieś płynie; na razie nie wiemy jednak, w którym kierunku.

Ocena recenzenta:
4/10

W Supergirl ogromne zmiany - wracają dawni bohaterowie, fabuła wywraca się do góry nogami, a bitwy rozgrywają się pod dyktando Eye of the Tiger. Ten statek gdzieś płynie; na razie nie wiemy jednak, w którym kierunku.

Piotr Piskozub
Piotr Piskozub
Tagi:  the cw 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Te słowa mogą Wam się wydać dziwnie znajome, ale mam ogromny problem z ostatnimi odcinkami Supergirl. Z jednej więc strony produkcja stacji The CW kompletnie straciła resztki swojej wiarygodności - twórcy zdecydowali się oddzielić grubą kreską od dotychczasowej historii i przesunąć akcenty, jakby sama fabuła miała drugorzędne znaczenie. Ta "atomowa" opcja sprawiła, że organizacja Lewiatan w jednej tylko chwili przestała być największym zagrożeniem, a do świata Dziewczyny ze Stali na dobre wrócili hołubiony teraz przez tłumy Lex Luthor i Winn Schott. Konsekwencje wydarzeń z crossoveru Arrowverse mają jednak także drugie oblicze. Jeśli weźmiemy pod uwagę fatalną jakość poprzednich odsłon serii, względnie szybko dojdziemy do wniosku, że szeroko zakrojony restart był bodajże jedyną nadzieją na poprawę na tym polu. Jest jeszcze za wcześnie, by jednoznacznie ocenić całe zjawisko. Póki co wraz z Supergirl znaleźliśmy się w okresie przejściowym, w którym dawne potworki narracyjne, fabularne i wizualne idą ramię w ramię z nadzieją na lepsze jutro. Gorzej tylko, że trudno być niepoprawnym optymistą - na ekranie jest już 2 Schottów, kilku Brainych, wracają emocjonalne wzloty i upadki, a nasze oczy i uszy zostały zgwałcone przez kuriozalne wykorzystanie legendarnego "Eye of the Tiger". Dzieje się.

The Bottle Episode to prawdziwe ekranowe pomieszanie z poplątaniem. Do jednego worka zostały tu wrzucone czarodziejki pomagające wcześniej Reign, Równanie Anty-Życia, odbieranie Pokojowej Nagrody Nobla przez Lexa, sojusz rodzeństwa Luthorów i rozwijanie wątku Brainy'ego, którego kilka wersji pojawiło się na zasadniczej Ziemi. Wcielający się w jego rolę Jesse Rath dostał prawdopodobnie większe pole do popisu niż we wszystkich dotychczasowych odcinkach ze swoim udziałem razem wziętych. Bohater w ekspresowym tempie zmienia oblicze, przechodząc od pociesznego i nieszkodliwego geeka w stronę wyważonego mędrca, który poświęca związek z Nią i nawiązuje współpracę z Lexem, by uchronić naszą planetę. O ile sama emocjonalna transformacja wypada całkiem przekonująco, o tyle fakt, że złowrogą krucjatę zamykającego świat w butelce Brainy'ego przerywają de facto odwołujące się do miłości Kara i Alex, woła już o pomstę do nieba. Podobnie jest w groteskowej bitwie z różnymi wersjami bohatera - nigdy w życiu nie zrozumiemy, dlaczego odbywa się ona w rytm "It's Gonna Be Me" zespołu N'sync. Na każdy udany zabieg w tym odcinku przypadają dwie wpadki; powrót Jona Cryera nie może przecież być postrzegany jako wartość sama w sobie. 

Narracyjny chaos doskonale widać także w Back From The Future - Part One; jeśli było Wam za mało multiplikującego się Brainy'ego, to teraz dostaniecie jeszcze dwóch Winnów. Schott wraca więc i jako dobrotliwy podróżnik z przyszłości, i syn Toymana, który - trzymany na smyczy Lexa - zaczyna w National City siać terror. Niestety, z każdą kolejną minutą seansu coraz częściej będziemy zdawać sobie sprawę, że jego przybycie ma tylko zapełnić po Brainym lukę w kwestii ekspozycji jowialnego kumpla; Kara, Alex i reszta bohaterów muszą się przecież komuś wygadać. A jest o czym - Nia straciła swojego adoratora, a Dziewczyna ze Stali w ramach miłosnych zalotów zaczęła teraz smalić cholewki do pracującego z nią nad sprawą Lexa Williama Daya. Emocjonalny kołowrotek więc trwa, przy czym w tym odcinku był o dziwo starannie równoważony przez pociągającego w ukryciu za sznurki Luthora i przeniesienie siedziby Team Supergirl do Wieży. Koniec końców tej odsłony serii nie zaliczymy jednak do udanych. Wszystko przez katastrofalnie wyglądającą na ekranie bitwę z zabawkami Winna-Toymana, przebiegającą pod dyktando taktów "Eye of the Tiger". Rozkład sił jest tu nieproporcjonalny, a mimo to herosi i tak potykają się o własne nogi, jakby byli dzieciakami błądzącymi we mgle. 

Jeszcze mocniej cieszyłby nas fakt, gdyby twórcy zrezygnowali z pokracznych ambicji odwoływania się do politycznych i społecznych wydarzeń z realnego świata. Problem polega na tym, że z ostatniego odcinka dowiadujemy się, iż w 2126 roku amerykański rząd przyjmie ustawę antytrollingową, która powstrzyma... wybuch III wojny światowej. Szach-mat. Zdanie to najlepiej podsumowuje wniosek, że scenarzyści produkcji wierzą w tworzenie przez siebie serialu lepszego, niż ten w rzeczywistości jest. Mają ogromne aspiracje, przy czym przemycają je w treściach skrojonych pod oczekiwania dzieci i nastolatków. Sięgają po tanie chwyty emocjonalne i wywracają fabułę do góry nogami - są odbiorcy, którzy znów dadzą się na to nabrać, innych raz jeszcze od nadmiaru wygibasów Dziewczyny ze Stali i jej kompanów rozboli głowa. W najbliższych tygodniach przekonamy się, kto miał w tej ocenie rację. Dobra wiadomość jest więc taka, że Supergirl nie umarła. Zła z kolei taka, że na ten moment nie wiadomo, czy w ogóle powinniśmy się z tego cieszyć. 

Źródło: Zdjęcie główne: The CW

Supergirl

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV