Amerykańscy Bogowie: sezon 2, odcinek 1-5 - recenzja

Serial Amerykańscy Bogowie powrócił z 2.sezonem i niestety nie jest to udany comeback. Zniknął gdzieś wyjątkowy klimat opowieści, a fabuła przesiąknięta jest nic niewnoszącą do akcji monotonią.

Ocena recenzenta:
6/10

Serial Amerykańscy Bogowie powrócił z 2.sezonem i niestety nie jest to udany comeback. Zniknął gdzieś wyjątkowy klimat opowieści, a fabuła przesiąknięta jest nic niewnoszącą do akcji monotonią.

Jestem jednym z tych szczęśliwców, którzy zaznajomili się z materiałem źródłowym Amerykańskich Bogów chwilę przed ogłoszeniem informacji o serialowej ekranizacji powieści Neila Gaimana. Książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie i już podczas lektury odbierałem ją jako idealny materiał na odcinkową ekranizację. Estetyka pierwszego sezonu doskonale korespondowała z moimi odczuciami podczas czytania książki. To jeden z tych nielicznych momentów, kiedy to wizualizacja literackiego dzieła jest bliska perfekcji. No może, główny bohater odbiegał nieco od moich wyobrażeń, ale nie można przecież mieć wszystkiego.

Jakiś czas po zakończeniu emisji pierwszej serii pojawiły się doniesienia medialne na temat kłopotów z produkcją 2.sezonu. Wkrótce gruchnęły informacje o odejściu Bryana Fullera i zawirowaniach z wizją artystyczną Neila Gaimana. Nie nastrajało to optymistycznie i jak się teraz okazuje, sceptycy słusznie martwili się o los Amerykańskich Bogów. Już po pierwszych minutach premierowego odcinka widać, że to nie jest ten sam serial, który zachwycił nas 2 lata temu. Nowy sezon jest jakby sequelem pierwszego. Tak jak w przypadku filmowych kontynuacji – próbuje on doścignąć oryginał, korzystając z podobnych środków artystycznych. Jednak ze względu na mniej utalentowaną ekipę realizacyjną, pozostaje jedynie niedostateczną kopią.

Duże znaczenie ma również to, że historia z książki została rozmieniona na drobne. Twórcy mocno spowolnili bieg akcji po to, by w bieżącym sezonie skupić się na historiach poszczególnych postaci. W pierwszym odcinku jesteśmy świadkami narady wojennej, podczas której Starzy Bogowie decydują się na konfrontację z tymi nowymi. Później następuje masakra w restauracji i widz ma nadzieję, że całość będzie toczyć się w zaproponowanym tempie. Niestety twórcy mają inny pomysł na narracje. Koncentrują się na wątkach drugoplanowych, pozwalając motywowi przewodniemu dryfować sobie w bliżej nieokreślonym kierunku. Laura i Sweeney, Nancy i Wednesday, Ifyryt oraz Salim – na tych parach skupia się opowieść w pierwszych epizodach. Obserwujemy rozkwit poszczególnych relacji, jesteśmy świadkami niekończących się dialogów poruszających tematy egzystencjalno-filozoficzne. Niestety powyższe nie jest tożsame z rozwojem postaci. Bohaterowie nie ewoluują. Ich rozbudowa stoi w miejscu. W połączeniu z niemrawą fabułą nie daje to dobrego efektu.

Wciąż mamy do czynienia z opowieścią drogi. Podobnie jak w pierwszym sezonie i tutaj postaci podróżują po Ameryce. O ile jednak w poprzednim epizodzie cel wojaży był jasny i klarowny, tutaj część wycieczek zupełnie nie ma sensu. Widać, że twórcy chcieli zachować wcześniej przyjętą konwencję, jednak wysyłając bohaterów na niekończące się odyseje bez większego znaczenia, strzelają sobie w kolano. Podróże ani nie rozbudowują postaci, ani nie posuwają akcji mocno do przodu. Nie tworzą również więzi emocjonalnej między widzem a protagonistami. Mimo szczerych chęci ciężko polubić Cienia, Odyna czy Laurę. Niezmiennie najsympatyczniejszą postacią jest Szalony Sweeney, który w swojej niedoskonałości jest uroczy i w pewien sposób nam bliski.

pobrane_5cac66b20fb4f.jpeg

Starzy Bogowie, mimo że niezbyt urzekający, z pewnością mają jakiś charakter. Nie można tego powiedzieć natomiast o nowych bóstwach, które w drugim sezonie są zupełnie nijakie. Mr.World, Technochłopiec i Media to postacie pozbawione jakiejkolwiek charyzmy. Ich występów nie można traktować inaczej niż w kategorii zmarnowanego czasu ekranowego. Pretensjonalne rozmowy nie wnoszą zupełnie nic do fabuły. Technochłopiec irytuje, a nowa Media nie dorasta do pięt swojej odpowiedniczce z pierwszego sezonu. Niedobrze wypada również Mr.World. Nie wystarczy założyć Crispinowi Gloverowi retro kapelusza i stylowego "garniaka", żeby stworzyć charyzmatyczną postać. Twórcy bardzo chcieli wykreować imponującego antagonistę, ale z pustego i Salomon nie naleje. Mr. World to wydmuszka – jeden z tych złoczyńców, którzy wygłaszają przeintelektualizowane monologi, robiąc przy tym groźne miny. Scenarzyści zupełnie nie podołali rozpisaniu takiej postaci, a przecież mieli tyle możliwości. Postawili jednak na tendencyjne rozwiązania, serwując nam antagonistę nieróżniącego się niczym od setek podobnych czarnych charakterów.

Jeśli jesteśmy przy postaciach, warto wspomnieć o naszym ukochanym Cieniu. Już w poprzednim sezonie główny bohater pozostawiał wiele do życzenia. Teraz jest nieco lepiej, ale tylko dlatego, że w pierwszych pięciu odcinkach praktycznie go nie ma. Cień schodzi na dalszy plan i chwała mu za to, ponieważ ustępuje miejsca nieco bardziej charakternym bohaterom. Od czasu do czasu twórcy sobie o nim przypominają, serwując retrospekcję z młodości Cienia lub pozwalając mu na dłuższą wypowiedź. Całościowo jednak jest on raczej spoiwem pomiędzy kolejnymi wątkami, aniżeli pełnoprawnym protagonistą. Prowadzi nas z punktu A do punktu B, co jest tożsame z losem jego odpowiednika z książki, jednak w serialowej wersji jego rola na tym się kończy. Być może w kolejnych epizodach twórcy będą bardziej litościwi dla niego i nieco go fabularnie wzbogacą.

Tyle wad, ale czy drugi sezon ma jakieś zalety? Kilka z pewnością się znajdzie. Parę rozwiązań fabularnych zasługuje na pochwałę, a oprawa techniczna stoi na zadowalającym poziomie. Twórcy potrafią w „fajerwerki wizualne” i serwują nam od czasu do czasu miłe dla oka ujęcia. Problem jednak w tym, że zachwycająca forma jest tym razem pozbawiona większej treści. W pierwszym sezonie konwencja była dopełnieniem wspaniałej historii - swego rodzaju dyskursu o współczesnym świecie. Teraz twórcy epatują wizualiami gdzie się tylko da, ale za bardzo nic za tym nie idzie. Mamy konflikt między tym, co stare, i tym, co nowe – przez 5 epizodów serial nie zrobił jednak za wiele, żeby rozwinąć tę opowieść. Bohaterowie kręcą się w kółko, rzucając co chwilę mądrzejszymi frazesami. Od czasu do czasu udaje się twórcom wpleść do dyskusji o kondycji współczesnej duchowości coś wartościowego, ale niestety niknie to w zalewie pretensjonalności i górnolotności.

Przeintelektualizowany, zamiast intelektualnego. Groteskowy, a nie zabawny. Efekciarski, nie efektowny. Taki właśnie jest drugi sezon Amerykańskich Bogów. Co prawda oceniamy na razie 5 pierwszych epizodów, ale to wystarczająco dużo, żeby wrobić sobie zdanie o estetyce nowej odsłony ekranizacji świetnej książki Neila Gaimana. Twórcy wyraźnie przedobrzyli, chcąc rozwijać opowieść na kilku frontach. Zbyt dużo, za powierzchownie, mocno po macoszemu. Całości nie pomaga przekonanie realizatorów, że oto tworzą wiekopomne dzieło, poruszające newralgiczne tematy współczesnego świata. Gaiman zrobił to finezyjnie kilkanaście lat temu i teraz wystarczyło przenieść jego pomysły na mały ekran. Niestety serial chciał być czymś więcej, wynikiem czego stał się całkiem nijaki.

Źródło: zdjęcie główne: Starz

Amerykańscy Bogowie

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV