Brightburn: Syn ciemności - recenzja filmu

Brightburn: Syn ciemności to najnowszy horror produkcji Jamesa Gunna, napisany przez jego brata Briana i kuzyna Marka. Za kamerą stanął zaś niezbyt doświadczony reżyser David Yarovesky. Brak doświadczenia twórców w realizacji filmu czuć niestety od samego początku do końca.

Ocena recenzenta:
5/10

Brightburn: Syn ciemności to najnowszy horror produkcji Jamesa Gunna, napisany przez jego brata Briana i kuzyna Marka. Za kamerą stanął zaś niezbyt doświadczony reżyser David Yarovesky. Brak doświadczenia twórców w realizacji filmu czuć niestety od samego początku do końca.

W samej koncepcji Brightburn: Syn ciemności zapowiadał się całkiem ciekawie; oto mamy wariację na temat genezy Supermana, opowiedzianą w stylu „co by było, gdyby był zły”. Najważniejsze punkty fabularne pozostały te same: małżeństwo, które nie może mieć dzieci, dostaje dar z nieba w postaci chłopczyka, który przybył w statku kosmicznym. W wieku nastoletnim odkrywa w sobie nadnaturalne zdolności i dowiaduje się, że pochodzi z gwiazd. Różnica taka, że Brandon Bryers w odróżnieniu od Clarka Kenta jest bezuczuciowym psychopatą, który kierowany głosem w swojej głowie zaczyna zabijać sąsiadów. Pomysł sprawdziłby się idealnie jako alternatywna wersja wydarzeń w uniwersum DC, poboczny film jak Joker lub geneza Ultramana (takiego złego Supermana z alternatywnego świata). Niestety czasami pomysł to za mało, a twórcy Brightburn dysponują w zasadzie tylko nim.

Odtwórczość w postaci nawiązań do Człowieka ze stali i serialu Tajemnice Smallville, z małą domieszką serii Omen, nie wystarczy, by z tego bałaganu powstała sensowna strukturalnie i fabularnie opowieść. Tam, gdzie reżyser i scenarzyści mogliby popuścić wodze fantazji i oddać się w pełni szaleństwu, jakie niesie ze sobą koncepcja złego Supermana, uciekają się do sztampy i zachowawczych rozwiązań rodem z horrorowej matrycy, jaką widzieliście milion razy. Brandon czai się w ciemnościach i straszy swoje ofiary, dysponując mocami latania, nadprzyrodzonej siły i laserów z oczu. Przy tak fantastycznym arsenale, jego morderstwom brakuje polotu, wyobraźni, ale przede wszystkim nie generują one napięcia; ono po prostu leży, gdyż widz w każdym momencie wie, kto i dlaczego zabija. Nie ma tu żadnej zagadki, czynnika wywołującego strach. Zamiast tego film oferuje jedynie makabryczne i krwawe sceny śmierci, celując w szok, który ma przykryć wewnętrzną pustkę. Przemiana Brandona z normalnego chłopca w żądnego krwi psychopatę również pokazana jest skrótowo, nagle, bez konkretnego wyjaśnienia psychologicznego, które mogłoby być creme de la creme Brightburn.

Reżyseria Yaroveskyego pozostawia wiele do życzenia. Jeśli ktoś spodziewa się wielu wizualnych nawiązań do dzieła Zacka Snydera, srogo się rozczaruje; kilka ujęć, które można zobaczyć w trailerze, to wszystko, co otrzyma. Tempo ślimaczy się, gdy nie powinno, a sceny, które potrzebują więcej miejsca na oddech, są traktowane przez siekierę montażysty. Aktorzy wygłaszają dialogi, które mają przypominać te z Człowieka ze stali i Supermana, ale brakuje w nich zarówno polotu, jak i nacechowania emocjonalnego. Montaż momentami jest wręcz toporny, a muzyka zamiast dokręcać śrubę i wywoływać niepokój, imituje pianina Hansa Zimmera, co momentami aż nie pasuje do krwawego stylu filmu i jego horrorowego tonu. Yarovesky nie potrafi też sprzedać własnej koncepcji, uzasadnić jej czymkolwiek innym niż nawiązaniami do wymienionych wcześniej filmów i niewidzialnym hasłem „zły Superman”. Tam, gdzie aż prosi się o emocje i wartość dodaną, dostajemy kolejne odtwórstwo.

Jedyne, za co mogę w zasadzie pochwalić film, to aktorstwo Jacksona A. Dunna, który bardzo przekonująco gra niepokojącego i zimnego syna ciemności, czego nie można powiedzieć o reszcie obsady. Elizabeth Banks i David Denman jako rodzice chłopca są zwyczajnie poprawni. Pozostali aktorzy mogliby zostać wylosowani z kapelusza, bez żadnej różnicy dla samego filmu.

Oglądając Brightburn, ma się wrażenie, że to film niedokończony, poskładany z niepasujących i wybrakowanych części, którego twórcy liczą na to, że widzowie nie zauważą dziur i scen sklejonych gumą do żucia. Po finałowej sekwencji, która jako jedyna posiada emocjonalną wagę, następuje nagłe ucięcie, zupełnie jakby twórcom zabrakło materiału lub pomysłu i musieli nagle zakończyć film, wrzucając na odczepne kilka losowych scen przeplatających się z napisami końcowymi. Na domiar złego, popełnili podstawowy błąd wszystkich próbujących nieudanie stworzyć nowe uniwersum wokół swojego pierwszego filmu –nawiązania i otwarte wątki zapowiadające innych bohaterów. Mam nadzieję, że to po prostu taki kiepski żart kreatorów Brightburn, bo z tej mąki chleba na więcej nie będzie.

Brightburn: Syn ciemności

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV