Deadpool Classic. Tom 6 - recenzja komiksu

Kosmos, Nowy Jork czy Wakanda – Deadpool zawsze narobi sobie wrogów podczas misji i zawsze będzie starał się wykaraskać, używając jednocześnie dwóch argumentów – uroku osobistego i arsenału broni wszelakiej. W końcu z urokiem bywa różnie a pistolet ma pewną wagę… argumentu…

Ocena recenzenta:
7/10

Kosmos, Nowy Jork czy Wakanda – Deadpool zawsze narobi sobie wrogów podczas misji i zawsze będzie starał się wykaraskać, używając jednocześnie dwóch argumentów – uroku osobistego i arsenału broni wszelakiej. W końcu z urokiem bywa różnie a pistolet ma pewną wagę… argumentu…

Seria Deadpool Classic to specyficzna lektura i nie chodzi wcale o postać głównego bohatera. Nie da się ukryć, że obecnie publikowane w tej serii zeszyty to reprezentacja tego, co z lat dziewięćdziesiątych w komiksie jest obecnie nieco wyśmiewane – przerysowane mięśnie, z którymi żaden kulturysta nie może się równać, bardzo przypadkowe drugo- i trzecioplanowe postaci, a nade wszystko rozchodząca się w szwach fabuła. Na szczęście postać taka jak Najemnik z Nawijką bez problemu odnajduje się w takich klimatach i jest w stanie poprowadzić czytelnika przez swoje przygody z humorem i polotem.

Tom szósty zbiera kilka historii związanych głównie z różnymi zleceniami realizowanymi przez Deadpoola, ale najważniejsza chyba jest ta, gdzie nałożona przez Lokiego klątwa zmienia twarz naszego antybohatera, by wyglądał jak pewien szalenie popularny aktor Thom Cruz – podobieństwo imienia i nazwiska z pewnością przypadkowe nie jest. A ponieważ twarz jest obca i na dodatek przeszkadza w pracy (fani, fani wszędzie!), pierwszą reakcją Deadpoola jest szał autodestrukcji – niestety, czynnik regenerujący nie pozwala na zmianę wizerunku. Pozostaje zebrać drużynę, jakoś żyć i zarabiać. Następuje więc łańcuch zleceń, wypraw w kosmos, bójek, kolejnych bójek, kłótni w zespole – zwyczajny dzień antybohatera. Aż przychodzi zlecenie na „odzyskanie” wielkiego kota powiązanego z dworem królewskim Wakandy i niepoprawny Najemnik trafia w środek konfliktu między T’Challą a Killmongerem. Oczywiście nie może się obejść bez walki i złośliwych komentarzy, bo kimże byłby Deadpool, gdyby nie jego niewyparzony język i doskonale stoickie podejście do życia pomieszane z niezdrową fascynacją Śmiercią?

Kolejne historie nie są być może porywające, ale autorzy poświęcili dość uwagi, by Deadpool miał zawsze coś niepoprawnego do powiedzenia a jego kwestie wywoływały uśmiech. Nie brakuje również nawiązań do popkultury i Najemnik z Nawijką śpiewający Britney Spears niezawodnie bawi. W ten sposób lektura komiksu sprzed dwudziestu lat nie boli – a mówimy o schyłkowych latach 90-tych, gdy poziom większości zeszytów był cokolwiek dyskusyjny. Z drugiej strony jest to ciekawy wgląd w ewolucję zarówno samego bohatera, jak i twórczości komiksowej. Deadpool pierwotnie był pomyślany jako trochę parodia a trochę antyteza bohatera komiksowego i początkowe historie tworzyły właśnie taką chaotyczną postać, której kibicuje się ze świadomością, że to mrugnięcie okiem twórców do czytelników.

Źródło: fot. Egmont

Deadpool Classic #06

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV